Obserwuj nas

Transfery

Słodka zemsta Bilińskiego. Czy Śląsk powinien pluć sobie w brodę?

Kamil Biliński

Bohaterem dzisiejszego tekstu będzie Kamil Biliński, swoją przygodę z felietonami postanowiłem rozpocząć właśnie od niego, a mianowicie poruszę temat odejścia Kamila ze Śląska po zakończeniu sezonu 2016/17. Zdaję sobie sprawę, że temat jest dość stary, bo sięga około 4 miesięcy wstecz. Jednak, jakby na to nie patrzeć, odejście najskuteczniejszego zawodnika z drużyny może być dla niej ciosem. I tutaj postaram się odpowiedzieć na pytanie: „czy taki Kamil dobry, jak go malują?”. Generalnie prasa opisywała odejście Bilińskiego jako ogromną stratę, lider ekipy, którą poprowadził zespół do utrzymania w lidze w poprzednim sezonie.

Poniedziałkowe spotkanie poprzedniej kolejki w Płocku było pierwszym oficjalnym meczem Kamila Bilińskiego ze Śląskiem po odejściu z klubu, co ciekawe w przedsezonowym sparingu zremisowanym 2:2 Biliński także zdobył bramkę. Napastnik Wisły rozpoczął spotkanie w wyjściowej „11”, co w ostatnim czasie było rzadkością. Widocznie trener Brzęczek uznał, że Kamil przeciwko swojej poprzedniej ekipie, której dodatkowo jest wychowankiem, będzie w stanie pokazać wszystko co najlepsze, dać z siebie wszystko. Jak pokazało spotkanie – trener się nie mylił, a sam Biliński zdobył dwie bramki. Może mecz w jego wykonaniu nie był wybitny, ale liczy się to co w sieci, a zdobycie dwóch bramek jest jak na napastnika dobrym osiągnięciem. Nawet jeśli dodamy do tego fakt, że druga bramka to strzelanie karnego na raty.

Tutaj można by spojrzeć w drugą stronę, gdzie Piech, który notabene spełnia obecnie w zespole rolę drugiego napastnika, czyli tę, którą najprawdopodobniej miałby spełniać właśnie w tym sezonie Biliński, karnego nie strzelił. Wyczyny tych zawodników w tym sezonie są przeciętne, jednak pod względem minut i bramek, to Kamil jest lepszy w tym momencie.

Przejdźmy już do rzeczy, która najbardziej interesuje mnie w tym tekście, którą chciałbym przeanalizować, a mianowicie poprzedni sezon. Zastanówmy się nad kwestią, czy Biliński był zbawcą Śląska, czy może jest to opinia na wyrost, którą to w dużej mierze przekazywały potem media.

Dorobek Kamila – 32 mecze, 11 goli.

Rozbijmy to jeszcze na dwie części tzn. runda zasadnicza oraz runda finałowa w grupie walczącej o utrzymanie. W rundzie zasadniczej Kamil zdobywa 5 bramek, a w rundzie finałowej goli strzela 6.

Teraz krótki rozkład komu Biliński bramki strzelał:

Runda zasadnicza – 30 kolejek:

  • Łęczna – dwie bramki (po jednej bramce w dwóch spotkaniach odpowiednio 14. i 29. kolejka);
  • Wisła – jedna bramka, 7. kolejka;
  • Piast Gliwice – jedna bramka z karnego, 10. kolejka;
  • Korona Kielce – jedna bramka z karnego, 27. kolejka.

Runda finałowa:

  • Ruch Chorzów – trzy bramki, 33. kolejka;
  • Cracovia – jedna bramka, 36. kolejka;
  • Arka Gdynia – jedna bramka, 35. kolejka;
  • Wisła Płock – jedna bramka, 37. kolejka.

Bilans byłego gracza Śląska wygląda statystycznie dobrze. Gdyby nie reforma ESA37, wynik byłby dramatyczny, nie boję się tego słowa użyć, bo 2 bramki z gry Łęcznej, która była czerwoną latarnią ligi oraz Wiśle Kraków, która początkowo grała źle, a spotkanie zakończone wynikiem 1:5 było pierwszym dobrym w ofensywie w wykonaniu Śląska. Ważne bramki przyszły w rundzie finałowej, kiedy to Śląsk walczył już o życie, a w momencie kiedy Arka strzeliła bramkę we Wrocławiu na 0:1, pętla na szyi zaciskała się coraz bardziej.

Od 33. kolejki w przypadku Kamila coś się odblokowało, szczęście dopisało i przede wszystkim grać zaczął Morioka. Japończykowi grać się zachciało to i w ofensywie można było zagrać lepiej i więcej. Trzy bramki praktycznie zdegradowanemu już Ruchowi oraz bramka z Arką przeważyły, że Śląsk utrzymał Ekstraklasę. Najważniejsze bramki w sezonie, znowu można dyskutować nad jakością rywali, moim zdaniem w TOP8 Kamil tylu bramek by nie zdobył, a Śląsk jako drużyna z aspiracjami na walkę w górnej części tabeli, powinna mieć napastnika, który będzie potrafił zdobyć bramkę z topowym zespołem, która zrobi różnicę. Niestety w przypadku Kamila czegoś takiego nie było.

Ekipa z Wrocławia poszukiwała lepszego napastnika niż ci, którzy grali w poprzednim sezonie. Ani Biliński, ani tym bardziej Zwoliński, nie potrafili dać zespołowi jakości i tym samym doprowadzić do gry o TOP8, a trzeba było walczyć o utrzymanie, gdzie ta walka w początkowej fazie zaczęła się dramatycznie, bo od porażki we Wrocławiu z Łęczną. O jakości ofensywy może świadczyć fakt, że 11 bramek, które zdobył Biliński to około 20% wszystkich goli drużyny.

***

Kamilowi kontrakt kończył się w czerwcu 2017 roku i była możliwość jego przedłużenia. Zgodnie z informacjami prasowymi – obniżka pensji oraz kontrakt 1+1 i sądzę, że rola zmiennika – Biliński nie godzi się na warunki, opuszcza zespół. Trafia do Wisły Płock z nadzieją – jak sądzę – że zostanie tam pierwszym napastnikiem. Rzeczywiście kilka szans otrzymał, kilka spotkań z ławki, jednak trzy bramki w ośmiu rozegranych spotkaniach z czego w sześciu od pierwszej minuty nie jest dobrym wynikiem w mojej opinii. Nie wspomnę, że drugi gol ze Śląskiem był z rzutu karnego (strzelonego na raty), jednak takie też trzeba strzelać. Najważniejsza jeśli chodzi o napastnika powinna być regularność, a tej zdecydowanie Kamilowi brakuje.

***

W poprzednim sezonie w Śląsku było podobnie. Nie neguję jego dobrej formy w rundzie finałowej, jednak gdyby nie postawa Morioki, któremu obiecano wyjazd, Kamil miałby problem ze zbudowaniem swojego dorobku strzeleckiego. Dodatkowo Kamil był mocno nieskuteczny. Ja wiem, że to nie jest La Liga czy Bundesliga, a Kamil to nie Suarez czy Lewandowski, ale jednak trzeba dążyć do podnoszenia jakości ligi, a jak inaczej zacząć niż od poprawy skuteczności w ofensywie… To właśnie bramki i ciekawe sytuacje sprowadzają kibica na stadion i dlatego też tak ważne jest, aby zawodnicy rozwijali swoje umiejętności. Swoją drogą od początku sezonu we Wrocławiu frekwencja wygląda bardzo dobrze, jak na to co był jeszcze sezon temu.

Nie jest też tak, że to Kamil jest winny całemu zamieszaniu pod tytułem: „Śląsk walczy o utrzymanie”, bo po całości zawodzili wszyscy, jednak od zawodnika, który jest doświadczony, radził sobie za granicą w Bukareszcie oraz był królem strzelców w lidze litewskiej (abstrahując od jakości ligi), można wymagać więcej.

W obecnym sezonie pierwszy napastnik Śląska – Marcin Robak z gry ma już 7 bramek, do tego jeszcze 3 karne, na rozkładzie już po 14 spotkaniach ma Lecha, Legię czy doskonały w tym sezonie Górnik Zabrze i to jest ta podstawowa różnica, która pozwala kibicom Śląska patrzeć optymistycznie na pozycję napastnika.

 

Kliknij by skomentować

Zostaw odpowiedź

Twój adres email nie zostanie opublikowany.

Reklama

Musisz zobaczyć

Więcej z Transfery