Obserwuj nas

Ekstraklasa

Minimalizm Legii Warszawa [KOMENTARZ ZE STADIONU]

Koniec. Możemy już wszyscy spokojnie odetchnąć z ulgą, ponieważ nareszcie skończyła się ostatnia przerwa reprezentacyjna w sezonie 2024/2025. Teraz możemy zająć się przede wszystkim najlepszą ligą świata, czyli PKO BP Ekstraklasą. I już na sam początek po przerwie czekał na nas szlagier 26. kolejki pomiędzy Legią Warszawa2 a Pogonią Szczecin. Oba kluby czekają na swoje mecze półfinałowe w Pucharze Polski. Zanim jednak te pojedynki, to przyszło im się zmierzyć bezpośrednio na stadionie przy ulicy Łazienkowskiej 3 w Warszawie. Jak wyglądały oba kluby po przerwie reprezentacyjnej? Czy Legia Warszawa udowodniła, że przy Łazienkowskiej ciężko jest jej wyrwać punkty? Czy nowi zawodnicy pomogli w osiągnięciu korzystnego rezultatu? Zapraszam na tradycyjny cykl „Komentarz ze stadionu”.

Dwie strony medalu

Patrząc na wyjściowy skład zespołu z Warszawy, mogliśmy odebrać jasny sygnał od trenera Feio – walczymy do końca, co by się nie działo. Legia Warszawa wyszła swoim pierwszym garniturem, choć dziwił fakt, że osamotniony w ataku pozostał Marc Gual. W ostatnich spotkaniach Hiszpan częściej występował z nowym nabytkiem Legii Warszawa, Szkurinem. Pogoń Szczecin również nie próżnowała w czasie przerwy i wystawiła to, co miała najlepsze. Jednak jak finalnie wyglądało to na boisku?

W pierwszej odsłonie tego spotkania lepiej wyglądała Legia Warszawa. Goście wyszli na boisko nieco przestraszeni, bez konkretnego pomysłu na grę przy Łazienkowskiej. To gospodarze byli częściej przy piłce, to gospodarze stwarzali sobie sytuacje strzeleckie i wreszcie to gospodarze byli bardzo blisko zdobycia otwierającej bramki. Nawet już w drugiej minucie powinien wpaść pierwszy gol dla Legii. Po przypadkowym kopnięciu piłki przez Kacpra Tobiasza, Marc Gual przestraszył się wychodzącego Valentina Cojocaru, który finalnie zagroził niebezpieczeństwu pod swoją bramką. Tak nie zachowuje się rasowy napastnik, który jest głodny goli. To nie była niebezpieczna sytuacja, w której Hiszpan mógł odnieść poważną kontuzję. Wystarczyło lekko musnąć piłkę obok golkipera gości, a Gual miałby zdobytą drugą najłatwiejszą bramkę w życiu.

Dobra okazję do zdobycia bramki mieli również Morishita oraz Chodyna, lecz za każdym razem na drodze stawał świetnie tego dnia dysponowany golkiper gości. A jak wyglądała Pogoń pod bramką Legii w pierwszej połowie? Gracze trenera Roberta Kolendowicza sporadycznie pojawiali się w polu karnym gospodarzy. O ile świetnie bronili się przed stratą bramki, o tyle mieli ogromne problemy, aby oddać celny strzał, czy w ogóle utrzymać się z piłką na połowie rywala. Nawet przy kontratakach nie było wielu ludzi, którzy chcieli wesprzeć pędzącego z futbolówką przy nodze Kamila Grosickiego.

***

Drugie 45 minut to już zupełnie inna postawa obu drużyn. Role się nieco odwróciły i to Portowcy zdecydowanie konkretniej weszli w drugą połowę tego spotkania. Nawet Ulvestad był bardzo bliski strzelenia upragnionego przez kibiców gości gola, lecz piłka swoją drogę zakończyła na słupku bramki Kacpra Tobiasza, który chwilę wcześniej koniuszkami palców sparował ją na wspomniane obramowanie. Pogoń dość mocno zepchnęła Legię pod własne pole karne, lecz oprócz tej jednej okazji wiele do roboty bramkarz Legii nie miał. W samej końcówce, a właściwie w doliczonym czasie gry goście dwukrotnie posłali bardzo groźne dośrodkowanie pomiędzy linię obrony a bramkarza. Żaden z zawodników Portowców nie skorzystał jednak z tak dogodnej, wypracowanej okazji.

W Legii Warszawa panował marazm. O ile zawodnicy grający od początku stwarzali sobie sytuacje, które co prawda nie kończyły się wymagającym strzałem, ale zmuszały do myślenia i interwencji linię obrony Pogoni Szczecin, o tyle zmiennicy w tym spotkaniu nie wnieśli kompletnie nic. Zespół zamiast zwiększyć swój poziom sportowy, zdecydowanie go osłabił. Sam trener Goncalo Feio na konferencji pomeczowej powiedział: „Nie miałem jednak odczucia, że zmiany poprawiły nasza grę. Wręcz przeciwnie.”. To sprawiło, że większość akcji rozgrywała się w środku pola oraz zazwyczaj na 20-25. metrze od bramki Cojocaru. Remis? Jak najbardziej sprawiedliwy wynik wobec tego, co oba zespoły pokazały w piątkowy wieczór. Jednak czas nieco głębiej zanurzyć się w kwestii Legii Warszawa odnośnie spotkania z Pogonią…

Jakoś(ć)

Pomimo braku goli na stadionie przy Łazienkowskiej, to Legia Warszawa stworzyła sobie więcej okazji do ich zdobycia. Była konkretniejszym zespołem i pokazywała więcej jakości piłkarskiej. Jednak mam wrażenie, że to nie Legia w pierwszej połowie wspięła się na szczyt swoich możliwości, a Pogoń po prostu zaprezentowała się poniżej oczekiwań swoich kibiców. No właśnie, a propos tej „jakości piłkarskiej”, trzeba powiedzieć sobie wprost, że Legia potrafi dojść do sytuacji strzeleckiej pod bramką rywala. Dwoma największymi problemami są jednak skuteczność oraz podejmowanie decyzji w kluczowych momentach akcji. I to nie są pojedyncze przypadki u różnych zawodników. Gracze tacy jak Chodyna, Gual, Kapustka, Luquinhas – notorycznie zaliczają się do tego grona. Zwłaszcza pierwsza dwójka ma niesamowity problem zarówno z wykończeniem, jak i podejmowaniem odpowiednich decyzji.

***

Skrzydłowy kupiony za milion euro widzi, że jego kolega biegnie przez całe boisko na sprincie i oczekuje zagranej przed niego piłki, aby stworzyć zagrożenie pod bramką rywala. Każdy normalny zawodnik zagrywa mu w takiej sytuacji tę piłkę, ale nie Kacper Chodyna. Kiedy masz do wyboru dwie opcje, aby zagrać w tempo do napastnika lub rozszerzyć grę do bocznego sektora, a ty oddajesz strzał w talerz satelitarny Space X, to wiedz że musisz być Kacprem Chodyną. Świetnie, że były zawodnik Zagłebia Lubin znajduje się w takich sytuacjach – to trzeba docenić. W Legii nie wystarczy się jednak tylko „znaleźć”, jak Kacper Skibicki w pamiętnym meczu z Lechem Poznań. Trzeba udowodnić swoją jakością, że byłeś warty to milion euro.

Analogiczna sytuacja tyczy się Marca Guala. Hiszpan świetnie znajduje się w odpowiednim miejscu i o odpowiednim czasie. Jednak dlaczego zazwyczaj robi o jeden zwód za dużo? Dlaczego boi się zdecydowanie wejść w piłkę nawet kosztem faulu? Dlaczego powtarza cały czas te same błędy? To są pytania, na które na pewno nie da się uzyskać odpowiedzi od razu. To są procesy nad którymi musi pracować zarówno piłkarz, jego otoczenie, jak i sam trener.

***

Jeszcze co do tytułowej jakości…. Owszem, Legia pokazała tę jakość w obronie, bo świetnie zostało wyłączonych kompletnie z gry dwóch liderów Pogoni Szczecin – Grosicki oraz Koulouris. Tutaj trzeba pochwalić Pawła Wszołka oraz duet PankovKapuadi, że zagrali zawody na odpowiednim poziomie. Czy wysokim? Nie wydaje mi się, ponieważ goście naprawdę niewielkim nakładem sił wywieźli punkt ze stolicy Polski. Widać było w drugiej połowie po niektórych zawodnikach, że raz po raz spoglądają na zegar w oczekiwaniu, aż sędzia główny Wojciech Myć uwolni ich z tej męki.

Szczerze mówiąc, obiecywałem sobie dużo więcej, gdy trener Goncalo Feio zaczął robić zmiany. I wcale nie dziwię mu się ani trochę, że dokonał tylko trzech korekt. Żaden z zawodników wchodzących z ławki nie wniósł nic pozytywnego do tego spotkania. Wahan Biczachczjan tylko denerwował kolegów z drużyny swoim ustawieniem oraz podejmowanymi decyzjami w fazie ataku, w której to kompletnie nie rozumiał się z Pawłem Wszołkiem. Wojciech Urbański po świetnym meczu w młodzieżówce z Czechami, zawiódł z Pogonią. Szkurin starał się nie powielać błędów swojego hiszpańskiego poprzednika, ale nie miał nawet możliwości zrealizować swoich planów, bo go… nie było. Był wpisany w protokół meczowy, ale po prostu zaginął.

Ten mecz to był idealny przykład, jak została zbudowana kadra przez byłego dyrektora sportowego Jacka Zielińskiego. Nie inwestował on w sprawdzoną jakość, a szedł w myśl „jakoś to będzie”. I jakoś to wyszło, że Legia Warszawa w sezonie 2024/2025 nie zdobędzie po raz kolejny mistrzostwa Polski.

Co dalej?

Trener Feio na konferencji pomeczowej mówił: „Wierzę w tę drużynę i do ostatniego dnia będę robił wszystko dla klubu, bo on jest najważniejszy, a także piłkarzy. W piłce piłkarze są najważniejsi. Sił mi nigdy nie zabraknie”.  Wspominał także, że mistrzostwo Polski nie zależy już od samej Legii Warszawa, a od jej rywali. Była również wzmianka, że kontaktował się on ze słynnym agentem Jorge Mendesem i rozmawiał na temat swojej przyszłości. Co to wszystko oznacza? Oznacza to, że klub ze stolicy stał się klubem minimalistycznym, który radykalnie maksymalizuje swoje zyski finansowe.

Dawno nie było takiej sytuacji, po x dniach szukania, w końcu został wybrany „stary-nowy” dyrektor sportowy, główny trener nie wie na czym stoi w kontekście swojej przyszłości w Legii, ryzyko braku gry w europejskich pucharach w następnym sezonie jest bardzo duże, a sama kadra zawodników nadaje się do kolejnej przebudowy. Przebudowy opartej na jakościowych zawodnikach, a nie piłkarzach wziętych za bezcen, bo kiedyś kopnęli 3 razy prosto piłkę w PKO Ekstraklasie.

Moim zdaniem, po dzisiejszej konferencji dało się wyczuć między wierszami, że projekt pt. „Goncalo Feio w Legii” najzwyczajniej w świecie się kończy . Zdziwię się, jeśli Michał Żewłakow postąpi inaczej, a sam Portugalczyk będzie chciał tu pozostać na kolejny sezon. Jedynym ratunkiem dla niego jest faktyczne zdobycie Pucharu Polski oraz cudem zajęcie miejsca w TOP3 PKO Ekstraklasy. O Lidze Konferencji Europy nie wspominam, ponieważ i tak ten wynik jest już ponad stan. Brak mistrzostwa Polski przy wydaniu kilku milionów euro na transfery jest jednak po prostu wstydliwy dla takiego klubu jak Legia Warszawa. Wiadomo, że pieniądze nie graj, ale jeśli trener Feio akceptował wszystkie transfery, a ci piłkarze podejmują notorycznie fatalne decyzje na boisku, są nieskuteczni i przede wszystkim niejakościowi, to Portugalczyk ponosi taką samą winę jak dyrektor sportowy, który został „zwolniony” ze swojego stanowiska.

***

Mecz z Pogonią Szczecin wyraźnie pokazał, że minimalizm Legii Warszawa nie wystarczy do wygrywania meczów. Sloganem „jakoś to będzie” nie da się wygrać spotkania, bez odpowiedniej jakości na boisku. Zwłaszcza, że im bliżej końca sezonu, tym coraz więcej zespołu będzie walczyło o każdy punkt, czy to punkt dający grę w pucharach, czy to punkt dający szansę na utrzymanie w najwyższej klasie rozgrywkowej. Stąd uważam, że w piątkowy wieczór pomimo sprawiedliwego z perspektywy boiska remisu, to Legia Warszawa może powiedzieć, że straciła dwa punkty. Dwa punkty, które mogą minimalnie zaważyć o pozycji premiowanej grą w europejskich pucharach. Pucharach, które są co roku wpisane w budżet klubowy…

Skomentuj

Leave a Reply

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Advertisement

Musisz zobaczyć

Zobacz więcej Ekstraklasa