Connect with us

Legia Warszawa

Z nieba do neapolitańskiego piekła [KOMENTARZ ZE STADIONU]

To mógł być piękny wieczór na Łazienkowskiej 3. Legia z pozycji lidera grupy C podejmowała Napoli. Obie drużyny znajdują się na przeciwległych biegunach, jeśli chodzi formę ligową. Napoli bez porażki w tym sezonie Serie A, a Legia obecnie walczy o utrzymanie. W czwartkowym spotkaniu mogliśmy ujrzeć dwie Legie – jedną, która uwierzyła, że potrafi grać i drugą, która sama strzela sobie bramki. A miało być tak pięknie…

Niespodzianki w składzie

Trener Marek Gołębiewski już po pierwszych wypowiedziach w mediach dał się poznać jako trener stanowczy, który wprowadza swoje zasady. Choćby przykład z kulis pomeczowych ze Świtem Szczecin, gdzie upomniał zachowanie Johanssona. Niby mała rzecz, ale może przełożyć się na cały zespół. Nowy szkoleniowiec wystawił dość dziwny skład w moim odczuciu. Zdecydował się na piątkę obrońców, z czego dwóch wahadłowych było lewonożnych. Były trener Escoli Varsovia zdecydował się na dość eksperymentalny ruch, ponieważ do bloku obronnego w miejsce Rose’a włączył Johanssona, który… No właśnie mógł śmiało wystąpić na prawym wahadle.

Zwłaszcza, że na ławce byli dostępni Rose czy chociażby Skibicki na prawe wahadło. W meczu było widać dyskomfort Ribeiro, który próbował zamienić się stronami z Mladenoviciem. Jednak Serb zdecydowanie pożyteczniejszy był na lewej stronie, z której w późniejszej fazie gry zaliczył asystę. Szwedowi również nie podpasowała “nowa” pozycja. Był strasznie elektryczny i podejmował złe wybory, jeśli chodzi o rozegranie piłki w ataku. W obronie również było kilka sytuacji, gdzie współpraca z Wieteską nieco szwankowała. Chociażby przy pierwszej straconej bramce, przy wrzucie z autu zabrakło komunikacji i piłka odbiła się od głowy Petagny, trafiła do Elmasa i dalej już wszyscy wiemy, jak to się potoczyło…

Wiara czyni cuda

Oni znowu to zrobili. Na moment przywrócili sobie i kibicom nadzieję, że potrafią grać w piłkę. Z zawodników, których można nazwać dziećmi we mgle dostaliśmy zadaniowców, którzy świetnie pełnili swoje role, ustalone przez trenera Gołębiewskiego. Przyjemnie oglądało się Legię, która w ogóle bez żadnego respektu wyszła na gości. Włosi byli totalnie bezbarwni, bez jakiegokolwiek pomysłu na zdobycie bramki. Petagna zamiast pomagać to tylko utrudniał grę. Napastnik Napoli dał się wyprzedzać Mateuszowi Wietesce, który świetnie radził sobie w pierwszej części spotkania z odbiorem piłki.

Efekt? Bardzo ładna, składna akcja, rozpoczynająca się z rzutu z autu, z wykończeniem Mahira Emreliego. Powtarzam, po serii udanych trafień w słupek Mahir Emreli trafił do siatki. Można? Oczywiście, że można, tylko trzeba choć trochę w to uwierzyć. Oczywiście, że zespół z Neapolu robił wrażenie pod względem technicznym i fizycznym. Jednak nie mieli oni zupełnie pomysłu na grę. Oprócz poprzeczki Piotra Zielińskiego tak naprawdę goście nie zagrozili poważnie bramce strzeżonej przez Misztę. Dostrzegłem również fajne zachowanie całej drużyny w obronie. Kiedy to czwórka pomocników ustawionych  w linii (Kastrati-Slisz-Josue-Luquinhas) świetnie odcinali drogi podania, które miały wędrować do Piotra Zielińskiego. Reprezentant Polski starał się szukać wolnych stref pomiędzy linią pomocy a linią defensywy rywali. Tymczasem nastała druga połowa…

Deja vu z Neapolu i brak koncentracji Josue

Jestem pewien, że każdy z Was miał kiedykolwiek taką sytuację, gdzie wydawało Wam się, że dana historia już się kiedyś wydarzyła. Czy Legia kiedyś przegrała z Napoli? Tak. Czy w pierwszym meczu też trafiła w słupek, po czym straciła trzy bramki? Tak. Lekkie deja vu. Zwłaszcza, że stracone bramki to naprawdę, żeby nie użyć niecenzuralnych słów – kuriozum. Po pierwszej połowie wszyscy kibice mogli nosić Josue na rękach. Portugalczyk działał jak metronom, dyrygował grą Legii Warszawa, raz po raz rozciągając grę poprzez dobre zagrania w tempo do skrzydła. Jednak obrazek, który raczej zapamiętamy po końcowym gwizdku to łzy Josue.

O wyniku zadecydowały dwa głupie błędy Portugalczyka. W przerwie meczu trener Gołębiewski pochwalił zawodników, że pierwsze 45 minut zagrali “z zębem”. Chyba Josue zbyt rozluźnił się po tej przemowie. W pierwszej chwili uważałem, że sytuacja z karnym była dość absurdalna. Jednak po obejrzeniu powtórek, nadal budzi we mnie to pewien niesmak. Sądzę, że zarówno Zieliński, jak i Josue walczyli o piłkę. Żaden z zawodników nie był na uprzywilejowanej pozycji, gdy piłka zmierzała w ich stronę, to oboje zderzyli się biodrami oraz barkami. Jak dla mnie sytuacja powinna zostać przeanalizowana od A do Z przez zespół sędziów na VARze. Dlaczego tak nie było? Podobno nie ma głupich pytań, a są tylko głupie odpowiedzi…

***

Druga sytuacja Portugalczyka dolała oliwy do ognia. Od tak doświadczonego zawodnika wymagam, że we własnym polu karnym zachowa zdrowy rozsądek. O ile o pierwszej sytuacji możemy dyskutować, to ta przewrotka? Po co? Dlaczego? Legia Warszawa sama sobie strzeliła w oba kolana. Po dwóch bramkach nie zdołała się podnieść. Gospodarze byli zbyt gościnni i dali możliwość gościom na rozwinięcie skrzydeł. Widać było, że Legia straciła swój atut z pierwszej połowy – organizację gry. Zarówno Zieliński, jak i Mertens mieli stosunkowo dużo miejsca, aby rozklepać obronę Legii Warszawa. Gracze Legii przekonali się o sile Napoli, które pokazało, jak należycie wykorzystać prezenty i dobić rywala tak, aby stracił ochotę do gry w piłkę. Nie ma co ukrywać, że pod koniec właściwie jedynymi zawodnikami, próbującymi zrobić coś z niczego byli Lopes oraz Muci – rezerwowi Marka Gołębiewskiego.

Zapomnieć o Napoli, koncentracja na Stali

Wiadomo, można powiedzieć, że w czwartkowym meczu mogliśmy ujrzeć dwie Legie, że trzeba wyciągać wnioski z porażek. Troszkę powszechne gadanie. Po takim meczu, gdzie tak naprawdę zwycięstwo lub chociaż remis był na wyciągnięcie ręki, trzeba jak najszybciej zresetować głowy. Legia roztrwoniła zbyt łatwo zdobytą przewagę w Lidze Europy. W dwóch kolejnych meczach musi zdobyć przynajmniej punkt, aby awansować. Oczywiście musi również liczyć na to, że w grupie nie nastąpią żadne niespodzianki, w których Spartak zacznie wygrywać. Mimo wszystko sądzę, że drużynie Gołębiewskiego  uda się  awansować do fazy pucharowej Ligi Konferencji.

Trener Marek Gołębiewski, po podpisaniu kontraktu do końca obecnego sezonu zapewniał, że będzie walczyć o mistrzostwo Polski. Jeśli słowa chce zamienić w czyny, musi wygrać ze Stalą Mielec. Wymowny również był obrazek, gdy Dariusz Mioduski wychodzi z meczu po kolejnej zdobytej bramce Napoli. Wydaje mi się, że presja jaka ciąży na trenerze Gołębiewskim jest jeszcze większa niż w meczu z kimkolwiek innym.  Musi jak najszybciej podbudować drużynę mentalnie, bo zachowanie po straconych bramkach nieco niepokoi. Po drugiej bramce Legia właściwie siadła. Nie było w niej widać zawziętości i chęci odrobienia strat, doprowadzenia chociaż do remisu. W niedzielę punkty są konieczne, żeby powalczyć chociażby o miejsca premiowane grą w eliminacjach do europejskich pucharów. Wygranie Pucharu Polski? Jakoś przy obecnej formie trudno mi w to uwierzyć…

fot. Mateusz Kostrzewa / Legia.com

Click to comment

Leave a Reply

Twój adres email nie zostanie opublikowany.

Advertisement

Musisz zobaczyć

More in Legia Warszawa