PODAJ DALEJ

Mecz pucharowy, mecz ligowy, „Pan Krzepota Gate”, pytanie o napastników – to poprzedni tydzień w Legii w wielkim skrócie. Zapraszam do przeglądu wydarzeń ubiegłego tygodnia.

O krok od półfinału, czyli Legia w Pucharze Polski

Po meczu z Wisłą Puławy wydawało się, że Puchar Polski może stanowić dla Legii priorytetowy cel, gdyż w tamtym momencie przez puchar tysiąca drużyn wiodła najkrótsza i wydawało się, że jedyna droga do gry w europejskich pucharach latem jesienią. Dziś, przy ogólnej miernocie Ekstraklasy, cele wydają się być ambitniejsze, więc trener Jozak mógł sobie pozwolić na wystawienie do gry składu dalekiego od optymalnego i dać pograć tym, którym ostatnio brakowało minut. Co rzuciło się w oczu jeszcze przed meczem – rotacja Jozaka, jakże odmienna od rotacji Jacka Magiery.

Chorwat postawił na stabilizację w tyłach i blok obronny podlegał najmniejszym zmianom. Więcej zmian zobaczyliśmy z przodu, jednak na tle rywala odmieniona Legia radziła sobie nie najgorzej, czego efektem były dwie bramki Sadiku i premierowa bramka Pasquato. Dziś Legia, przed rewanżem, wydaje się być zdecydowanym faworytem do awansu do półfinału. Podejmę to ryzyko i napiszę – do zobaczenia w maju na Stadionie Narodowym.

Do bólu skuteczni, czyli Legia – Arka

Może i Legia Jozaka nie zachwyca, ale wiem jedno – z meczu na mecz podoba mi się bardziej, może nie z racji finezji, na nią mam nadzieję przyjdzie czas. Legia musi się podobać, bo jest konsekwentna i ze swoich słabości czyni atuty. Wreszcie wraca pewność siebie, wraca trochę świeżości i wracają automatyzmy. Przy całej sympatii do Jacka Magiery – był on trenerem zagubionym, stracił pewność, zatracił instynkt zwycięzcy, a w swoich decyzjach poruszał się od ściany do ściany.

Romeo Jozak na nowo poskładał zespół i spowodował, że na boisku widzimy drużynę, a nie przypadkową zbieraninę jedenastu facetów. Do zaangażowania i asekuracji w tej kolejce Legia dorzuciła odrobinę finezji, odrobinę polotu i wreszcie po meczu można było być spokojnym o kierunek w jakim to wszystko zmierza. Jeśli ktoś uważa, że przesadzam, to niech z jakiegokolwiek meczu tego sezonu przypomni mi równie efektowne zagrania jak nożyce Guilherme czy jego atomowe uderzenie, niech ktoś przypomni mi pomysł na stałe fragmenty gry.

Nie mam napastnika, czyli żale Jacka Magiery

Napiszę to z całą świadomością rzeczy – Magiera poległ, ponieważ szukał kwadratowych jaj. Wolał do składu wstawiać niezgranego i nieprzygotowanego Sadiku, próbować na szpicy Hamalainena, kiedy pod nosem miał Jarosława Niezgodę. Legia zatrudniając Jacka Magierę argumentowała to często tym, że oprócz legijnego DNA, ma on naturalną zdolność kierowania młodymi zawodnikami i wprowadzania ich do pierwszego zespołu. Kiedy okazało się, że owa opowieść leży na półce gdzieś pomiędzy braćmi Grimm a Andersenem, zaczęło się wytykanie, że pion sportowy nie zapewnił trenerowi odpowiedniego materiału ludzkiego. A znowu wytknąłbym mu młodego, z niesamowitym potencjałem Niezgodę.

Jozak stawia na Niezgodę

Dziś, kiedy trener Jozak odważnie postawił na byłego zawodnika Wisły Puławy, okazało się, że Legia jednak ma napastnika, moim zdaniem o potencjale większym niż miał choćby Dawid Janczyk, a przede wszystkim z dobrze ułożoną głową. Może to porównanie na wyrost, ale Niezgoda w kwestiach mentalnych przypomina mi młodego Roberta Lewandowskiego. Chłopak jest maksymalnie skupiony na swojej pracy, cierpliwie czekał na szansę i dziś ją wykorzystuje. Tu i ówdzie słychać, że Niezgoda pomimo tego że w chwili obecnej jest kluczowym zawodnikiem mistrza Polski nadal jest grzecznym i ułożonym chłopakiem. Talentów w Legii było co nie miara. Dla Jarka ostrzeżeniem niech będą choćby Janczyk czy Mikita – kto o nim jeszcze pamięta.

Pan Krzepota, czyli krótki traktat o wzajemnym szacunku

Jak ktoś słusznie kiedyś zauważył – tydzień bez burzy na legijnym Twitterze to tydzień stracony. Potrafimy się pokłócić o wszystko, a to odbiór meczu, słowa piłkarza, mema. Dziś kiedy przychodzi do wskazywania winnych takiej, a nie innej formy zawodników, na pierwszym miejscu ciskamy gromy w – byłego już na szczęście  -trenera przygotowania fizycznego Sebastiana Krzepotę. Czas pokazuje, że decyzja o rozstaniu z nim była jak najbardziej słuszna, a wszelkie pretensje uzasadnione. Na pierwszego obrońcę Krzepoty wyrósł Jakub Rzeźniczak, wymagając mówienia o byłem trenerze per pan. Szkoda, że Kuba postanowił uciec od meritum i postanowił brnąć w idiotyczne pyskówki i bronienie czegoś, czego obronić się nie da. Krzepota skompromitował się słynną już wypowiedzią dla jednego z podcastów, gdzie stwierdził że czasem lepiej stać. Jak widać na przykładzie Legii – Sebastianie Krzepoto – w piłce warto biegać i to lepiej niż drużyna przez ciebie przygotowana.

Jakub domaga się szacunku

Miało być o szacunku… Jakub Rzeźniczak domaga się szacunku dla byłego trenera, zapominając jednocześnie o szacunku dla inteligencji przeciętnego kibica. Napomknę tylko jego zdjęcie ze wspomnianym PANEM Krzepotą z jego hołdem dla najlepszego trenera przygotowania fizycznego. Naprawdę oznaką jakiegokolwiek szacunku dla kibica nie jest wmawianie mu, że białe jest czarne. Domagasz się szacunku dla siebie, to dawaj go w równym stopniu innym. Naprawdę chciałbym, żeby wspominanie Sebastian Krzepoty skończyło się w tym miejscu raz na zawsze. Okres jego pracy jest szczęśliwie za nami, wszystko idzie w lepszym kierunku. Wreszcie.

Legioniści tam na górze

Ten tydzień to także wspomnienie o tych, których już z nami nie ma. Legijna społeczność co roku traci wybitnych członków, w tym roku odeszli choćby wybitny bokser Józef Grudzień, były dyrektor sportowy Janusz Olędzki czy dziennikarz, a prywatnie wielki kibic Legii Paweł Zarzeczny. Pamiętajmy słowa tego ostatniego i doceniajmy ludzi także za życia.

SKOMENTUJ WPIS KIBICA

Zostaw swój komentarz
Please enter your name here