Wisła Kraków
fot. Adam Piechowiak

Gra Wisły Kraków w obecnym sezonie jest  – delikatnie mówiąc – nieprzewidywalna. Gdy zbliża się weekend, żaden kibic nie wie, jak zagra Biała Gwiazda. W obecnym sezonie Wisła potrafi wygrać mecz, kiedy szanse na to są niewielkie i wierzą w to chyba tylko najwięksi optymiści i lubiący ryzyko bywalcy zakładów bukmacherskich.

Tak było we Wrocławiu, gdzie Biała Gwiazda wygrała w przekonującym stylu 2:0. Warto odnotować, że do tego spotkania Śląsk miał w obecnej rundzie w meczach domowych bilans 3-1-0. We Wrocławiu poległa Legia i Lech. Na przeciwległym biegunie są mecze, gdzie o wynik powinniśmy być stosunkowo spokojni. Niestety w meczach u siebie z niżej notowanymi rywalami jak Termalica i Piast, Wisła męczyła się niemiłosiernie. Szczęśliwe zwycięstwa, wyszarpane w ostatnich minutach…

Nie takie były przedsezonowe oczekiwania. Zwycięstwo we Wrocławiu, oczywiście jak to bywa w takich przypadkach, napędziło oczekiwania. Oczekiwania napędziły frekwencję i na meczu z Legią przy Reymonta zjawił się komplet. Z rozmów na Twitterze rzadko przebijał się głos rozsądku o obecnej formie Wisły. Dominowało przekonanie a`la były selekcjoner „chuja grają, opierdolimy ich”. Legia nie gra dobrze w tym roku, ale mecz okazał się brutalny. Nie grający dobrego spotkania Wojskowi wygrali 1:0. Do zwycięstwa wystarczyła jedna kontra. W dodatku po rzucie rożnym wykonywanym przez Wisłę.

***

Terminarz ułożył się tak, że rundę jesienną kończymy z drużynami z górnej części tabeli. W 14. kolejce przyszło nam się zmierzyć w Poznaniu z Lechem i po tym dłuższym niż standardowo wstępnie przejdźmy do tego co działo się w ten poprzedni piątkowy wieczór…

W rozmowach ze znajomymi przed tym meczem dominowało stwierdzenie, że remis w Poznaniu bierzemy w ciemno. I  fajnie, gdyby bramkę strzelił Carlitos, utrzymując w ten sposób kontakt z przewodzącym w klasyfikacji strzelców Angulo.

Pierwsze dziesięć minut spotkania, o dziwo – bardzo dobre. Wisła utrzymywała się przy piłce. Lech był jakby trochę zaskoczony przebiegiem sytuacji. Udokumentowaniem przewagi Wisły była bramka naszego torreadora, po świetnym zgraniu przez Wojtkowskiego. Piłkę do naszego młodego pomocnika z własnej połowy zagrał Głowacki, dla którego takie podania są znakiem firmowym.

Mecz był wyrównany jeszcze przez kilka minut, a potem do słowa doszedł Lech. Nawałnicę pod koniec pierwszej połowy jeszcze udało się przetrzymać, ale nie zapowiadała ona nic dobrego.

Niestety druga połowa to prawdziwe oblężenie bramki Wisły. Możemy mówić o niespotykanym szczęściu, jakie w tym meczu miał Buchalik i obrońcy. Z każdą minutą Lech napierał coraz mocniej, a Wisła nie potrafiła wymienić trzech podań. Długie “dzidy” do przodu kończyły się natychmiastową stratą i kolejnym atakiem poznaniaków. Nigdy nie zrozumiem jak można w tak bezmyślny sposób wybijać piłkę “na pałę”.

To, że Lech strzelił bramkę w ostatniej akcji meczu to cud na miarę zdobycia przez Greków Mistrzostwa Europy. Wynik spokojnie mógł być hokejowy. Bezradność Wisły była wstrząsająca.

***

Podczas transmisji przypomniał mi się mecz, który oglądałem za dzieciaka denerwując się wtedy tak, że musiałem wychodzić z pokoju. Mam na myśli mecz Francja – Polska z 1995 roku, gdzie po bramce Juskowiaka wyszliśmy na prowadzenie, a później trwała nawałnica Francuzów. Po tym meczu Andrzej Woźniak został „Księciem Paryża”. Szkoda, że Buchalik nie został „Księciem Poznania”. Zabrakło mu 20 sekund, a sytuacja, w której może kiedyś wybronić Wiśle mecz może się szybko nie powtórzyć.

Poza wspomnianym Buchalikiem i strzelcem jedynej bramki warto jeszcze wyróżnić z tamten mecz Bashę. Nadzieją napawa też występ Wojtkowskiego, może zacznie dostawać więcej szans. Tradycyjnie już bardzo słabo zagrał Rafał Boguski. Kiedyś któryś wiślacki profil na Facebooku napisał, że gdyby w Ekstraklasie mogli grać tylko obcokrajowcy, okazałoby się, że Boguski ma też inne obywatelstwo. Dziesiątki słabych meczów przeplatane kilkoma dobrymi. Praktycznie niezagrożone miejsce w składzie za każdego kolejnego trenera. Nie wiem, o co chodzi. Boguski nie wygląda na osobę mającą na kogoś haki, więc jak to jest możliwe…?

***

Na przestrzeni lata każda Wisła, bez względu na to jak silna czy słaba była, ma piłkarza przy grze, którego kibice chwytają się za głowę. Paszulewicz, Strąk, Łobodziński… Teraz szansę na takie miano ma Victor Perez. Kiko będzie na niego stawiał, to moim zdaniem pewne. W mojej ocenie źle się ustawia, nie czyta gry, jest nieskoordynowany, podejmuje złe boiskowe decyzje. Z Lechem zaliczył asystę… Nadzieja matką głupich, ale może po zimowej przerwie wkomponuje się w drużynę. Nie miałbym nic przeciwko, bo ściągany był z myślą o pierwszym składzie. Wtedy schedę najgorszego piłkarza spokojnie może objąć Ze Manuel, ale podejrzewam, że wiosną w Krakowie już go nie zobaczymy.

***

W sobotę gramy z Sandecją. Niby Wisła powinna ten mecz wygrać. Może nie 3:0, ale powinna. No właśnie, aż strach tak myśleć… W każdym razie, czekam na ten mecz z niecierpliwością!

Daniel Kazała

SKOMENTUJ WPIS KIBICA

Zostaw swój komentarz
Please enter your name here