Najbardziej utytułowany piłkarz Legii Warszawa odszedł z drużyny mistrza Polski. Wybrany do jedenastki 100-lecia stołecznego klubu, Jakub Rzeźniczak pożegnał się z drużyną, klubem, kibicami. Postać uwielbiana, jak również hejtowana za aktywność w social media, zainteresowanie modą, a także (co najbardziej absurdalne) nadmierne zaangażowanie w akcje charytatywne. Uwielbiany i jednocześnie wyszydzany. Jak każdy wielki zawodnik. Piłkarz nietuzinkowy. Sportowiec niepozwalający by przejść obojętnie wobec faktu jego odejścia z ukochanego klubu. Obojętny więc nie będę.

Poniżej moja historia z Kubą Rzeźniczakiem i kilka ciekawostek w tle z Haliną Frąckowiak, Jackiem Fedorowiczem, Krzysztofem “Diablo” Włodarczykiem, Jarkiem Jakimowiczem, kierowcą tira i polską policją drogową z przeładowaną bronią w rękach na czele. Zapraszam.

***

18 czerwca 2014 r. Bardzo słoneczne popołudnie przechodzące w wieczór. Sceneria zielonych powiślańskich ogrodów okalających budynek Biblioteki Uniwersytetu Warszawskiego. W tak pięknych okolicznościach przyrody miał odbyć się II Charytatywny Bal “Gramy dla Hani”. Akcja dzieje się wewnątrz budynku BUW w restauracji “Fenomenalna” i właśnie dla fenomenalnego epilogu tej opowieści warto przeczytać od deski do deski.

Prowadzący imprezę – Dominika Figurska oraz Jarek Jakimowicz są na sali już dobrą godzinę. Zdążyli zapoznać się z Hanią – wówczas 5-letnią bohaterką wieczoru, dla której wszyscy tam się zjechali. Para aktorska, która podjęła się roli poprowadzenia balu charytatywnego przerywa nagle konwersację (o naszej Haneczce) bowiem pojawiła się informacja, że na obiekcie pojawił się reprezentant Polski, bohater tego tekstu – Jakub Rzeźniczak. Prowadzący chwycili mikrofony w dłoń i udali się na scenę, a ja w kierunku wejścia do lokalu, aby powitać gościa.

– Czołem Kuba. Sam? Bez Edyty? – przywitałem się i zapytałem o partnerkę, bowiem zaproszenie było wystosowane również dla niej.

– Niestety sam. Obowiązki zawodowe nie pozwoliły na udział.

– Ok. Rozumiem. Fajnie, że jesteś. Ile masz czasu? Krótka piłka –licytacja, parę fotek I uciekasz do domu czy chwilę posiedzisz ? –zapytałem, by dać informację inspicjentowi Tomkowi Kalczyńskiemu – muzykowi i aktorowi, który koordynował całe przedsięwzięcie.

– Chwilę zostanę. – zadeklarował Kuba.

– Super. Idę do Kalcza i do prowadzących. Spróbuję załatwić, żeby licytacja twojej koszulki z meczu reprezentacji z autografami została przeprowadzona jako pierwsza. Będzie fajnie jak aukcja odbędzie się z twoim udziałem – z optymizmem i nadzieją, że jest to wykonalne ruszyłem pod scenę.

Po drobnych poprawkach Dominika Figurska i Jarek Jakimowicz powitali zgromadzonych gości, opowiedzieli o formule balu i już mieli zapowiedzieć licytację charytatywną koszulki Rzeźniczaka… gdy nagle gruchnęła wiadomość, że przyjechała Halina Frąckowiak. Godzinę przed czasem! Zrobiło się zamieszanie, bo obiektywy fotoreporterów ze sceny przekierowały się na słynną piosenkarkę. Po przywitaniu Pani Haliny okazało się, że jednak nie będzie mogła zaśpiewać, ale bardzo chciała pomóc i uczestniczyć w balu. Zakomunikowała, że pragnie zadeklamować wiersz, przekazać swoją płytę z autografem i musi uciekać. Kolejna więc korekta w scenariuszu i Halina Frąckowiak pojawia się na scenie.

– Sorry Kuba. Taka nagła sytuacja – relacjonuję na bieżąco Rzeźnikowi powód przesunięcia aukcji jego koszulki.

– Spoko. Nie ma sprawy. Poczekam.

Gdy milkły brawa dla schodzącej ze sceny Frąckowiak w drzwiach restauracji pojawił się Jacek Fedorowicz. Również grubo za wcześnie! Przyniósł swoje książki i zakomunikował, że obiecany monolog kabaretowy może wygłosić wyłącznie teraz, bo musi za godzinę być na drugim końcu Warszawy.

– Kuba kurczę, głupia sprawa – zacząłem się jąkać.

– Luzik. To legendarny satyryk. Chętnie posłucham. Nie ma żadnego problemu – ze stoickim spokojem odparł Rzeźnik, który jednocześnie ukradkiem zaczął już zerkać na zegarek.

Pan Jacek kończył właśnie kapitalny monolog satyryczny o blondynce przy bankomacie, gdy nagle uwagę fotoreporterów przykuła postać kolejnej gwiazdy wieczoru, czyli Krzyśka “Diablo” Włodarczyka. Jego obecność nie była do końca potwierdzona. Pilotujący sprawę mój przyjaciel zrobił nam niespodziankę. Nie tylko przyprowadził ówczesnego bokserskiego mistrza świata, ale również namówił go do przekazania na licytację spodenek z wygranej walki z Fragomenim w przepięknej drewniano-szklanej ramie.

Oczywiście po krótkim przywitaniu z Hanią i organizatorami “Diablo” (jak można się było spodziewać) oznajmił, że ma tylko chwilkę i aukcję jego daru trzeba przeprowadzić natychmiast…

Co powiedziałem Jakubowi? Jak zareagował piłkarz Legii? Cierpliwości 🙂

Wróćmy na moment do osoby mojego przyjaciela, który przyprowadził Krzyśka Włodarczyka. Na potrzeby tej publikacji nadam mu tymczasowy przydomek. Powiedzmy, że będę nazywał go Ekler. Choćby z uwagi na permanentne kłopoty z utrzymaniem sportowej wagi.

Otóż Ekler to również barwna postać, której sylwetkę przybliżę poniżej budując napięcie w oczekiwaniu na zakończenie głównego wątku tej opowieści. Konieczność ukrycia prawdziwej ksywy mojego przyjaciela, z którym sędziowałem jako asystent III ligę, a później on ze mną w zamienionych rolach Ekstraklasę jest spowodowana jego pozycją społeczną i zawodową. To bowiem wysokiej rangi manager, szanowany ojciec i mąż, osoba o nieposzlakowanej opinii. Opisane historie przeczytane przez podwładnych lub rodzinę mogłyby doprowadzić do pewnego dyskomfortu. Inna sprawa, że nikt kto zna opisywanego wyłącznie zawodowo lub rodzinnie nie uwierzyłby, że Ekler był głównym bohaterem opisanych poniżej dwóch zdarzeń (i wielu innych też). Wykształcenie, inteligencja a przede wszystkim kultura osobista, którą na co dzień emanuje Ekler raczej nie skierują podejrzeń na niego. Lecz strzeżonego Pan Bóg…

Sytuacja nr 1.

Jedziemy na mecz Ekstraklasy na Śląsk rozkopaną “gierkówką”. Kolejne zwężenie. Ekler prowadzi i kulturalnie poruszamy się powoli, według zasady na suwak. Ci z lewej dojeżdżają do końca pasa, a ci z prawej naprzemiennie wpuszczają po jednym aucie przed siebie, dzięki czemu płynnie oba pasy ruchu przechodzą w jeden. Nagle, gdy przychodzi nasza kolej by nas wpuścić, drogę zajeżdża nam wielki tir i korzystając z zasady “duży może więcej” wymusza pierwszeństwo. Spojrzeliśmy na siebie z przerażeniem z pozostałymi arbitrami w samochodzie. Wiedzieliśmy bowiem jaką wagę do kultury jazdy przywiązuję Ekler i co za moment może się wydarzyć. Patrzyliśmy z trwogą na naszego kierowcę. Na naszych oczach Dr. Jeckyll przeistaczał się w Mr. Hyde.

Za kilka kilometrów nasz kolega będący w innym już stanie swojej świadomości zajechał drogę kierowcy olbrzymiej Scanii, stanął w poprzek blokując całą drogę szybkiego ruchu. Wyszedł z samochodu i przeprosił gestem zdezorientowanych pozostałych uczestników ruchu drogowego. Podszedł do tira i zażądał wyjścia kierowcy z szoferki. W obliczu odmowy i zabarykadowania się przez tirowca w środku Ekler wpadł w jeszcze większy szał. Zaczął kopać koła, okładać pięściami maskę, pluć na szybę, po czym wyrwał klamkę i z tą zdobyczą – uznając, że sprawiedliwa kara została wymierzona – wrócił do samochodu. Mogliśmy kontynuować podróż.

To cud, że udało nam się na czas dojechać na mecz uciekając bocznymi drogami przed goniącymi nas tirowcami. Apel zaatakowanego kierowcy poprzez radio CB nie pozostał bez odzewu. Jednak polowanie na czterech krawaciarzy na warszawskich blachach na szczęście się nie powiodł . Natomiast przez kolejne miesiące nasz bohater miał zmieniony (tak jak w tym tekście) przydomek. Wszyscy sędziowie zwracali się do niego per “Scania” 🙂

Historia druga dotyczy powrotu z meczu starej III ligi, w którym opisywany “ukryty furiat” był sędzią głównym.

Ciekawostką tego spotkania było jego zakończenie. Nam asystentom dostało się mocno od kibiców za słabe (ich fachowym zdaniem) sędziowanie, a Eklerowi, mimo wysokiej porażki drużyny gospodarzy, ci sami fani odśpiewali przy akompaniamencie orkiestry dętej gromkie STO LAT!

Dumny jak paw nasz bohater w drodze powrotnej prowadząc auto przesadził troszeczkę z prędkością na ciemnej szosie pośród lasów i nagle zza drzew wyskoczył policjant z czerwoną świecącą pałą. Ekler z trudem go ominął i jechał dalej.

– Zatrzymaj się! – zaczęliśmy krzyczeć.

– Zatrzymanie było nieprawidłowe – nerwowo odpowiedział Ekler, a kolor jego cery zaczął nabierać purpurowej barwy.

– K…a gonią nas na bombach! – błagaliśmy go o zatrzymanie.

– Ale ja nie uciekam. Jadę z tą samą prędkością. Nie przyspieszam. Zatrzymanie było nieprawidłowe – odpowiadał nam niestety już Mr.Hyde.

Zajechanie drogi. Przeładowane pistolety policjantów. Rzucenie wszystkich na maskę. Ręce do góry! Boże, co tam się działo! “Pulp Fiction” i “Psy” razem wzięte. Sensacyjny film.

Grubo po godzinie Ekler został wypuszczony z radiowozu. Nie stracił prawa jazdy, nie został zatrzymany i spokojnie odjechaliśmy do domu. Do dziś nie wiemy jakich użył argumentów (czytaj – ile to kosztowało). Jakby co, to sprawa się przedawniła. Było to bowiem jakieś 15 lat temu 🙂

Wróćmy jednak do Balu…

Ekler dziarskim krokiem wkroczył u boku Diablo na salę balową. Witał się ze wszystkimi. Powszechnie znany i bardzo lubiany ściskał męskie dłonie i rozcałowywał partnerki swoich kolegów. Kątem oka dostrzegłem, że Pan Jacek Fedorowicz schodzi właśnie ze sceny po znakomitym występie. Pożegnałem mistrza i wówczas dopadła mnie nagła konstatacja. Gdyby tak – rozmarzyłem się –zamiast występu kabaretowego puścić teraz na telebimie nagranie z pewnej drogi szybkiego ruchu, na którym widać jak pewien elegancko wyglądający pan naucza kultury ruchu drogowego innego użytkownika dróg zasiadającego w elegackim tirze marki Scania. 🙂 Niestety pewne sprawy trzeba zabrać do grobu. 🙂

– Przepraszam cię Marcin, ale niestety muszę lecieć – oznajmił mi Kuba odchodząc od stolika, który dzielił z piłkarzami Polonii Warszawa (takie rzeczy – a jakże – tylko na imprezach “Gramy dla Hani”).

– To ja ciebie najmocniej przepraszam. Głupio wyszło. Cały scenariusz do góry nogami – starałem się nieudolnie wytłumaczyć.

– Luzik. Oby tylko koszulka dobrze się sprzedała – odparł legionista.

Odprowadziłem do drzwi i pożegnałem.

***

Wśród gości na sali ponad 70% to byli ludzie piłki. Piłkarze, sędziowie, kibice. Chętniej w pierwszej kolejności zobaczyliby Kubę. Jednak jego skromność i kultura osobista wygrały. Nie pchał się, nie stawiał warunków. Mistrz świata cierpliwości. Tu mógłbym zakończyć lub ewentualnie opisać kolejne wizyty piłkarza na innych naszych imprezach. Napisać ile koszulek meczowych przekazał dla mojej córki (także z LM), piłek, a nawet butów. Jednak to o czym dowiedziałem się kilka dni po wspomnianym balu wymaga by właśnie tą historią spointować całą opowieść.

Otóż bowiem jedna z wolontariuszek, przyjaciółka rodziny Ania albo Grażyna (wybaczcie bliźniaczki, ale ja do końca życia nie będę was rozróżniał :)) postanowiła odprowadzić wzrokiem Jakuba Rzeźniczaka i opowiedziała nam potem co zobaczyła.

Przekonany, że oczy wszystkich skupione są na scenie (na której rozpoczęła się właśnie aukcja portek “Diablo”) Kuba wykonał gwałtowny zwrot, minął filar znajdujący się z boku sali, bezszelestnie przysunął do siebie jedną z puszek, do których można było wrzucać datki i wyjąwszy gruby rulon banknotów zaczął pakować mozolnie do środka 100-złotowe banknoty. Trochę mu się zeszło bowiem wąska szpara puszki nie pozwalała wrzucić wszystkich setek na jeden raz. Bliźniaczka widząc, że Kuba chce pozostać anonimowy schowała się za drugi filar i nasz bohater po obejrzeniu się przez oba ramiona po zakończeniu “akcji z przyczajki” odszedł w przekonaniu, że nikt tego nie widział.

Pierwszy raz babska ciekawość na coś się przydała! 🙂

Jakub Rzeźniczak – znakomity sportowiec.

I jeszcze lepszy człowiek. Amen.

Marcin Wróbel

 


Autor to były sędzia piłkarski na najwyższym szczeblu krajowych rozgrywek. Jest organizatorem akcji charytatywnych pod hasłem “Gramy dla Hani Wróbel”, która skupia ludzi świata sportu i kultury. Marcin organizuje wiele imprez, na których promowany jest zdrowy tryb życia, wychowanie w sporcie oraz altruizm i działalność charytatywna, z której dochody przeznaczane są na leczenie i rehabilitację jego małoletniej niepełnosprawnej córeczki Hani cierpiącej na czterokończynowe porażenie mózgowe i epilepsję.

SKOMENTUJ WPIS KIBICA

Zostaw swój komentarz
Please enter your name here