
Pewnej nocy przyśniło mi się, że Lechia Gdańsk wreszcie miała szczelną defensywę. Niestety, dość szybko uświadomiłem sobie, że to tylko sen. Zwłaszcza, że po przebudzeniu zerknąłem na tabelę i ujrzałem, że po czterech kolejkach Biało-Zieloni mają na koncie jedenaście straconych bramek. Nastrój poprawił mi fakt, iż tuż obok widniała statystyka dziewięciu strzelonych goli. Od inauguracji sezonu nie minął nawet miesiąc, a już mamy murowanego faworyta do miana drużyny, której mecze dostarczają co tydzień największych emocji. Z drugiej strony dawno nie doświadczyliśmy tak wyraźnej przepaści między tym, jak zespół broni, a tym, jak atakuje.
Spróbujmy zdiagnozować problem
Z czego w zasadzie może wynikać tak diametralna różnica? Przecież linia pomocy nie jest złożona z przypadkowych ludzi z ulicy, więc przejście przez nią nie jest takie proste. W bloku defensywnym z kolei są nazwiska, które z pozoru nie powinny co tydzień popełniać kolejnych błędów. A jednak momentami można odnieść wrażenie, że piłkarze zakładają się między sobą, komu w danym meczu uda się odstawić większy numer. Wszystkiemu z boku przygląda się Szymon Weirauch. Golkiper Lechii przez większość czasu robi wszystko, aby nie dopuścić do straty gola. Niestety, w tym przypadku zachowanie czystego konta graniczy z cudem.
Znowu zagubieni jak dzieci we mgle. #LGDMOT pic.twitter.com/2cCDckA8QB
— Tomek Hatta (@Fyordung) August 11, 2025
Rzecz jasna dużym kłopotem są błędy indywidualne, jakie gdańszczanie notorycznie popełniają. Wystarczy przypomnieć spotkanie z Cracovią i wyrównujące trafienie Filipa Stojilkovicia. Wówczas fatalnie zachował się Maksym Diaczuk. Ukraiński stoper chciał prawdopodobnie podać głową do bramkarza, lecz zagranie było na tyle koszmarne, że Szwajcar bez większych komplikacji ten prezent wykorzystał. Okazuje się, że rozgrywanie piłki także do najłatwiejszych zadań nie należy, co pokazał mecz z Motorem Lublin. Przy stracie drugiej bramki zaczęło się od przeciętego podania Matusa Vojtko. Ponieważ zdarzyło się to pod polem karnym Lechii, to kilka sekund później futbolówkę w siatce umieścił Ivo Rodrigues.
Nie oznacza to natomiast, że wystarczy popracować nad podejmowaniem decyzji, a obrona nagle przestanie przeciekać. Zdaje się, że tutaj problem sięga głębiej. Pomyłki poszczególnych piłkarzy to jedno, ale jesteśmy świadkami sytuacji, gdzie cała linia obrony jest kompletnie zagubiona. Wprawdzie nie jest to wcale nowość, gdyż w ubiegłym sezonie Lechia miała drugą najgorszą defensywę ligi. Choć wydawało się, że na ratunek przyjdzie zarówno okres przygotowawczy, jak i nowe twarze w zespole. Alvis Jaunzems, Matus Vojtko czy Maksym Diaczuk to teoretycznie solidne nazwiska, jednak cała trójka zalicza dotychczas mocne zderzenie z rzeczywistością.
– To nie jest tak, że jest jeden zawodnik notorycznie popełniający błędy. W każdym meczu ktoś inny popełni taki błąd, który nas kosztuje. Wobec tego musimy wszyscy, jako zespół, wziąć odpowiedzialność za to, ile tracimy bramek – mówił po meczu z Motorem szkoleniowiec Lechii, John Carver.
***
Czy istnieje zatem aktualnie lekarstwo, które mogłoby magicznie wyleczyć Lechię z tej ciężkiej choroby? Mam wrażenie, że nawet sztab szkoleniowy nie ma na to jednoznacznej odpowiedzi. Oczywiście, kadra wciąż jest dość wąska, dlatego pozyskanie kolejnych obrońców jest dobrym pomysłem. W kontekście gdańszczan wymienia się ostatnimi czasy dwóch zawodników: Witalija Romana i Slobodana Rubezicia. Do zasilenia kadry Biało-Zielonych bliżej temu pierwszemu, choć temat drugiego wciąż pozostaje otwarty.
Strzelicie nam cztery gole, ale my spróbujemy wpakować pięć
Dwadzieścia. Dwadzieścia goli padło w czterech pierwszych meczach Lechii podczas tegorocznych rozgrywek. Daje nam to średnio pięć bramek na mecz. Jeśli zestawić wszystkie kluby Ekstraklasy, Lechia może pochwalić się drugą pozycją w rankingu najskuteczniejszych ofensyw z wynikiem dziewięciu trafień. Tyle samo ma na swoim koncie tylko Radomiak, a w całej klasyfikacji prowadzi Cracovia. Co więcej, w szeregach Biało-Zielonych jest obecny lider klasyfikacji strzelców, Tomas Bobcek. Słowak bowiem już zdołał upolować pięć bramek, a także dorzucił do tego jedną asystę. O tym, że 23-latek potrafi być koszmarem dla golkiperów rywali wiemy nie od dziś. W przeszłości jednak często na przeszkodzie stawały problemy zdrowotne.
Czy zdrowy Bobcek może zostać najlepszym strzelcem sezonu? Oczywiście!
Po 4 kolejkach Ekstraklasy Tomas Bobcek jest najlepszym piłkarzem ligi w następujących kategoriach:
⚽ Klasyfikacja strzelców: 5
🎯 Klasyfikacja kanadyjska: 6
💥 Oddane strzały: 15
🥅 Celne strzały: 9
🤜 Pojedynki: 67Kot!
Jak zdrowie dopisze, to będzie jego sezon 🔥 pic.twitter.com/KKmfZEds8e— Marcin Ziembiński (@Pogadajmy_o_E) August 12, 2025
Ale Lechia w ataku ma znacznie większy potencjał, niż jeden napastnik. W kadrze są tacy zawodnicy, jak chociażby: Camilo Mena, Bohdan Wjunnyk, Rifet Kapić czy Kacper Sezonienko. Jeśli oni złapią na boisku wiatr w żagle, to również są w stanie napsuć krwi przeciwnikom. W meczu z Motorem po pojawieniu się na murawie, dobry impuls dał Michał Głogowski. Jeden z ciekawszych nabytków tego lata, Mohamed Awad Allah pokazał, że trudno wygrać z nim w pojedynku biegowym, ale momentami sprawiał wrażenie jeźdźca bez głowy. Na minus z kolei niewątpliwie wypadł Dawid Kurminowski, który w przeciągu 22 minut zaliczył jeden kontakt z piłką. Jeden.
Czasami aż przykro się ogląda, jak to wszystko idzie na marne przez krytyczną postawę defensorów.
***
Swoją drogą, Lechia powinna rozważyć rozdawanie kibicom ciśnieniomierzy przed wejściem na stadion. Podczas ostatniego spotkania niektórzy mogli pomyśleć, że pojechali na spotkanie koszykówki. To ze względu na ilość kozłów, jaką oglądaliśmy pod polem karnym podopiecznych Carvera. Zagotowało się chociażby w 90. minucie, kiedy po dalekim wybiciu na połowę Lechii futbolówkę do bramkarza skierował głową Elias Olsson. Zanim to się stało, piłka oczywiście skozłowała, a w kierunku szwedzkiego stopera już pędziło dwóch piłkarzy lublinian. Troszkę zapachniało wyżej wspomnianym incydentem z meczu z Cracovią.
„Niee, oglądanie meczów Lechii nie jest stresujące” – Kacper, lat 26.#LGDMOT 2:2 pic.twitter.com/stCqase7sc
— Adam Kiedrowski (@adamkiedrowski_) August 11, 2025
Na horyzoncie Zagłębie i Arka
Mimo wszystko trzeba przyznać, że Lechia nie trafiła na zbyt łatwych przeciwników na początek. Sezon zainaugurowała w Zabrzu, a później mierzyła się z Lechem Poznań i Cracovią. Motor Lublin natomiast w minionej kampanii Ekstraklasy uplasował się na siódmej lokacie. Dopiero teraz terminarz zaczyna wyglądać nieco łaskawiej. W najbliższy piątek, 15 sierpnia Biało-Zieloni podejmą na wyjeździe Zagłębie Lubin, a tydzień później czekają ich Derby Trójmiasta, na które bilety rozchodzą się w błyskawicznym tempie. Oba spotkania to dla gdańszczan szansa, aby zgarnąć komplet punktów i wreszcie zmienić bilans punktowy na dodatni.
Co ciekawe, w klubowych gabinetach wciąż toczy się walka o zniesienie kary minusowych punktów. Spore zaskoczenie wywołał fakt, że Paolo Urfer zgodził się na wywiad dla Canal+. Niewielu przecież unika mediów tak konsekwentnie, jak prezes Biało-Zielonych.
– Nie zgadzam się z decyzją o minusowych punktach, ale chciałbym powiedzieć coś bardzo ważnego: klub i PZPN to partnerzy. Współpracujemy, by jakość piłki w Polsce była na jak najwyższym poziomie. Musimy dostosować ocenę związku i ubrać ją w kontekst. Decyzja była surowa, dlatego się od niej odwołaliśmy. Mamy bardzo dobrych prawników, którzy nam doradzają – mówił w rozmowie Urfer.
Fakty są więc takie, że Lechia to obecnie najbardziej pokręcona drużyna w Ekstraklasie.
A z tym ciśnieniomierzem to nie żartowałem, bo czasem serio idzie zejść na zawał.
Jedyne wykształcenie jakie posiada, to ukończenie szkoły podstawowej z wyróżnieniem. Swoją przyszłość wiąże jednak z dziennikarstwem sportowym. Pierwsze kroki postawił w 2023 roku na łamach WE, gdzie udziela się po dziś dzień. Bywa gadatliwy, czasem zabawny. Regularnie pojawia się na słynnym gdańskim bursztynku, po czym stara się skleić kilka sensownych zdań o meczach miejscowej Lechii.