
Brak zorganizowanego dopingu w trakcie domowych spotkań reprezentacji Polski to temat, który na językach wielu osób pojawia się regularnie przy okazji zgrupowań. Wielokrotnie do śmiechu, ale i żenady doprowadza fakt, że częściej jest słychać kibiców z zagranicy, a jedyne odgłosy docierające z naszych sektorów to trąbki lub pojedyncze klaśnięcia. Wreszcie podjęto próbę zakończenia całego zamieszania. Na najbliższych spotkaniach z Litwą oraz Maltą zadebiutować ma zorganizowany doping. To jedna z takich decyzji, które albo okażą się strzałem w dziesiątkę, albo kolejną tragedią. Nic pomiędzy.
Dla jednych doping ma znacznie, dla innych nie
Zacznijmy od początku. Mecze drużyny narodowej to oczywiście wydarzenie, które przyciąga uwagę całego kraju. Ludzi, którzy z polskim futbolem są zaznajomieni doskonale, lecz również tych, którzy biało-czerwony szalik nałożą raz na kilka miesięcy. I nie ma w tym nic złego. Kupić bilet i zagościć na Narodowym ma prawo każdy, kto zechce. Może dla grupki znajomych będzie to sposób na spędzenie wieczoru, a może ojciec zabierze dzieciaków i zaszczepi w nich pasję do sportu. Standardem w trakcie spotkań są również wywieszane liczne transparenty, zawierające nazwy mniejszych wiosek, klubów czy zwykłych miast. To zwyczajnie nieodłączna część na meczach kadry.
Nie możemy od niektórych oczekiwać, że przez półtorej godziny będą zdzierać gardła na stojąco. Mnóstwo osób zjeżdża do Warszawy, aby obejrzeć swoich idoli z dzieciństwa. Jako przykład posłuży pojedynek z Portugalią z października ubiegłego roku. Prowadzenie rywali podwyższa Cristiano Ronaldo, a na stadionie wybrzmiewa jego popularne „Siuuu!”. To zdarzenie, które podzieliło internautów na dwie części. Jedni sądzą, że to nic złego, bo – tak jak wspomniałem – człowiek przyjechał zobaczyć na własne oczy ulubionego piłkarza. Drugim jednak takie zachowanie się nie spodobało, co podparli argumentem, iż jest to przecież mecz w Warszawie, a nie w Lizbonie.
Trzeba przyznać rację, że obecna atmosfera to nieśmieszny żart. Cieszenie się z bramki Ronaldo to jedno, ale zrywy publiczności ograniczają się jedynie do „Polska, Biało-Czerwoni!” lub „Polska! Polska! Polska!”. Jakąkolwiek ciekawszą oprawę na własne oczy ujrzycie jedynie podczas śpiewania hymnu, gdy utworzona zostaje kartoniada składająca się z bieli i czerwieni. Fakt, wygląda to ładnie, natomiast nadal niewystarczająco.
Potencjał jest ogromny
Faktem jest, że reprezentacja Polski zasługuje na doping. Zwłaszcza, że przecież nasz kraj to czołówka europejskiej piłki klubowej, jeśli mówimy o kibicach. Oprawy prezentowane przez fanatyków warszawskiej Legii są uznawane za jedne z najlepszych na Starym Kontynencie. Masa ludzi zjawia się na meczach Ekstraklasy, żeby na własnej skórze poczuć przechodzące ciarki podczas najgłośniejszych przyśpiewek czy odpalanych środków pirotechnicznych. A sektorówki czy race to nie wszystko. Mamy przecież wiele historycznych rywalizacji, takich jak: Derby Trójmiasta, Derby Warszawy, Derby Łodzi, Derby Krakowa, Derby Dolnego Śląska. Mógłbym ciągle wymieniać, ale nie ma to większego sensu. Sami doskonale zdajecie sobie sprawę, ile tego jest.
Dlaczego więc potrafimy robić świetną atmosferę na boiskach rodzimej ligi, ale na Narodowym jest cisza jak makiem zasiał? Przede wszystkim wcześniej nie było zorganizowanego dopingu. W Ekstraklasie mamy „gniazdowych”, którzy odpowiedzialni są za nakręcanie pozostałych kibiców oraz inicjowanie przyśpiewek. Na kadrze osoby takie pojawią się dopiero teraz. A dokładniej będą to przedstawiciele stowarzyszenia „To My Polacy!”, jakie powstało w styczniu tego roku. Działało jednak wcześniej, bo już od 2018, gdy występowaliśmy na Mistrzostwach Świata w Rosji. Wtedy była to grupka, która z czasem rozrosła się na większą skalę.
Co więcej, umiejętność kibicowania przez Polaków nie zamyka się na starciach swoich miejscowych klubów. Reprezentacja bowiem również mogła wcześniej liczyć na wsparcie z trybun. Rzecz w tym, że nie na meczach domowych, a wyjazdowych. Na sektorze gości było głośno chociażby w Cardiff, kiedy Biało-Czerwoni walczyli o awans na Mistrzostwa Europy. Siedząc przed telewizorem mogliśmy wyłapać momenty, podczas których Polacy przebijali Walijczyków. Na samym Euro także bywało ciekawie, co pokazywały przemarsze po ulicach Berlina. Mieliśmy szaliki, flagi, race, bębny i megafony. To był kolejny sygnał pokazujący, że możemy, jeśli odpowiednio się do tego przyłożymy.
Szedłem na czele przemarszu polskich kibiców spod Bramy Brandenburskiej na Stadion Olimpijski w Berlinie. Niezapomniane! pic.twitter.com/wqUmC56Hys
— Wojciech Górski (@Woj_Gorski) June 21, 2024
Świetna idea czy kolejne „machanie szalikami”?
Uporządkujmy więc fakty – doping na Narodowym jest tragiczny, a sugerując się postawą klubowych kibiców, powinien być kilkukrotnie lepszy. Zająć się tym ma właśnie opisane kilka zdań wcześniej stowarzyszenie. Miejmy nadzieję, że okaże się to fantastycznym pomysłem, a nie dalszym szeptaniem. Z rozmowy Weszło z Mateuszem Pileckim, prezesem „To My Polacy!” dowiedzieliśmy się, że będziemy mieć lidera odpowiedzialnego za kierowanie całym przedsięwzięciem, a przyśpiewki usłyszymy w akompaniamencie bębnów. Wszystko odbędzie się na sektorze D15, za jedną z bramek. Fani planują jednak rozbudzić cały stadion, zamiast zamykać się w wyznaczonym obszarze.
– Będzie lider prowadzący doping, a także kilku pomocników rozmieszczonych w różnych częściach sektora D15. Chcemy, aby doping był dynamiczny i dobrze zsynchronizowany – to duże wyzwanie, ale z pomocą kibiców musi się udać! Na razie prowadzącym będzie osoba z naszego grona, ale w przyszłości nie wykluczamy, że dowodzenie przejmie ktoś bardziej doświadczony – mówi dla Weszło Mateusz Pilecki.
Choć nie wszyscy, którzy znajdą się na Narodowym uczęszczają na co dzień na trybunę najzagorzalszych kibiców swojej lokalnej drużyny, to również oni mogą wkręcić się we wspólne śpiewanie. Problemem zawsze był brak odpowiedniej organizacji. Osoby, która z mikrofonem czy megafonem zachęci każdego. Przeciętny człowiek tego nie zrobi. Raz, że jest zbyt wystraszony. Dwa, że nie zależy mu do takiego stopnia. Trzy, że nie ma do tego odpowiednich narzędzi. Zamiast tego woli usiąść, sięgnąć po przemycone chipsy lub zakupione za kilkadziesiąt złotych stadionowe jedzenie i ewentualnie wyrazić niezadowolenie poprzez gwizdanie.
L O L pic.twitter.com/jknJ9XS6qG
— Przemek Langier (@plangier) March 27, 2023
PZPN wpadł kiedyś na fantastyczny pomysł i postanowił wyświetlić na telebimach napis „machajmy szalikami”. Cóż, plusik za chęci, ale końcowa ocena wciąż wynosiła 1+. Przyznacie, że było to całkiem kompromitujące. Innego razu był też DJ. I to inny, niż Tymek Puchacz. Jednak i jego misja nie do końca się powiodła. Odpowiedź na pytanie, czy po tylu latach doczekaliśmy się czegoś więcej poza średnio rytmicznym klaskaniem poznamy już niebawem.
Jedyne wykształcenie jakie posiada, to ukończenie szkoły podstawowej z wyróżnieniem. Swoją przyszłość wiąże jednak z dziennikarstwem sportowym. Pierwsze kroki postawił w 2023 roku na łamach WE, gdzie udziela się po dziś dzień. Bywa gadatliwy, czasem zabawny. Regularnie pojawia się na słynnym gdańskim bursztynku, po czym stara się skleić kilka sensownych zdań o meczach miejscowej Lechii.