Obserwuj nas

Rozgrywki

Football fan fiction – Na końcu futbolu #1

na końcu futbolu

„Na końcu futbolu” to cykliczna historia pisana przez kibica. Opowiada o nastoletnim chłopaku, który mieszka w małej mieścinie, gdzie wszyscy interesują się piłką. „Młody” przeżywa rozterki związane z traumatycznym boiskowym wydarzeniem, które wpłynie na resztę jego życia. W jego sprawy wmieszają się starsi sympatycy miejscowej drużyny i tajemnicza nieznajoma… Kolejne odcinki, w których zostaną opisane losy naszego bohatera będą się pojawiać na watch-esa.pl w każdy czwartek.

Ten sobotni poranek był inny niż wszystkie. Przeważnie w małej mieścinie – Cukrzynowie żyje toczy się wolno. Mieszkańcy mają swoje, niezmienne rytuały. Jednym z nich jest przybycie na co sobotni jarmark. Patrząc na ten bazar, można odnieść wrażenie, że Cukrzynowo tkwi w czasach PRL-u. Dzisiaj również było słychać krzyki targowania, sprzeciwu i przebijający się przez wszechobecny gwar głos starszej kobiety: „Panie, co tak drogo?!” Wydawałoby się, że wszystko toczy się po staremu, gdyby nie atmosfera wszechobecnego oczekiwania. Idąc przez rynek z zasłyszanych rozmów dało się wywnioskować, że za kilka godzin rozpoczną się ważne dla tej społeczności zawody. Całe Cukrzynowo przez rok czekało na starcie z nielubianą przez miejscowych drużyną ze wsi Likień. Stawką tego prestiżowego spotkania miał być puchar tutejszego sołtysa.

***

Jeszcze parę godzin przed rozpoczęciem meczu kibice z Likienia tłumnie przyjechali PKS-em do Cukrzynowa. Nie zwlekając długo, poszli razem z miejscowymi „uzupełnić płyny” do niedaleko położonej karczmy o nazwie „Raj”.

Większość przedstawicieli dwóch lekko zwaśnionych społeczności siedziało po obu stronach sali. Jedynie starsi mieli gdzieś podziały i biesiadowali razem. Prym na imprezie – jak zwykle – wiódł znany na całą okolicę właściciel małego kiosku – pan „Mieciu”,  który nazywał się – podobnie jak jeden z najlepszych piłkarzy w historii naszej reprezentacji – Dejna. W lokalu na chwilę pojawili się także sędziowie. Jednak szybko coś przekąsili i wyszli, na co wpływ prawdopodobnie mieli prezesi obu klubów, którzy z otwartymi rękami i półlitrowymi flaszkami witali arbitrów i co chwilę zapraszali ich w ustronniejsze miejsce. Jeden z nich wykrzykiwał do kelnerki:

– Ewa! Przynieś Panom coś do jedzenia!
– No i coś do popicia – dodał drugi, lekko głaszcząc wyjętą zza pazuchy flaszkę.

Po wielu gestykulacjach, namowach i znaczących odmowach, upór prezesów nie malał w przeciwieństwie do cierpliwości sędziów.

Kiedy zbliżała się godzina rozgrywania najważniejszego meczu, kibice wylegli na ulice i tłumnie maszerowali w stronę boiska. Chociaż w przypadku niektórych, którzy wykorzystywali całą szerokość chodnika, stwierdzenie „maszerowali” można potraktować jako pewne nadużycie. Gdy tłum przybył na jedyne w Cukrzynowie boisko, zapadał już jesienny wieczór. Dochodziła 17:50. Wielu z zebranych, korzystając z dziesięciominutowego zapasu, postanowiło skoczyć jeszcze do pobliskiego monopolowego. Starsi rozsiadali się już na drewnianych ławkach, a reszta z założonymi rękami wyczekiwała na rozpoczęcie widowiska.

***

W pierwszej połowie działo się tak naprawdę jedno wielkie nic. Jak na spotkanie derbowe przystało, piłkarze skupiali się na walce i kopaniu po czołach, zamiast pochwalić się chociaż jednym podaniem po ziemi.

Kiedy sędzia gwizdnął na przerwę, większość sympatyków po czterdziestominutowym popijaniu złota w płynie, poszła się odlać do pobliskich krzaków. Na piwnej warcie zmienili ich piłkarze, których z sześciopakiem obsługiwał pan Mieciu wychodzący najwyraźniej z założenia, że woda mineralna jest dobra tylko do rozcieńczania mocniejszych napojów.

***

W 91. minucie spotkania na tablicy wyników widnieje 1:0 dla gości. Sędzia przygotowuje się do zakończenia meczu. Daje jednak szansę na powodzenie ostatniej akcji gospodarzy, którzy wychodzą z kontrą 3 na 2. Po lewej stronie boiska biegnie sprintem kapitan – KS Cukrzynowo i miejscowa gwiazda – Karol Runiński. Otrzymuje ode mnie piłkę, wchodzi w pole karne i… zostaje przewrócony przez obrońcę. Sędzia dyktuje rzut karny. W jednym momencie słychać radosne okrzyki i jęki rozpaczy z towarzyszącymi im bluzgami na arbitra. Runiński z pewnym zadowoleniem bierze ochoczo piłkę i zmierza z nią na miejsce, z którego ma wykonywać „11”.  Widownia powoli przycicha, tylko któryś z kibiców gości rzuca głośne: „To jest drukarz, kurwa, a nie sędzia!”. Twarz awanturnika dziwnie przypominała oblicze prezesa klubu z Likienia…

W tym czasie Runiński powoli przechodzi w stan charakterystyczny dla strzelca, który nie reaguje na zjawiska zewnętrzne. W pewnym momencie daje się jedynie słyszeć głos naszego trenera, zwanego przez miejscowych panem Stachem, który krzyczy do kapitana:

– Runiński, wypierdalaj z tego pola karnego! Daj „tą” piłkę młodemu!

Zupełne zaskoczenie zapanowało wśród zebranych. Większość miejscowych pytała przez siebie, o kogo chodzi, nie otrzymując odpowiedzi. Runiński odwrócił się w stronę trenera jakby z niedowierzaniem. Ten po chwili odezwał się znowu:

– Głuchy jesteś?! Daj strzelać młodemu!

Pan Stach słynął z silnej ręki do zawodników i miał większy szacunek w miasteczku niż kapitan jedynej drużyny, dlatego Runiński nawet nie dyskutował. Zdenerwowany wziął piłkę w ręce, rzucił obojętnie w moją stroną i udał się w kierunku prowizorycznej szatni.

*

Z początku nie wiedziałem co się dzieje. Dlaczego padło na mnie? Przecież jeszcze pięć minut temu stałem za linią boiska i razem z innymi wyzywałem na sędziego za to, że nie dał jednemu z Likienia czerwonej kartki. Nawet jeśli trafiłbym z karnego, to i tak arbiter pewnie coś wymyśli w ramach rewanżu. Spojrzałem na pana Stacha, którzy swoim gestem (wskazywał palcem na pole karne przeciwników) jednoznacznie dał mi do zrozumienia, że nie ma odwrotu.

Powoli zmierzałem do wyznaczonego miejsca kopiąc lekko piłkę. Gdy dotarłem do punktu mojej „podróży”, podszedł bramkarz rywali. Mężczyzna  w wieku ok. 30 lat, nieco przy kości, rzucił:

– Nieciekawa sytuacja, co? Ci za tobą zapamiętają to pudło na długo.

Zwykle odpowiadałem na tego typu odzywki, ale w tamtym momencie język ugrzęzł mi w gardle. Z drżącymi rękoma ustawiłem piłkę na 11. metrze. Spojrzałem jeszcze na sędziego. Jego usta przybrały kształt szelmowskiego uśmiechu. Gdy szedłem odwrócony w stronę bramki spoglądałem na chłopaków i publiczność. Na ich twarzach można było wyczytać zmartwienie i niedowierzanie. Jedynie trener swoją postawą okazywał, że we mnie wierzy. Palcem wskazującym prawej dłoni delikatnie stukał o swoją skroń. Wtedy podjąłem decyzję, że – co by się nie działo – strzelam w prawą stronę bramki.

Podbiegam do piłki, w głowie tysiąc myśli, tajemniczy głos podpowiada: pewnie rzuci się w prawo, lepiej w środek! Strzelam i… piłka ląduje w krzakach znajdujących się za bramką.

Kiedy zrozumiałem co się stało, schowałem głowę w dłoniach… Pomiędzy palcami widziałem roześmianego bramkarza, który biegł w kierunku własnych kibiców. Spojrzałem w drugą stronę. Przed oczami stanął mi obraz ogólnego zmartwienia. Ktoś machał na to wszystko ręką i przechylał butelkę z piwem. W tamtym momencie chciałem zapaść się pod ziemię, jednak prawdziwa rozpacz ogarnęła mnie, gdy zobaczyłem załamanego trenera. Człowiek, który mógłby być moim dziadkiem, przykucnął i ze smutkiem patrzył w dal, obojętny na kibiców poklepujących go po placach i pocieszających słowami: „Nie tym razem, Stachu. Może za rok.” Dopiero kiedy podeszła do niego kobieta w jego wieku i młoda, piękna dziewczyna zgodził się pójść z nimi. W tamtym momencie moje poczucie winy urosło do niebagatelnych rozmiarów. Poczułem, że zawiodłem jedynego człowieka, który mi zaufał. Wpuścił na murawę przy niekorzystnym wyniku i jeszcze kazał strzelać decydującego karnego. Przemknęło mi przez myśl pytanie: „Po co ja właściwie zapisałem się do tej pieprzonej drużyny?”

Kiedy opadła kurtyna i na boisku pozostałem sam, w pobliżu pojawił się sędzia. Stanął naprzeciwko mnie i stwierdził po ojcowsku:

– Nie martw się młody. Nie tacy jak Ty pudłowali.

Jego przyjście zaskoczyło mnie na tyle, że nie mogłem wykrztusić z siebie ani słowa. Chciałem go zapytać, dlaczego to dla mnie zrobił. Nie mogłem… Wymamrotałem coś w stylu: „mhm”. Na odchodne zażartował, wspominając sporną sytuację:

– Boisko to nie wersal, ale może następnym razem zachowasz się odpowiednio.

 Zrobiło mi się strasznie wstyd.

***

Następnego dnia po feralnym dla mnie meczu, na głównym placu w Cukrzynowie odbywał się festyn. Po kilku występach artystycznych drużyna z Likienia na oczach wszystkich zebranych odbierała puchar z rąk miejscowego sołtysa. Sołtys, który  już oficjalnie nie pełnił swojej roli (o tym później), był jednym z tych, którzy najbardziej nie lubili mieszkańców Likienia. Dlatego największą katorgą dla niego było wręczanie swojego pucharu drużynie z pobliskiej wsi. Kiedy piłkarze gości byli oklaskiwali przez swoich kibiców, oddaliłem się stamtąd nie chcąc na to dłużej patrzeć. W międzyczasie natknąłem się na pana Stacha, którzy ze zwieszoną głową siedział na pobliskiej ławeczce z wolna sącząc piwo. Gdy zobaczył, że idę w jego stronę, wyprostował się, a na jego twarzy pojawił się udawany uśmiech.

– Serwus młody! Już wracasz do domu? [Było ok. 16.00]
– Tak… Jak sobie pomyśle, że to teraz my mogliśmy odbierać ten puchar… Wszystko przeze mnie!
– Daj już spokój. – wstał i poklepał mnie po plecach –  Nie Twoja wina. Ta akurat leży po mojej stronie.

Z naprzeciwka nadciągała właśnie kompania pocieszająca, na której czele paradował pan Mieciu. Gdy zobaczyłem, że idą w naszą stronę, pożegnałem się z trenerem. Nie chciałem z nimi rozmawiać i wysłuchiwać kolejnych słów otuchy, chociaż wiedziałem, że robią to z dobrej woli. Na odchodne machnąłem ręką w ich stronę i poszedłem w kierunku swojego mieszkania.

Kibic. Piłka Nożna: od A-Klasy do Ekstraklasy.

2 komentarze

Zostaw odpowiedź

Twój adres email nie zostanie opublikowany.

Reklama

Musisz zobaczyć

Więcej z Rozgrywki