PODAJ DALEJ

Zawód trenera piłkarskiego to tak niewdzięczna robota, że przed zwolnieniem może nie uchronić cię nawet historyczny sukces. Boleśnie przekonuje się o tym Grzegorz Niciński – były zawodnik, a od dziś również były trener Arki Gdynia. Człowiek, który nie tak dawno łączył w Gdyni całe pokolenia, dziś wywołuje burzę i tych samych ludzi dzieli, jak nikt inny wcześniej.

„Trzeba go było wypierdolić już wiele tygodni wcześniej!” czy „Nitek, wypierdalaj!” przeplata się ze słowami uznania dla byłego już szkoleniowca gdyńskiej drużyny. Niesamowicie skrajne emocje, które zagościły w głowach gdynian nie biorą się jednak bez powodu. Obok przykładu Nicińskiego ciężko jest dziś przejść obojętnie. Człowiek, który mógł odchodzić z klubu jako jeden z najbardziej utytułowanych trenerów w jego historii, przez wielu zapamiętany zostanie głównie przez pryzmat wstydliwego rewanżu z Wigrami Suwałki i serii porażek w lidze. Stadionowi mędrcy po raz kolejny zalali nas falą wniosków, uwag i spostrzeżeń. Choć Niciński wad, tych trenerskich oczywiście, miał całkiem sporo i sam nigdy nie należałem do jego zwolenników, niektóre ze słów, które padły w ostatnich dniach w jego kierunku paść nie powinny.

***

Grzegorz Niciński to w gruncie rzeczy postać tragiczna. Swoimi, początkowo, bardzo dobrymi wynikami sam ukręcił na siebie bat. Drogę w dół paradoksalnie zaczął już w pierwszej lidze, gdzie bezczelnie punktował każdego napotkanego ogórka i do Ekstraklasy wleciał razem z framugą. Siedemnaście punktów przewagi nad trzecim miejscem, tylko trzy porażki w całym sezonie i awans wywalczony na kilka kolejek przed zakończeniem sezonu. Im więcej wygrywał, tym boleśniej mógł upaść. Patrzyłem na to z boku i zastanawiałem się, kiedy to wszystko pierdolnie i z jak wielkim hukiem.

Niemożliwym było dla mnie, żeby ktoś pokroju Nicińskiego utrzymał się w Arce na dłużej. To raczej trener, dla którego 1. liga to pułap, którego – przynajmniej w najbliższych latach – nie przeskoczy. Jednak Niciński kontynuował swój zwycięski marsz nawet w Ekstraklasie, a pod jego sterami do siatki zaczął trafiać nawet Ryan Gosling Dariusz Zjawiński. Cudotwórca! – pomyślałem. Potem maszyna się zacięła, trybiki zaczęły słabnąć, a apogeum bezsilności nastąpiło podczas rewanżowego meczu z Wigrami Suwałki. To właśnie wtedy na głowę Nicińskiego spadła największa fala krytyki, choć stery wypadły mu z rąk już kilka tygodni wcześniej.

***

Odnoszę wrażenie, że Niciński trafił na ławkę Arki tylko dlatego, że jest „swój”. I – jak określił to pewien znany w środowisku dziennikarz – poza Arką raczej nigdzie indziej nie zaistnieje. Zanim rozpoczął swoją przygodę z gdyńskim klubem, trenował jedynie Orkan Rumia (III liga) i Gryf Wejherowo (II liga), gdzie nie odnosił jakichś spektakularnych wyników (poza dojściem do ćwierćfinału, a jakże, Pucharu Polski podczas pracy w Wejherowie). Może w Gdyni ktoś w końcu stwierdził, że czas postawić na młodość nie tylko na boisku, albo, po prostu, nie mieli za bardzo na kogo postawić, a nie na każdego było ich stać. Zarząd wertował kolejne nazwiska, aż ktoś w końcu zasugerował:

– „A może Niciński?”

– „Niciński?” – zdziwili się inni.

– „No, weźmy Grześka. Gdynianin, w Arce już grał, kilka bramek strzelił, ludzie go kojarzą. Na razie prowadzi tylko Gryfa Wejherowo, ale młody, perspektywiczny. Do tego na pewno wiele kosztować nie będzie!”

– „Kurwa, Janusz, ty to masz łeb na karku! Dzwoń do Nicińskiego.”

I tak wzięli tego chłopa, i wrzucili na, bądź co bądź, wysokiego konia. A chłop jakimś cudem zaczął wykręcać przyzwoity wynik. Kibice zadowoleni, awans w końcu wywalczony. I w tym marazmie, który dopadł kibiców podczas kilkuletniej banicji w niższej lidze, niektórzy zapomnieli, że przecież Arka miała w tym miejscu znaleźć się już wcześniej. Kolejni trenerzy próbowali, odbijali się od ściany z tabliczką „Piekło” „1. liga” i równani byli z ziemią.

Udało się Nicińskiemu, choć awans za każdym razem był planem minimum. Zrobił coś, czego od każdego z jego poprzedników po prostu oczekiwano. Nie wciągnął za uszy do Ekstraklasy drużyny pokroju Chojniczanki czy Stali Mielec. Wciągnął tam Arkę, której po prostu się ta Ekstraklasa należała. Zrobił robotę, którą wykonać po prostu musiał. Jasne, szacunek mu się należy, bo niejeden przed nim na tym polu poległ, ale nie był to wyczyn spektakularny, o którym będą śpiewane pieśni przy ognisku. Choć niektórzy o tym zapominają. Jakby ta przeciętność, ta „pierwszoligowość” była dla nich już czymś naturalnym. A przecież spadek miał być tylko, wspomnianym już kiedyś, wyjściem po wódkę na imprezie. Fakt, ominie mnie kilka kolejek, kilka zabawnych anegdot, ale zaraz wrócę i będę bawił się z wami dalej.

***

W tej pracy bardzo ważne jest również szczęście, którego Nicińskiemu nigdy nie brakowało. To właśnie głównie dzięki niemu utrzymał się na powierzchni dostatecznie długo. Przykład z brzegu: droga na Narodowy. Jak pisałem już wcześniej, to nie wina gdynian, że po drodze trafiali na takie tuzy piłki jak Olimpia Zambrów czy Rominta Gołdap. Równie dobrze mogli trafić na Zagłębie czy Śląsk, którym na pucharze najwidoczniej nie zależało już tak mocno. Jednak nawet w tych meczach Arka miewała problemy. Mecz w Zambrowie? Arka po bezbarwnym meczu wbija bramkę w 94. minucie spotkania. Ostrowiec Świętokrzyski: dupę gościom ratuje Steinbors, który wyciąga jedenastkę. Potem jeszcze męczarnia w dwumeczu z Bytovią i kompromitujący rewanż z Wigrami. Nie zmienia to jednak faktu, że swoje zrobił i jeśli jakimś cudem Arka odniesie w finale sukces, będzie to puchar, który w dużym stopniu Gdynia zawdzięczać będzie właśnie Nicińskiemu.

Inną sprawą jest, że Niciński wyglądał na człowieka, który w tym wszystkim w pewnym momencie się pogubił. Nie potrafił dotrzeć do ludzi z którymi pracował. Piłkarze się zacięli, a on nie potrafił im pomóc. Dokonywał niezrozumiałych zmian lub w ogóle ich nie robił, kiedy trzeba było reagować. Stworzył wesołą paczkę, która świetnie czuła się w szatni i poza boiskiem, ale która coraz gorzej rozumiała się na nim. Nie wątpię w to, że w szatni Arki przez długi czas panowała rewelacyjna atmosfera, o której wciąż wszyscy wspominali. Jednak Arka to nie jest klub A-klasowy, gdzie głównym założeniem jest dobra zabawa. Czasem trzeba towarzystwo przywołać do porządku, krzyknąć, ustawić. Czy Niciński odnajdował się w takiej roli?

Do tego dochodzą całkowicie niezrozumiałe transfery. Na sprowadzenie „superstrzelca” Zjawińskiego mocno nalegał sam Niciński, co było widać potem na boisku. Czy Zjawiński trafiał do siatki rywala, czy nie, do składu trafiał regularnie. Sołdecki, Błąd, czy potem Trytko i Barisić. Sprowadzano zawodników, których bez żalu odpalano z innych klubów, w miejsce młodych i bardziej pasujących do „długofalowego projektu”, o którym mówiono w kontekście Arki.

***

Szacunek Nicińskiemu się należy – owszem, ale nie dożywotni kontrakt, czy pomnik na skwerze. Nie jestem zwolennikiem wyrzucania trenera po trzech słabszych meczach, ale w Gdyni, w kontekście nadchodzącego finału i walki o utrzymanie w tak długo oczekiwanej Ekstraklasie, potrzebny był wstrząs. Niciński dostał kredyt zaufania, którego niestety nie wykorzystał. Zabrakło mu pomysłu na odbudowę drużyny pogrążonej w kryzysie. Drużynę w upragnionym finale poprowadzi już ktoś inny.

Arka wcale nie jest jeszcze w sytuacji bez wyjścia. Nie takie cuda w polskiej Ekstraklasie miały miejsce. Do ugaszenia pożaru został poproszony Leszek Ojrzyński. Na „teraz” opcja całkiem przystępna. I personalnie, i – zapewne – finansowo. Ojrzyński potrafi dotrzeć do głów piłkarzy. Piłkarze mają być przy nim jak bulterier! Jak wściekły byk! Jak Tommy Lee Jones w „Ściganym”! Czy będą? Będą!

SKOMENTUJ WPIS KIBICA

Zostaw swój komentarz
Please enter your name here