Connect with us

Legia Warszawa

Krótki tekst o Legii Warszawa

Liga Mistrzów trybuny

Było sobie kiedyś takie dzieło – „Krótki film o miłości” z Olafem Lubaszenką. Powstał w roku 1988. Rok wcześniej, na srebrne ekrany wprowadzono „Krótki film o zabijaniu”. Patrząc po trybunach stadionu przy Łazienkowskiej 3 miałem wrażenie, że właśnie tymi uczuciami targane jest niecałe 30 tysięcy ludzi, którzy nabuzowani emocjami przyszli obejrzeć mecz z irlandzkim Dundalk. Od absolutnej pompy do momentu, gdy mistrz Polski stracił gola z autu.

Potem było już tylko gorzej. Niektórzy podłamani nie śpiewali już tak ochoczo jak przedtem (Żyleta jest akurat chlubnym wyjątkiem, wczoraj nie można było im zarzucić nic, nawet słuszne obelgi po meczu są uzasadnione). Paru gości miałem ochotę upomnieć za to, że krzyczą do innych, „żeby siadać, bo i tak ch** z tego będzie”. Kochali tych ludzi jeszcze w maju, a teraz każdego z nich – nawet pokazujących znów klasę Malarza, Pazdana czy Lewczuka – chcieli rozszarpać. Ale najbardziej znów obrywał trener.

Atmosfera była naprawdę gorąca. A tego, co działo się po czerwonej kartce dla Hlouska nie zapomnę nigdy. Pierwszy faul, który nie był absolutnie powodem do pokazaniu kartonika i później w konsekwencji drugi, który już był wyrazem frustracji Czecha. I gwizdy po każdej kolejnej kontrowersyjnej decyzji Sveina Oddvara Moena. Głośne jak nigdy. Nie wiem, czy ktokolwiek rejestrował poziomy hałasu, jakie dochodziły ze stadionu Legii, ale naprawdę tak jak momentami było głośno, to chyba nie było już bardzo dawno.

Spostrzeżenia z trybun wielu były też jasne – „co to k***a jest?”, zapytowywu…, zapytowu…, zapyty…, pytali się nawzajem. Besnik Hasi znów przekonał się, że nie ma po swojej stronie już nikogo poza władzami Legii i kilkoma piłkarzami, którzy wczoraj dali znów popis bezradności i zrównania się poziomem z zawodnikami, którzy nie są zawodowymi graczami. Ten wielki piewca myśli szkoleniowej rodem z Belgii po raz kolejny zafundował nam totalnie beznadziejną grę swojej drużyny. Tutaj muszą nie pracować głowy, tutaj brakuje komunikacji. Zrywy Bereszyńskiego grającego na nieswojej pozycji to było zbyt mało. A gol Kucharczyka był naładowany tyloma emocjami, że bardziej w stolicy był to okrzyk ulgi – jak wyjęcie cewnika, jak podsumowanie bolesnej rehabilitacji pacjenta, który przez 5 lat starał się wrócić do pełni sił.
Ratowany przez wielu lekarzy – dr. Macieja, dr. Jana, dr. Henninga, dr. Stanisława i wreszcie dr. Besnika, który tak naprawdę to sporo popsuł, ale nie na tyle, by pacjent się wykrwawił. Asystent Michał, solidna firma, ale nic poza to w porę odratował operowanego i zaszył.

A triumfalny sukces ogłosił… dr Besnik. Pytał: „czemu się Państwo nie cieszycie?”. Jak stwierdził ktoś z Twittera: „bo jeszcze Pan tu siedzi”.

Marcin Szymczyk z Legia.Net prosił o obustronny rachunek sumienia i trenera, i piłkarzy, którzy zawalają jak na razie w tym sezonie wiele meczów, ale w eliminacjach zyskali na współczynniku UEFA, którego grzechem było nie wykorzystać. Jeśli coś ma się w Legii zmienić, a trzeba, to nie powinno się mówić, że jest to sprawa do zaczęcia od jutra, ale od wczoraj. Bo problem nowy nie jest. Choćbyśmy wysyłali albańskiego Mateusza Grzesiaka na konferencje i mówili, że to jest szczyt formy Legii i że możemy myśleć, co chcemy o wczorajszym meczu wobec faktu, że awans został wywalczony… „nas nie przekonają”. I kibiców Legii, i obserwatorów postronnych, wśród których pewnie wielu chciało, aby klątwa Widzewa została przełamana. Została. Teraz czas na przemyślenia – najgorsze jest jednak to, że Hasi jak na razie wygląda na człowieka, który sądzi, że wybudował sobie pomnik trwalszy niż ze spiżu.

Kochasz, a potem chcesz zabić. Chcesz zabić, by zaraz potem kochać. Takie jest to kibicowanie. Niesamowite jest to, że nagrywając ostatnie kilka minut meczu wyłapałem gola (a wiadomo, przewidzieć się tego nie da). I pytałem na nagraniu: „Co Wy z tymi pieniędzmi zrobicie?”. Kolega obok powiedział: „Wyp*****ć Hasiego na zbity pysk!”. W sumie patrząc na tę sumę, to dla podtrzymania miłości wielu kibiców zwolnienie trenera w trakcie przerwy reprezentacyjnej (albo tej najbliższej, albo tej październikowej) jest wariantem, którego nie można wykluczyć. Na odprawę będzie. I znów głos z Twittera – „skoro na oprawy się zrzucają, to i na o(d)prawę również będzie”.

Bez podsumowania dziś. To po prostu taki sobie tekst naładowany resztką emocji z wczorajszego dnia. Specjalnie nie piszę już o meczu, bo to nie był mecz. To było podsumowanie tych kilku lat, którego zaczęły się od zdobycia Pucharu Polski w 2011 r.

Miało być krótko. Ale nie wyszło. O Legii nie można najwidoczniej pisać krótko. Chwalić ją można za wiele, ale to raczej adresowane jest do kilkunastu ludzi, może kilkudziesięciu pracujących w klubie. No i do kibiców. Natomiast pomimo tych skrajnych emocji, wczoraj dała znów powód do tego, by ją uwielbiać, ale znacznie więcej do tego, by nienawidzić.

Jeśli mogę tylko dodać coś od siebie – jeśli gra ma nadal tak wyglądać, to we wrześniu będę pierwszym, który powie „zabijcie to, zanim złoży jaja”. Byłem bowiem wczoraj przy Łazienkowskiej ze względu na te 5, albo jak ktoś woli, 20 lat. Nie ze względu na albańską wizję mistrza Polski.

RAFAŁ MAJCHRZAK

foto: Mateusz Czarnecki

@Radio_Golpl | F1zone.pl

Click to comment

Leave a Reply

Twój adres email nie zostanie opublikowany.

Advertisement

Musisz zobaczyć

More in Legia Warszawa