Lech Utrecht
fot. Monika Wantoła

Wczorajszy wieczór i mecz Kolejorza nie tylko był widowiskiem sportowym, filmem akcji pełnym zaskakujących zwrotów. Odpadnięcie z Ligi Europy jest też gorzkim sukcesem, który ginie w zasłonie sypiącego się pudru i wizji przyszłości. Krzywe zwierciadło i niezwykłe dokonanie Nenada Bjelicy posiadającego swoją armię, która nie ma jeszcze zamiaru dezerterować. Dla każdego innego szykowany byłby już szafot. Chorwacki szkoleniowiec w ciągu swojej dotychczasowej pracy przegrał mistrzostwo kraju, okazał się gorszy w finale Pucharu Polski, a do tego niechlubnego zestawu dokonań dołożył pożegnanie się z europejskimi rozgrywkami z zespołem, który dobitnie obnażył i wykorzystał mankamenty Lecha Poznań.

Ponad 30 tysięcy kibiców udało się na INEA Stadion, aby obejrzeć piłkarskie święto. Udali się z nadziejami niczym do renomowanej restauracji, licząc na pyszną kolację. Mecz miał w sobie praktycznie wszystko to, czego można oczekiwać z trybun. Na przystawkę zaserwowano szokującą stratę prowadzenia już w 43. sekundzie spotkania. Takiego nokautu nie spodziewał się nikt, a Wołodymyr Kostewycz nie wiedział ani gdzie się znajduje, ani co się dzieje wokół niego. No cóż, czekamy na danie główne. Pomimo początkowego zawodu w głowie mamy to, jakim cudem można było tak małą porcją się zadowolić. Wtem, kiedy apetyt sięga zenitu, na scenę wkracza kelner, w którego wszyscy wpatrują się niczym w Maggie Smith na filmowym ekranie. Christian Gytkjaer rozpala serca, nadzieje, każdą komórkę ciała zdobywając wyrównującego gola. Odchodząc od tego, że absolutnie ta bramka nie powinna zostać uznana, to kibice wpadli w euforię. Dostali ogromny zastrzyk energii, a ich kubki smakowe eksplodowały.

***

Brygada Nenada Bjelicy parła naprzód niczym Afrika Korps Erwina Rommla. Holendrzy nie tylko będąc w totalnym odwrocie, grali na czas, sprawiając wrażenie działających w trybie slow–motion. Zastępcy leniwców mogły być w tym momencie dumne, gdyż posiadały swój własny zespół piłkarski. Lech dostarczał to wszystko, czego od niego oczekiwano. Zawzięcie, dominacja, tempo, jakby zawodników ktoś wsadził w bolid F1. Rozpływać można się było nad poczynaniami Macieja Makuszewskiego, który mógłby spokojnie w takiej dyspozycji wystartować w finale biegu na 100 metrów podczas Igrzysk Olimpijskich. Tak, mieliśmy do czynienia z natchnionym Lechem Poznań, którego wszyscy chcą widzieć w takiej, a nie innej formie. Niestety, wszelkie nadzieje zabił ten, który od początku wyglądał po prostu słabo, a każda jego styczność z piłką powodowała kołatanie serca. Wołodymyr Kostewycz znów stał się Brutusem. Szkolny błąd, juniorskie zachowanie i strata piłki, która wręcz zabiła wszelką nadzieję. Próby reanimacji podjął się ponownie Christian Gytkjaer, ale doliczonego czasu gry wobec zwolnionego trybu życia Utrechtu nie starczyło. Koniec marzeń, do których być może powróci się za rok.

Zaufanie bezgraniczne

Szokujące jest to, jak wielkim zaufaniem, wręcz ślepym zapatrzeniem może szczycić się Nenad Bjelica, za którego trybuny są gotowe zginąć. Powiedzmy wprost. Facet, który przegrał walkę o tytuł mistrzowski, szkoleniowiec, który w fatalnym stylu oddał Puchar Polski, a teraz jest za burtą europejskich rozgrywek ma przed sobą dziesiątki nagich torsów gotowych wystawić się na cios zamiast niego.

Natomiast nie zgadzam się z jedną rzeczą. Gloryfikowaniem przegranego. Być może jest to rodem z czasów szermierzy i szanujących się średniowiecznych rycerzy, kiedy to sławiono rywala pomimo porażki, a na szacunek zasłużył swoją świetną postawą. Chorwacki szkoleniowiec mówi, że jest dumny ze swojego zespołu pomimo takiego rezultatu i ciężko się z nim nie zgodzić, jednak totalną bujdą jest zakrywanie tego, jaki obraz w dwumeczu pozostawia Lech Poznań przeciwko rywalowi, którego mógł spokojnie przejść, a odpadł ze względu na swoje mankamenty. W mojej ocenie skończył się czas jakiejkolwiek taryfy ulgowej wobec trenera, który ma Kolejorza przywrócić na szczyt. Zaczyna też powoli dziwić oderwanie szkoleniowca w swoich wypowiedziach pomeczowych. Można to nazwać zachowaniem w stylu sir Alexa Fergusona czy Jose Mourinho, którzy swoimi słowami odwracają totalnie uwagę od piłkarzy, zespołu i wyników skupiając cały blask fleszy na sobie.

Niestety podczas wczorajszej konferencji pomeczowej, Bjelica przekroczył pewną granicę, o której tak często wspomina. Szacunek, który jest dla niego tak ważny, wczoraj nie został okazany Damianowi Smykowi (Gazeta Wyborcza). Być może nie zrozumiał pytania dotyczącego kibiców i tego, że w pewnym momencie mogą się oni odwrócić od szkoleniowca, ale przeinaczanie słów i wchodzenie w totalnie irracjonalne utarczki słowne po prostu nie przystoi. Być może dla kogoś będzie to zachowanie prawdziwego lidera, ale tym samym Chorwat zaprzecza własnym słowom.

Co pozostaje? Ligowe podwórko, Puchar Polski i swojskie kopanie się po czołach. Pozostaje mieć nadzieję, że wczorajszą postawę zespół przekuje na realne wyniki i sukces, a nie na poklask trybun. Na tę chwilę otrzymujemy ładne danie, ale nie do końca strawne, które dziś powoduje wzdęcia.

1 KOMENTARZ

  1. Wszyscy widzą tylko przegrane mistrzostwo Polski, finał PP i III r.k. Ligi Europy.
    Nikt nie chce widzieć, że NB przejmował zespół po tragicznych przygotowaniach wesołego Janka i niezłym wyczynem było to, że bez zmian kadrowych do ostatniej kolejki Lech grał o mistrza i awansował do finału PP. W tym finale gdyby Robak nie chciał zostać bohaterem a Majewski potrafił strzelić do prawie pustej bramki byłoby całkowicie inaczej, start w Pucharach późniejszy i może łatwiejszy przeciwnik w III rundzie. Mając całkowicie nową linię obrony (w odróżnieniu od przeciwników) Lech był lepszym zespołem niż Utrecht, przegrał poprzez brak zgrania w poszczególnych formacjach (brak czasu).
    Uważam, że dopiero teraz powstaje autorska drużyna Nenada.
    Poprzedni sezon to było naprawianie błędów po poprzednim trenerze.

SKOMENTUJ WPIS KIBICA

Zostaw swój komentarz
Please enter your name here