Obserwuj nas

Pogoń Szczecin

POGONienie Kazimierza Moskala to zły pomysł

Kazmierz Moskal - pogon

Musicie mi uwierzyć – kocham polską ekstraklasę, kocham Pogoń, kocham ten nasz swojski folklor. W takich momentach jak ten, kiedy otwarcie mówi się o gorącym stołku trenera po niecałej rundzie, zaczynam pałać do niej wyjątkową niechęcią. Możecie uznać to za głupie, wręcz irracjonalne, ale ja, jako ostatnich, obwiniam tych, którzy faktycznie mają wpływ na boiskowe wydarzenia. Prezesi, dyrektorzy sportowi, wszystkie osoby decyzyjne – to oni ponoszą w głównej mierze odpowiedzialność za niepowodzenie swoich drużyn i są hamulcowymi w rozwoju swoich klubów, a co za tym idzie całej ligi. To zazwyczaj od nich zaczyna się te błędne koło, ponieważ to oni zatrudniają w swoje szeregi słabych piłkarzy i niekompetentnych trenerów. To oni wywołują tą całą lawinę

Pogoń jest dobrym przykładem „awanturniczej polityki szkoleniowej”. O ile zwolnienie Czesława Michniewicza wymykało się z tych ram, bo Michniewicz po prostu wypełnił swój kontrakt i z różnych powodów go nie przedłużono, tak każdy poprzedni trener, bardziej lub mniej zasłużenie, był zwolniony pochopnie. Żaden z nich nie dostał na tyle komfortowych warunków pracy, żeby rozwinąć w pełni swój projekt. Tak naprawdę w ostatnim czasie efekty pracy były widoczne za kadencji Dariusza Wdowczyka, Czesława Michniewicza i właśnie Kazimierza Moskala. Zwolnienie tego ostatniego w najbliższym czasie byłoby decyzją nie tyle co pochopną, a najzwyczajniej w świecie głupią.

Zwolnienie Michniewicza miało jeden zasadniczy cel – Pogoń miała grać bardziej efektownie, cieszyć oko i przyciągać miejscowych kibiców na stadion. Oczywiście, drużyna ze Szczecina miała przy tym zachować efektywność, której Michniewiczowi nie można było odmówić. Skłamałby jednak ten, kto nie upatrywał w znakomitych wynikach obecnego trenera Bruk-Betu fury szczęścia. W tamtym sezonie tego szczęścia Pogoń miała aż nadmiar i niepoprawny optymista mógł jedynie zakładać, że równie często będzie ono sprzyjać piłkarzom w tym sezonie.

A tego szczęścia w drużynie Moskala po prostu brakuje. Nie można bowiem winić trenera za zmarnowanego karnego Zwolińskiego w meczu z Lechem. Każdy wie, że przez tę sytuację Portowcy musieli obejść się smakiem i wracać do miasta Gryfa z pustymi rękoma. Nie jest także winą braku umiejętności niezwykle niefortunne wyjście Dawida Kudły z bramki w meczu z Zagłębiem Lubin, co kosztowało drużynę utratę dwóch punktów. Fortuna nie sprzyjała zaskakująco często, nie rekompensując tego ani razu. Każde zwycięstwo Pogoni było w pełni zasłużone i w każdym trzeba było zostawić masę zdrowia. Nie można było zdać się na przypadek, chaos, dobry omen.

Brak szczęścia to jedno, a gra drużyny to drugie. Wystarczył naprawdę krótki czas żeby pomysły Moskala zatrybiły, a wiele aspektów, głównie tych w ofensywie zostało poprawionych. Odżył Gyursco, szybko zaaklimatyzował się Delev, odkryty został potencjał Kitano. Tabela na pewno nie odzwierciedla tego jaki progres się dokonał w tej drużynie, ale to wszystko kwestia czasu i cierpliwości działaczy.

Cierpliwości działaczy.

Zadajmy sobie pytanie, czego otwarcie oczekiwał zarząd od Kazimierza Moskala i ile z tych rzeczy zostało spełnionych. Efektywna gra? Jest. Poprawienie gry skrzydłowych? Jest. Stawianie na młodzież? Również jest. W końcu – operowanie piłką, utrzymywanie się przy niej i gra podaniami? Także da się to zauważyć w tej drużynie. Czego więc brakuje? Ano, nie ma skutecznego napastnika, który zwieńczy dzieło, obrona nie jest już tak szczelna jak w zeszłym sezonie, no i brakuje tego cholernego szczęścia.

Łukasz Zwoliński.

To był atak na ten sezon. Łukasz Zwoliński, jeden piłkarz, do tego bez formy przez dłuższy czas. Gdzie są wzmocnienia? – pytali się kibice, pewnie zastanawiał się trener. Ano nie ma, cisza jak makiem zasiał. W takim układzie Moskal z kapelusza wyciągnął Seyie Kitano – piłkarza z rezerw, wielką niewiadomą. Próbował on różnych, czasem rozpaczliwych wariantów (Frączczak w ataku). Inicjatywa poprawy była, ale jak widać tylko ze strony trenera. A jak głosi przysłowie – z pustego to i Salomon nie naleje.

Formacja obrony.

Tutaj tłumaczyć trenera Moskala jest o wiele ciężej. Coś się wyraźnie popsuło. Duet Czerwiński -Fojut nie był już skałą nie do przejścia, boczne sektory defensywy nadal pozostały nieszczelne i niekiedy nadal stanowią autostradę do bramki. Na drodze do poprawy stanęła sprzedaż Kuby Czerwińskiego, ale należało się tego spodziewać. Po odejściu Czerwińskiego do Legii, Kazimierz Moskal został z jednym nominalnym środkowym obrońcą. JEDNYM. Gdzie były wzmocnienia? No tak, ciężko mówić o nich gdy piłkarz odchodzi w ostatni dzień transferowego okienka. Nie można jednak nie podnieść zarzutu, że ktoś tutaj jednak popełnił błąd. O odejściu Czerwińskiego były głośno już kilka ładnych dni przed transferem, a w klubie zapewne liczono się z jego odejściem o wiele wcześniej. Klub nie ubezpieczył się na ewentualność odejścia jednego z liderów defensywy i zostawił trenera z Sebastianem Rudolem – ogranym, ale nadal młodym zawodnikiem. Co najważniejsze, przez większość czasu występującym w bocznych strefach obronnych.

Znowu zabrakło szczęścia.

David Niepsuj, który miał być istotnym wzmocnieniem obrony jest wykluczony z gry przez dłuższy czas i nikt nie wie czego będzie można się spodziewać po jego powrocie. Hubert Matynia ciągle jest kontuzjowany. Jeżeli ktoś zapomniał, to przypominam – to młody, lewy obrońca. Lewy obrońca, czyli piłkarz grający na najbardziej newralgicznej pozycji w klubie, obsadzanej przez Ricardo Nunesa – piłkarza, który lepiej się czuje z przodu niż z tyłu, a także przez Mateusza Lewandowskiego, który w tym sezonie kaleczy piłkę nożną, a jego najlepszym zagraniem było pójście do fryzjera i ogolenie się na „zero”.

Czy mając taką kadrę można spełnić wybujałe oczekiwania?

To pytanie klucz. Klub bardzo wysoko sobie postawił poprzeczkę, mierząc w europejskie puchary i ligowe pudło. Na pewno można było marzyć o tym przed sezonem, bo przy dobrym rozegraniu okienka transferowego, można było to osiągnąć. Oprócz bujania w obłokach trzeba było także działać. Ściągnięcie napastnika wydawało się być priorytetem na to okienko. Tego celu nie udało się wykonać, a przecież wiemy, że piłka nożna to gra prosta: nie strzelasz, nie wygrywasz. No to nie strzelamy i nie wygrywamy. Ciężko w tej sytuacji obwiniać jedynie trenera, bo ten naprawdę ma pomysł na ten zespół. Pogoń stwarza sobie wiele sytuacji, do pewnego czasu miała ich najwięcej w lidze. Przypomnijmy jednak – prawdziwa piłka, to nie Fifa. Tutaj trener nie ma wpływu na to, czy piłkarz trafi w piłkę, czy ta nie odskoczy mu od nogi. To leży już w gestii piłkarzy, a nie szkoleniowców. Szkoleniowiec może co najwyżej reagować na nieudolność swoich podopiecznych.

Największy atut Kazimierza Moskala.

Kazimierz Moskal zaimponował mi tym, że nie boi się robić manewrów. Jeżeli komuś nie idzie – jest do zmiany. Jeżeli ktoś zagrał słaby mecz – nie wychodzi w kolejnym spotkaniu. Co oczywiste – wzmaga to rywalizację wśród zawodników i wywiera dodatkową, zdrową presję. Dla przykładu Jakub Słowik, który zaczynał sezon jako podstawowy bramkarz, spadł w hierarchii na trzecią pozycję. Swoje szanse dostał Dawid Kudła, czyli jak mogło się okazać jedyny konkurent do walki o bramkarski trykot. Gdy także on nie spełniał oczekiwań, Moskal postanowił zaszokować wszystkich i wypróbować młodego Adriana Hengera. Nie będę roztrząsał tego, czy trener podjął słuszną decyzję, bo każde działanie jest obarczone ryzykiem, chciałem zwrócić uwagę na coś innego: W tej drużynie każdy może otrzymać szansę i nikt nie może czuć się pewnie. Nie ma równych i równiejszych. Możecie postrzegać to jak chcecie, ale ja ogromnie szanuję takie podejście.

Czy naprawdę jest tak źle?

Kazimierza Moskala postawiłem w bardzo jasnym świetle. Gdyby rzeczywistość była postrzegana tak jak ja to przedstawiłem, prawdopodobnie nie byłoby nawet mowy o jakiejkolwiek dyskusji nad zmianą szkoleniowca. W piłce nożnej liczą się jednak wyniki – to kolejny truizm, ale czy ten sport nie jest banalnie prosty? Wyniki byłego trenera Wisły Kraków na pewno nie bronią. Fatalna inauguracja sezonu i brak jakichkolwiek pozytywnych przesłanek, aż do czwartej kolejki i remisu z niepokonanych wówczas Zagłębiem Lubin. W meczu z Miedziowymi coś drgnęło, i to drgnęło na tyle mocno, że remis z ekipą Piotra Stokowca można było uznać za rozczarowujący. Później fantastyczne spotkanie z Bruk-Betem, pewne wyjazdowe zwycięstwo z Piastem i remis z Cracovią. Apetyty po czterech kolejnych meczach ze zdobyczą punktową były duże, bo i gra napawała optymizmem. Wyjazd na Lecha znów jednak sprawił, że nastroje się pogorszyły. To była wyjątkowo niefortunna porażka, po dobrej grze. Odnoszę wrażenie, że podobnie było w Płocku, że Portowcy powinni zdobyć tam choćby jedno oczko.

Co dałaby zmiana trenera?

Zastanówmy się – w jaki sposób nowy trener miałby zmienić oblicze tej drużyny? Kim w ogóle miałby być nowy szkoleniowiec? Na karuzeli transferowej większość poważnych kandydatów trzyma się kurczowo swoich miejsc, a inni, Ci na wylocie, bądź bez pracy, nie wydają się ludźmi, którzy z dnia na dzień wpłyną radykalnie na wyniki. Uważam, że droga jaką objął Kazimierz Moskal jest słuszna – efektowna gra, wymiana podań, duży nacisk na kreowanie sobie sytuacji.

„Czasami wydaje mi się, że jestem jedyną osobą która wierzy w trening. Cała reszta wierzy w transfery. A ja uwielbiam piłkę nożną, bo treningi mogą dużo zmienić.” – Takimi słowami Jurgen Klopp odparł ataki brytyjskiej prasy na swoje decyzje. Gdyby znalazł się w polskiej rzeczywistości z pewnością dodałby do tej wypowiedzi, że działacze zbyt bardzo wierzą w to, że zmiana szkoleniowca przynosi natychmiastowe skutki. Trening i czas – tego potrzebują piłkarze i sztab szkoleniowy. Nie tylko w Pogoni.

Kliknij by skomentować

Zostaw odpowiedź

Twój adres email nie zostanie opublikowany.

Reklama

Musisz zobaczyć

Więcej z Pogoń Szczecin