Obserwuj nas

Rozgrywki

Ekstraklasowy kryzys osobowości

Ekstraklasowy kryzys osobowości

W erze kolorowych butów i notorycznego nurkowania w okolicach pola karnego przyzwyczailiśmy się do postrzegania futbolu, jako sportu w zupełności skomercjalizowanego. Wraz z ogromnym przepływem gotówki we współczesnej piłce, długie brody zostały zastąpione przez nażelowane fryzury, a boiskowi wojownicy zostali wyparci przez wirtuozów. Dzisiaj piłkarze też wcześniej zaczynają swoje kariery, natomiast zawodnicy po trzydziestce zazwyczaj szybciej je kończą – na przykład w Azerbejdżanie.

W tym całym szaleństwie, które pojawiło się wraz z pieniędzmi i dotknęło również polską piłkę, dostrzegam jeden zasadniczy problem: coraz rzadziej można w Ekstraklasie spotkać prawdziwych liderów. Takich mających odpowiednią charyzmę, by w trudnych momentach podnieść na duchu swoją drużynę. Liderów, którzy nie potrzebują czerwonej opaski na ramieniu, bo i tak każdy wie, że rządzą. Na boisku i w szatni. Mnie takich postaci w polskiej lidze brakuje.

Mało tego. Niektórzy z nich wyraźnie się kompromitują. Pod koniec zeszłego sezonu Krzysztof Sobieraj skrytykował niską frekwencję na meczach Arki, usprawiedliwiając kiepską grę brakiem odpowiedniego wsparcia na trybunach w Gdyni. Wszyscy dobrze pamiętamy też Łukasza Trałkę, który kibica własnego klubu nazwał „pałą jeb..”, a rok później pokłócił się z trenerem i ostatecznie status kapitana utracił. Jego następcą został Tomasz Kędziora, który raczej w Lechu długo nie pogra.

*

Zresztą odpływ liderów to kolejny problem, z którym część ekstraklasowych drużyn będzie musiała się zmierzyć. W Cracovii pożegnano Marcina Budzińskiego i Piotra Polczaka, w Legii nie zobaczymy już Jakuba Rzeźniczaka, Đorđe Cotra zamienił Zagłębie na Śląsk, z bycia kapitanem zrezygnował też Rafał Murawski. W Lechii dowodzi Sebastian Mila, ale ostatnio nie pojawia się na boisku, to samo może spotkać Rafała Grzyba, którego rola w Białymstoku stopniowo maleje.

Na wyróżnienie zasługuje Arkadiusz Głowacki, który jest najbardziej charyzmatycznym graczem Ekstraklasy. Lata jednak lecą, wiślacki stoper już kilka razy zapowiadał koniec kariery, a zastąpić go będzie w Krakowie ciężko. Ze starej gwardii, do której można zaliczyć Pawła Brożka i Rafała Boguskiego, nikt nie ma predyspozycji do bycia generałem na placu boju. Może takim kimś byłby Krzysztof Mączyński, ale jego prawdopodobne przenosiny do Warszawy te plany skreślają.

Problem pojawi się w Poznaniu, gdzie najprawdopodobniej opaskę dostanie Jasmin Burić – tylko ile razy tego bramkarza zobaczymy na murawie? W Polsce próżno szukać dobrych graczy po trzydziestce. Kto miał szansę na zagraniczny transfer, raczej z niej skorzystał. Natomiast jest też kilku graczy mających odpowiednie cechy do pełnienia funkcji kapitana. W tym wąskim gronie, prócz Arka Głowackiego, spokojnie można wymienić jego imiennika – Arkadiusza Malarza. Ten drugi troszkę stracił w moich oczach po zamieszaniu związanym z ankietą NC+. Anonimowi ligowcy określili go najbardziej przereklamowany bramkarzem, a sam zainteresowany z pomocą Twittera dał upust swoim emocjom, krytykując wybór kolegów po fachu. Ktoś mający klasę nie pokazałby światu, że go to rusza. Mimo to warszawski golkiper byłby dużą lepszą opcją niż Miro Radović, którego niektóre zachowania odradzałbym naśladować młodszym pokoleniom.

Świetnie w Śląsku Wrocław odnajduje się Piotr Celeban, który zagrał we wszystkich meczach od początku do końca (jako jedyny zawodnik z pola), ale największą nadzieję pokładam w Radosławie Murawskim – najmłodszym kapitanie Ekstraklasy, mającym już za sobą jakiś dorobek, m.in. wicemistrzostwo Polski i ponad 120 występów w lidze. Jako jeden z nielicznych nie zawiódł na minionych młodzieżowych mistrzostwach Europy, ale raczej w Piaście długo nie pobędzie.

Wydaje mi się, że warto będzie podpatrzeć poczynania Dawida Szufryna, który w barwach Sandecji zaliczy debiut w Ekstraklasie. Może Adam Danch, któremu tyle zawdzięcza Górnik Zabrze, będzie miał okazję sprawować funkcję kapitana także w Gdyni?

*

No i na tym lista się zamyka. Jak na szesnaście drużyn, to trochę mało. Może jeszcze kogoś należałoby wyróżnić? W polskiej lidze panuje kryzys osobowości, brakuje ludzi umiejących rządzić, budzących poważanie, utożsamiających się z klubami, w którym przyszło im grać.

Jest też znacznie poważniejszy problem: młodsi adepci nie mają na kim się wzorować. Swoich idoli szukają w zachodnich ligach, tym samym zmniejszając szanse na pozostanie w kraju. Charakterni liderzy przyciągają też na trybuny. Tak długo, jak finansowo i sportowo zostaniemy na obecnym poziomie, tak długo żaden wychowanek nie będzie chciał zostać w Pogoni Szczecin czy Jagiellonii Białystok. Każdy chłopak mający odpowiednią mentalność wykorzysta ją w innym miejscu na świecie: tak jak Marcin Wasilewski, Artur Boruc, a za chwilę Radosław Murawski. Nie mamy już właściwie do czynienia z legendami, no chyba, że są to piłkarze wystarczająco dobrzy, by utrzymać się w polskiej drużynie i zarazem wystarczająco słabi na Zachód. Może, gdy do Krakowa wróci Jakub Błaszczykowski, może, gdy do Zabrza przyjdzie Łukasz Podolski, wtedy łatwiej będzie nam wyobrazić co by było, gdyby ekstraklasowe kluby mogłyby sobie pozwolić na zatrzymanie, chociaż małej części zawodników. By nasza Ekstraklasa nie była szara, potrzebujemy również takich piłkarzy, którzy byliby symbolami i wizytówkami pięknych stadionów. Naszych stadionów, a nie tych w Azerbejdżanie.

Futbolowy entuzjasta i amator najlepszej ligi świata.

Kliknij by skomentować

Zostaw odpowiedź

Twój adres email nie zostanie opublikowany.

Reklama

Musisz zobaczyć

Więcej z Rozgrywki