Obserwuj nas

Rozgrywki

35. oraz 36. kolejka za jednym zamachem #PoKolejce

Świzdu, gwizdu ekstraklasa poszła w pizdu. Tak mogą powiedzieć kibice „Górali” na kilka dni przed zakończeniem ligi.

Podbeskidzie w 35. kolejce podejmowało na własnym terenie Koronę Kielce. Dzięki ostatniej znakomitej formie bielszczan mogliśmy się spodziewać, że Korona bez większych problemów upora się z tym rywalem. Miałem nieprzyjemność oglądać to spotkanie i przyznać muszę, że gdyby nie Candy Crush na moim telefonie, to bym umarł z nudy. Bielsko miało piłkę przez większość czasu tego spotkania, ale nic z tego nie wynikało. Korona stworzyła sobie 2 dogodne sytuacje, z czego jedną wykorzystała, a drugą zmarnowała w przepięknym stylu. Podbeskidzie wyglądało na boisku mniej więcej tak jak górnik po dwóch szychtach. Co prawda bielszczanom udało się ostatecznie zremisować, ale całe to spotkanie nie miało prawa dawać kibicom pozytywnych myśli przed spotkaniem w Łęcznej, gdzie podopieczni Podolińskiego pojechali w 36. kolejce. Tam już drużynie pod przywództwem powracającego do wyjściowej jedenastki Sokołowskiego, nie szło kompletnie. Nie wychodziło nic a nic. A w tym samym czasie łęcznianie zagrali koncertowo. Nie będę ukrywał, że ciężko jest mi coś o tym spotkaniu więcej napisać, bo nie miałem możliwości oglądania tego znakomicie zapowiadającego się pornola.

Koroniarze w kolejnym spotkaniu zawitali przy ulicy Roosevelta w Zabrzu, gdzie już pewni utrzymania, chcieli pozbawić zabrzańskiego Górnika nadziei na utrzymanie. Spotkanie było słabe, jakbym oglądał dwa Podbeskidzia. Ciężko cokolwiek napisać o meczu, gdzie na bramkę oddano tylko jeden(!) celny strzał. Górnicy grali tak jakby nie chcieli się utrzymać, bo przecież gdybym grał z nożem na gardle, a brakowało by mi umiejętności, to gryzłbym trawę, że na drugi i trzeci dzień nie mógłbym się ruszyć z łóżka… A oni? Oni to spotkanie przeczłapali, jak większość poprzednich. Spotkanie do zapomnienia. Cóż zostały tylko matematyczne szanse na utrzymanie i nadzieja, że Śląsk pokona w ostatniej kolejce łęcznian.

Reformy ekstraklasy nie wytrzymują fizycznie również sędziowie. Tak można by odpowiedzieć tym, którzy uważają, że nasi ekstrakopacze są przygotowani na tyle spotkań. W spotkaniu pomiędzy Wisłą a Jagiellonią kontuzji doznał sędzia Jarosław Przybył i musiał zostać zastąpiony przez arbitra technicznego. Jeśli już mówić o samym spotkaniu, to cieszy powrót do dosyć przyzwoitej formy Krzyśka Mączyńskiego. Czuję, że chłopak pojedzie na Euro, ponieważ zasłużył dobrą grą w spotkaniach reprezentacji, a i teraz widać, że zależy mu by znaleźć się w tej kadrze. Kolejny dobry mecz po wskrzeszeniu trupa przez Wdowczyka zagrał Małecki. Jestem ciekaw jak wejdzie on w nowy sezon i czy ta, co by nie mówić dobrze uzbrojona ofensywnymi piłkarzami, Wisła w przyszłym sezonie powalczy o coś więcej niż tylko zapewnienie sobie miejsca w pierwszej ósemce.

Na Rumaku do Europy… Tak w przyszłym sezonie będą pewnie brzmiały banery zachęcające kibiców we Wrocławiu do przybycia na stadion. Kolejny raz należy przyznać, że trener Rumak znalazł się w odpowiednim miejscu i w odpowiednim czasie. Pod jego wodzą Śląsk punktuje bardzo regularnie, a gra może cieszyć sympatyków tego klubu. Pytanie tylko czy uda się utrzymać wszystkich piłkarzy na nowy sezon? Ostatnie dobre spotkania Morioki na pewno nie umknęły klubom poszukującym dobrego kreatora gry, a ten po prostu jest w wyśmienitej formie. Potrafi tak obsłużyć kolegów podaniami, jak mało który zawodnik w naszej lidze. Śląsk pokazał w spotkaniu rozgrywanym w ramach 35. kolejki z Termalicą, że będzie kolejną drużyną, która w przyszłym sezonie chce powalczyć o europejskie puchary. Trzeba przyznać, że w naszej lidze coraz mniej średniaków. Mamy w lidze drużyny mocne i słabe. Ciekawe jak to będzie w przyszłym sezonie… A w następnej kolejce pełne zaskoczenie. Dlaczego ? Ano dlatego, że Termalica wygrała niespodziewanie w Białymstoku i tym samym zapewniła sobie utrzymanie w lidze na kolejny sezon. Spotkania również nie miałem możliwości oglądać, ponieważ byłem wspierać swój ukochany klub w walce z wiatrakami o utrzymanie. O tym spotkaniu mogę powiedzieć tyle, że cieszę się, że nie postawiłem w tej kolejce u bukmachera. Wszystko na odwrót.

Skoro już jestem przy ukochanym klubie, to wcześniej pisałem o spotkaniu z Koroną… Ale zanim mecz, praktycznie o życie, miał miejsce, to kilka dni wcześniej wszystko było w rękach Górników, którzy podejmowani byli właśnie przez bezpośredniego rywala do spadku. Zabrzanie pojechali do Łęcznej pełni optymizmu. Spotkanie było w pełni kontrolowane przez zespół Żurka. Duma Górnego Śląska stwarzała sobie sytuacje, jednak jak zwykle brakowało wykończenia i odrobiny szczęścia. Jose Kante to chyba nigdy nie strzeli gola w Ekstraklasie. Brakuje mu takiego zawodnika, któremu by wypracowywał sytuacje. Chętnie zobaczyłbym go za plecami jakiegoś napastnika, choćby juniora. A Łęczna? Łęczna zrobiła jeden zryw, oddała jeden celny strzał. Strzał z rzutu karnego. Na szczęście dla ekipy z Zabrza do piłki podszedł dobrze znany Grzegorzowi Kasprzikowi kolega z czasów Floty, a mianowicie Bartosz Śpiączka i karnego zmarnował. Jak po meczu przyznał sam bramkarz Górnika, za czasów gry we Flocie na treningach na 10 karnych 9 trafiało w ręce Grześka.

Podobno chodziły głosy przed spotkaniem Ruchu w Gdańsku o chęci wycofywania tego spotkania z zakładów bukmacherskich. Chyba już wszyscy wiedzą, że w rundzie rewanżowej drużyna Ruchu coś knuje. Dziwnym trafem we wszystkich spotkaniach wygląda kiepsko, a żadnego z nich nie wygrała… Może coś jest na rzeczy? Może naprawdę to jest jakiś nieoficjalny protest piłkarzy? Tylko po co to? Ruch ma ważniejsze problemy niż przegrywanie spotkań w grupie mistrzowskiej. Ruch może nie dostać licencji, co jest kolejną szansą zabrzan na utrzymanie w lidze. Jeżeli jednak chodzi samo spotkanie gdańszczan z „Niebieskimi”, to muszę przyznać, że było to jedno z lepszych w 35. kolejce. Chciało się to oglądać. Podobała mi się otoczka wokół całego spotkania. Nie wiem dlaczego, ale jakoś ciągnęło mnie by ten mecz zobaczyć. Mogliśmy zobaczyć kilka ładnych akcji, a po takim oglądaniu Podbeskidzia nie ukrywam, że był do odpoczynek dla moich oczu.

Zagłębie Lubin do Szczecina poszło jak po swoje. Drużyna, która w tym sezonie jest beniaminkiem, otwarcie mówi o chęci gry w pucharach i to mi się podoba. Lubię zespoły, które wiedzą czego chcą, a nie ciągłe mazgajenie się typu „nie jesteśmy jeszcze przygotowani do gry w Europie”.  Spotkanie rozpoczęło się dosyć kiepsko i w pierwszej połowie niezbyt było czym się emocjonować, ale już II połowa to koncert piłkarski. Pierwsi do głosu doszli – o dziwo – „Portowcy”, ale szybko odpowiedzieli podopieczni Stokowca. Zagłębie w krótkim czasie ukuło po raz drugi i starało się kontrolować spotkanie. Do niecodziennej sytuacji doszło w tym spotkaniu, bo z początkiem ostatniego kwadransa w polu karnym z piłką minął się bramkarz „Miedziowych”, ale na szczęście dla niego, piłka minęła minimalnie bramkę. Pod koniec spotkania trzeci raz do siatki trafili lubinianie i ustalili wynik spotkania.

GRA O TRON. Tak można nazwać spotkanie rozgrywane w Warszawie. Legia podejmowała swojego bezpośredniego rywala do tytułu. Nikt chyba się nie spodziewał, że spotkanie będzie wyglądało tak jednostronnie. Wydaje mi się jednak, że gdyby sędzia Marciniak przy stanie 1:0 dla Legii podyktował jedenastkę dla gliwiczan, to mogłoby być jeszcze ciekawiej. Niestety tak się nie stało, a do przerwy Legia prowadziła już dwa do zera i mogła być spokojna o drugą połowę. Pewnie powiecie, że Michniewicz powiedziałby, że 2:0 to najgorszy wynik… Może coś w tym jest, ale jednak nie tym razem. W drugiej części spotkania warszawiacy w pełni kontrolowali jego przebieg i dwa razy udało im się jeszcze trafić do siatki Jakuba Szmatuły. Spodziewałem się więcej emocji w tym spotkaniu, ale cóż. Różnica klas była bardzo widoczna, a Piastowi pozostało już tylko liczyć na cud.

Ostatni mecz, o którym w 35. kolejce należałoby coś naskrobać, to spotkanie „Pasów” z „Kolejorzem”. Już skład Lecha dał dużo do myślenia i pozwolił myśleć o łatwym zarobku u bukmachera. Nie trzeba było długo czekać na pierwszego gola straconego przez poznaniaków, bo tuż przed upływem pierwszych piętnastu minut Lech przegrywał 1:0. Spotkanie mogło się podobać, fajnie oglądało się akcje obu zespołów, z tym że Lechowi znów brakowało skuteczności. Przyznać też należy, że w dobrej dyspozycji jest Sandomierski. Przed przerwą Budziński wpakował okienko Buricowi i na tablicy widniał wynik 2:0. Druga połowa zdecydowanie należała do Lecha, ale zagrożenie stwarzali tylko po stałych fragmentach gry. Na boisku po długiej przerwie pojawił się Marcin Robak, ale nic do gry Poznaniaków nie wniósł i wydaje mi się, że już raczej nic nie wniesie…

36. kolejkę zakończyły spotkania grupy mistrzowskiej. W meczu o uniknięcie pucharów Pogoń podejmowała u siebie drużynę Jacka Zielińskiego. Przed spotkaniem założyłbym, że to „Portowcy” bardziej nie chcą występować na arenie międzynarodowej, jednak pierwsza połowa znów pokazała, że nie mam racji. Co prawda była to wyrównana część spotkania, ale to chłopaki ze Szczecina stworzyli sobie więcej klarownych sytuacji i jedną z nich zamienili na bramkę. Po przerwie zobaczyliśmy już lepsze widowisko. Obie drużyny zażarcie walczyły o uniknięcie pucharów i raz za razem doprowadzali do remisu. Jak dla mnie było to spotkanie bramek „z dupy”, wystarczy zobaczyć bramkę na 2-2 strzeloną przez Cracovię, a chwilę później kolejna taka padła za sprawą Zwolaka. Jest jeden duży plus zwycięstwa Pogoni. Jaki? Ano taki, że Legia ostatni mecz gra właśnie z Portowcami, którzy pokazali, że będą chcieli w Warszawie sprawić niespodziankę.

W Lubinie z kolei spotkanie rozgrywał kolejny kandydat do gry w pucharach. Zagłębie walczyło o trzy punkty z Lechem. Lechem, który znów nie wystawił optymalnego składu, ale w sumie to i dobrze. Fajnie, że szanse dostali młodzi zawodnicy, bo kiedy mają się oni ograć jak nie dziś… Szkoda, że w tym spotkaniu miejsca zabrakło dla kończącego karierę zasłużonego bramkarza „Kolejorza”  – Krzysia Kotorowskiego, ale może pożegnają go za tydzień. Kto wie. W pierwszej połowie obie drużyny grały dosyć ciekawy futbol, a Lech znów najgroźniejszy był po stałych fragmentach gry. W drugiej części spotkania obraz gry się nie zmieniał, Zagłębie spokojnie kontrolowało spotkanie. Bardzo dobre zawody rozegrał Dąbrowski notując dwa trafienia oraz prezentując znakomite czucie gry. Przed upływem regulaminowego czasu Zagłębie znokautowało swojego rywala i zapewniło sobie występy w Europie. Zastanawia mnie tylko jak to jest możliwe, że przedłużony został kontrakt z Urbanem…

 

Walka o mistrzostwo trwa w najlepsze. Legia pojechała przypieczętować mistrzostwo do Gdańska. Ale chyba zapomniała, że żeby wygrać mecz, to trzeba wystawić swoich najlepszych zawodników, bez względu na to czy są zagrożeni kartkami, czy nie. Ale Czerczesow pobawił się trochę w swojego poprzednika i zastosował tzw. „Rotację Berga”. W pierwszej części spotkania Legioniści grali odrobinę lepiej aniżeli w meczu wyjazdowym w Lubinie, ale co z tego, skoro Lechia u siebie pod wodzą Piotra Nowaka jest nieobliczalna. Do tego strzałem życia popisał się Sławomir „0,7” Peszko. Druga połowa? Na drugą połowę Legioniści stwierdzili, że nie będą wychodzić i zostaną sobie w szatni. Szybko dostali drugą bramkę, a 10 minut później z boiska wyleciał Lewczuk. Żeby tego było mało, to Rosjnanin zamiast próbować odrobić wynik, robił zmiany defensywne… Ten człowiek się tym meczem bardziej skompromitował, niż Berg przez cały swój byt w Warszawie.

Druga drużyna walcząca o Mistrzostwo Polski, czyli Piast Gliwice rozgrywał swoje bardzo ważne spotkanie w Chorzowie. Dla Piasta spotkanie to miało podwójny smaczek, bo nie dość, że ciągle są w grze o mistrzostwo, to było to mecz derbowy. Ruch nie odpuszczał i chciał Piastowi poprzeszkadzać jak tylko się da. Na nieszczęście dla Ruchu do gry wrócił Radek Murawski, który kolejny raz pokazał wielką jakość i potwierdził tylko, że z nim w składzie Piast jest jedną z najsilniejszych drużyn w lidze. Do przerwy gliwiczanie stwarzali sobie dużo sytuacji, a jedną z nich na bramkę udało się zamienić Barisicowi. Po przerwie do głosu zaczął dochodzić Ruch, który stworzył sobie kilka sytuacji, ale nie udało im się zakończyć ich bramkami. Piast postanowił więc, że nie będzie się patyczkował i ryzykował remisu, podwyższył wynik za sprawą sympatycznego Nespora, a chwilę później wynik ustalił Barek Szeliga. Walka o mistrzostwo rozstrzygnie się w ostatniej kolejce… To będzie wielkie piłkarskie święto w naszej lidze.

 

Ekstraklasa, logistyka, studia, gotowanie. @watch_esa

Skomentuj

Leave a Reply

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

Advertisement

Musisz zobaczyć

Zobacz więcej Rozgrywki