derby krakowa

Dym przy Kałuży dawno opadł. I nie mówię wcale o tym bitewnym, a bardziej materialnym, szarym dymie, który jakiś miejscowy mógłby pomylić z panującym w stolicy Małopolski smogiem. Środowe 195. Wielkie Derby Krakowa przejdą do historii, nie tylko dlatego, że byliśmy świadkami wyrównania rekordu najwyższej domowej porażki Pasów z Wisłą Kraków, ale również dlatego, że okoliczności pozaboiskowe zepchnęły wynik spotkania na drugi plan. Jedno jest pewne: drugiego takiego sylwestra w Krakowie w tym roku już nie będzie…

Derby Krakowa to mecz, którego nie trzeba reklamować. Z takiego założenia wyszli też organizatorzy, bo w okolicach stadionu na kilka dni przed spotkaniem próżno było szukać jakiegokolwiek plakatu, czy informacji, że za kilkadziesiąt godzin odbędzie się tu jedna z najważniejszych, a może i najważniejsza konfrontacja sezonu. Mimo to na frekwencję we środę o godzinie 20:30 nie można było narzekać. Obiekt był niemal pełny. Na zewnątrz o bezpieczeństwo dbała policja. Nie wiem czemu mój serdeczny przyjaciel Jarek, z którym postanowiłem wybrać się na mecz, był tym faktem bardzo podekscytowany. Jego radość nie trwała długo. Gdy tylko przekroczyliśmy bramy stadionu przeszukujący go steward powiedział, że nie wejdzie z butelką wody mineralnej, bo może ona zostać użyta w „niecnym celu”. No, więc Jarek, Polak z krwi i kości, powziął jeszcze “niecniejszy” plan obalenia całej butelki (“Zapłacone? No to szkoda…”). Po kryzysie pierwszego pół litra – zrezygnował jednak i zostawił wodę przy tej bramie. Weszliśmy.

Podczas śpiewania hymnu Cracovii, kibice odpalili fajerwerki, a na trybunie widniał napis: „Żyć możemy tylko dzięki temu, za co byliśmy w stanie umrzeć”. Potem pirotechnika wystrzeliła też spoza stadionu. Serio, można się było poczuć, jak na prawdziwym sylwestrze – tylko Krzysztofa Krawczyka dowołać i zabawa na całego! Wydawało się, że to będą bardzo ładne derby Krakowa.

***

Mecz się rozpoczął i więcej do powiedzenia na jego początku mieli gospodarze. Śmiałe ataki podopiecznych Michała Probierza zatrzymywały się jednak na granicy pola karnego. Brakowało przyspieszenia gry w fazie finalizacji akcji i ostatniego podania. Mimo to dwa razy w dobrych sytuacjach strzeleckich znajdowali się Adam Deja i Michał Helik, ale na posterunku był zawsze Julian Cuesta. Hiszpański bramkarz Wisły rozgrywał w pierwszej połowie świetne zawody, dając swoim kolegom z pola poczucie bezpieczeństwa w obronie. Groźnie z dystansu strzelał też Krzysztof Piątek, lecz jego uderzenie zostało zablokowane przez Marcina Wasilewskiego. Nowy nabytek Białej Gwiazdy tego wieczoru był wszędzie i w zasadzie wszystkie jego boiskowe wybory były słuszne. Akcje Cracovii zaczynały się zazębiać. Na prawej stronie aktywny był Kuba Wójcicki. Wydawało się, że bramka otwierająca wynik spotkania jest kwestią czasu. I faktycznie tak było, z tą tylko różnicą, że pierwsi z prowadzenia cieszyli się przyjezdni. Piłkę z narożnika boiska dogrywał Carlitos, a trafienie zanotował wszędobylski Wasilewski.

Była 42. minuta. Zamiast szybko się otrząsnąć i poszukać wyrównania przed przerwą, zawodnicy Pasów wyglądali jak pięściarz po mocnym lewym sierpowym, słaniający się przy linach i czekający na gong obwieszczający przerwę. I to się zemściło. Tuż przed ostatnim gwizdkiem nikt nie zatrzymał wesołej twórczości Pawła Brożka hasającego z piłką pod szesnastką, ten podał do Jesusa Imaza, który w łatwy sposób urwał się Deji i precyzyjnym uderzeniem posłał futbolówkę obok bezradnego Adama Wilka. Jeśli po pierwszym golu, Cracovia ledwo trzymała się na nogach, to po drugim byliśmy świadkami potężnego knockdownu. Drużyna, która optycznie na przestrzeni 30 minut wyglądała dużo lepiej, praktycznie w 3 minuty zaprzepaściła cały swój wysiłek.

***

W trakcie pierwszej połowy na trybunie najzagorzalszych fanów gospodarzy pojawiła kartoniada upamiętniająca 36. rocznicę wprowadzenia stanu wojennego – na białym tle pojawiła się czarna data „13. 12.” Ja, jako człowiek w miarę piśmienny i wybiórczo inteligentny, nie miałem większych problemów z rozszyfrowaniem, o co chodziło autorom. Jednak nie wszystkim to przyszło z taką łatwością. Tuż za nami siedzieli dwaj mężczyźni, których ubiór i sposób bycia idealnie mieściły się w zbiorze znaczeń słowa „dresiarz”. Po ożywionej analizie jeden z nich mówi do drugiego:

– Ty, to data jakaś jest. 1312…

– Weź w googlach sprawdź, co wtedy było! Bitwa pod Grunwaldem?

– A ty głupi jesteś! To coś z papieżem na pewno…

Przestałem się wsłuchiwać w ich historyczny dyskurs w obawie, że moje szare komórki, te które mi jeszcze pozostały mogły tego nie wytrzymać.

***

Na drugą część meczu nie wybiegł już Wójcicki. Trochę dziwna decyzja w moim odczuciu, bo Kuba był jednym z tych, którym przed przerwą się chciało. Zastąpił go Mateusz Szczepaniak. Ledwo zdążył zawiązać buty, a mieliśmy już 0:3. Co się wydarzyło podczas tej akcji w polu karnym, może wyjaśnić chyba tylko Jacek Gmoch i jego magiczne strzałki. Czy piłka chciała, czy nie, w niesamowity sposób pozostawała pod nogami Pawła Brożka, choć ten wyglądał, jakby jej obecność strasznie mu przeszkadzała. I tak w obecności czterech defensorów Cracovii zdołał dograć jeszcze do Imaza, a wychowanek katalońskiej Lleidy zdobył swojego drugiego gola. Nie licząc przerwy, gracze Probierza zostali rozstrzelani w 4 minuty. Kibice rozpoczęli pielgrzymkę w dół trybun, opuszczając powoli stadion. Zdezorientowani zawodnicy gospodarzy stracili całkowicie kontrolę nad spotkaniem. Można było przypuszczać, że wszelkie emocje mamy już za sobą, jednak temperatura dopiero za chwilę miała wzrosnąć…

W 55. minucie wyraźnie sfrustrowani przebiegiem meczu sympatycy Pasów wytoczyli najcięższe działa i obrzucili sektor gości wszystkim, co mieli: racami, petardami, fajerwerkami… a – nawiązując do sylwestra – nie było jeszcze północy. A tak serio, to wyglądało bardzo poważnie i fakt, że nikomu nic się wielkiego nie stało można rozpatrywać w kategoriach małego cudu. Materiały pirotechniczne padały nie tylko na trybunę kibiców Wisły, ale również na murawę, tak więc sędzia Krzysztof Jakubik zarządził przerwanie spotkania i nakazał piłkarzom udać się do szatni. Na boisko musieli wkroczyć strażacy. Po kilku minutach „efektów specjalnych” arsenał chuliganów świecił pustkami. Teraz trzeba było tylko poczekać, aż zmniejszy się zadymienie. Teraz my poczuliśmy się jak dzieci we mgle.

Po około 20-minutowej przymusowej przerwie, piłkarze wrócili na plac gry. Czy komuś ten czas spędzony w szatni pomógł? Chyba nie. Wciąż obserwowaliśmy podobny obraz tego spotkania: dominująca Wisła i starająca się przeszkadzać Cracovia. W pewnym momencie usłyszałem odgłos tłuczonego szkła. Spojrzałem na trybunę obok. Tam, na loży, leżał starszy mężczyzna. Chyba zasłabł. Zaraz zjawiła się pomoc, nawet strażacy pospieszyli na ratunek. Siwowłosy pan miał rozbitą głowę, ale wydawało się, że najgorsze już ma za sobą. Podniósł się o własnych siłach i zniknął w murach stadionu. Przypomniała mi się przedmeczowa wypowiedź Radosława Sobolewskiego, że nie wszyscy potrafią unieść ten bagaż emocjonalny, jakim są derby Krakowa. Nie minęła nawet minuta, Biała Gwiazda miała rzut wolny z niebezpiecznej odległości. Do stałego fragmentu podszedł Carlitos i mierzonym precyzyjnym strzałem zdjął pajęczynę z okna bramki Wilka. Młody bramkarz mógł tylko obserwować, jak piłka wpada do siatki. Pomyślałem: z dwojga złego, to lepiej że facet zasłabł wtedy, kiedy zasłabł, bo jakby dotrwał do 0:4, to mogła być tragedia…

Do końca meczu pozostawało jeszcze 20 minut, ale wszystko już było jasne. Wisła nie dała w końcówce rozpędzić się rywalom. Mądrze broniła, sama groźnie atakując. Piłkarzy Pasów było stać jedynie na honorowe trafienie Michała Helika w 90. minucie. Obrońca, już nie pierwszy raz w tym sezonie dobrze odnalazł się w polu karnym podczas rzutu wolnego i strzelił bramkę głową. Wynik końcowy – 1:4 dla podopiecznych obchodzącego tego dnia 41. urodziny Sobolewskiego. Rezultat mówi tutaj sam za siebie.

Tak, jak zwykle na końcu mojego wywodu robię nawiązanie do niezastąpionej whisky, to dziś żadnego trunku dla pana Michała nie ma. Jest co najwyżej kubeł zimnej wody i refleksja, gdzie kończy się cierpliwość profesora Filipiaka, bo przy całej sympatii jaką mam do trenera Probierza, to patrząc na powody, dla których zwalnia się w ostatnim czasie szkoleniowców w Ekstraklasie, dziwi fakt, że polski Guardiola nie szuka sobie jeszcze nowej posady.

SKOMENTUJ WPIS KIBICA

Zostaw swój komentarz
Please enter your name here