PODAJ DALEJ
puchar polski

Nie lubimy meczów, kiedy piłkarze przechodzą obok nich obojętnie, jak najmniejszym kosztem sił – a, niestety, zdarzają się takie wątpliwej jakości „widowiska”. Na szczęście, są takie kluby, które chwytają za serce tym, co najbardziej ubóstwiamy – boiskowym oddaniem, zawziętością, walecznością, nieustępliwością. Znacznie lepiej ogląda się spotkanie, czy to z poziomu trybun, czy sprzed ekranu, gdy tym jedenastu facetom po prostu się chce. I właściwie chodzi o coś więcej niż o chęć do gry w piłkę. Bo dziś każdy chce pięknie strzelać, równie pięknie asystować, a nikt nie chce odwalać tej czarnej – mało pięknej, ale niezbędnej – roboty. W przypadku Arki jest inaczej. Nikt nie chce TYLKO pięknie strzelać czy asystować, ale za to każdy chce nade wszystko zwyciężać. Oczywiście, bezpośrednio przekłada się to na to, że każdy chce zdobywać gole i zaliczać asysty; tylko w ten sposób można wygrać. Pokręcone, poplątane? Tylko na pozór. Bowiem logika gdynian jest prosta, skuteczna i czasami tylko nawala.

Do stołu podano

Zasiadałam na trybunach zarówno podczas finału Pucharu Polski, jak i Superpucharu. Mogę więc z dumą i satysfakcją w głosie oznajmić, że byłam świadkiem kreowania się Śledzików a la Leszek Ojrzyński. I jak nie znoszę smaku i zapachu śledzi, tak te wyjątkowo przypadły mi do gustu. Spierać się można jedynie, czy to faktycznie pan Leszek był głównym szefem kuchni, czy też należy przypisać owe zasługi Grzegorzowi Nicińskiemu. Powiedzmy więc, że 1/3 wykwintności dania przypiszemy byłemu szkoleniowcowi Arki, natomiast większościowy udział w gotowaniu przypadnie już stricte Ojrzyńskiemu.

Bez rewolucji

Analizując ostatni mecz pod wodzą GN (przegrany z Pogonią Szczecin) oraz pierwszy pod sztandarem LO (przegrane derby), nie da się dostrzec gruntownych przemian, zawirowań w taktyce czy personalnych turbulencji. Formacja taka sama, nazwiska niemalże identyczne, rezultat nadal niekorzystny (w mniejszym wymiarze, ale zdobycz punktowa wciąż zerowa). Jedno zaś było znacznie, znacznie odmienne. Charakter drużyny i jej boiskowa postawa. Można to było dostrzec wyjątkowo klarownie. Ale dla tych nieco bardziej obytych, nie była to sensacja. Wszakże rządy Ojrzyńskiego w Kielcach to nie jakaś zamierzchła przeszłość i tamtejsza Banda Świrów po dziś dzień siedzi w głowach kibiców, nie tylko tych sympatyzujących z miejscową Koroną. Bo to był unikat na miarę całego kraju. Takiej jedności, namiastki rodziny, jaka tam zapanowała, ze świecą szukać gdziekolwiek indziej. Kto nie pamięta, ten trąba i niech lepiej zawczasu co nie co poczyta i poogląda. Choćby dlatego, że reżyser Leszek Ojrzyński zaczął produkcję kolejnej Bandy i nie zanosi się na to, żeby druga odsłona świrów miała zaplanowany rychły koniec. W roku 2017 przedstawiono spektatorom wiele różnych aktów, scen czy odsłon,  ale na pewno nikt nie ubolewa nad tą kwietniową decyzją o nowym głównodowodzącym. Zmiana ta zaszła 9 miesięcy temu; i nawet te 9 miesięcy mogą mieć symboliczny wydźwięk.

If you’re not a winner, you’re a loser

Trener od razu w prologu zaszczepił żółto-niebieskim to, co w jego mniemaniu najważniejsze; następnie niezmordowanie pielęgnował i korygował swoją ekipę – tak, aby faktycznie była ona przesiąknięta tym, co mu w duszy gra. Mentalność zwycięzcy to bowiem w pracy Ojrzyńskiego absolutne must have i kto tego nie posiądzie, bądź też po prostu nie chce posiąść – wylatuje i nie ma, że boli. Przekonali się o tym niedawno Alvaro Rey oraz Tomáš Košút. Pożegnano ich jednak bez żalu, bo ani jeden, ani drugi nie przyczynili się w zauważalny sposób ku rozwojowi Arki. Pierwszy wystąpił raptem w czterech meczach, które łącznie dały czas w liczbie 256 minut, a drugi – nie zdążył nawet zadebiutować. Można rzecz jasna gdybać, co by było, gdyby dostali więcej szans, więcej spotkań, więcej minut, ale jest to działanie bezsensowne. Szkoleniowiec widzi podopiecznych na treningach, także nikomu nie pomoże wchodzenie w jego skórę. Być może to niewypały transferowe, które zdarzały się zawsze i zdarzać będą; może też sami piłkarze nie potrafili się przystroić do polskiej Ekstraklasy. Chybień było jednak i tak znacznie mniej niż trafnych nabytków.

Latający Łotysz

Wieńcząc całą tę laudację na cześć gdyńskiej Arki, warto podkreślić jeszcze, że takiego golkipera jak Pavels Steinbors chciałby w swoim klubie każdy ekstraklasowy coach. Bez wyjątku. Najlepszy na jesień, co potwierdziły chociażby ostatnie wybory Canal+ Sport. Łotysz miał tam mój głos. Od 2 maja niezmiennie nie wychodzi z formy i daj Boże, aby był w niej dożywotnio. A co najmniej do 2 maja 2018. Aby mógł powtórnie nas zdumiewać na Narodowym, wyczyniając między słupkami takie robinsonady, że nie powstydziłby się ich żaden bramkarz świata.

1 KOMENTARZ

SKOMENTUJ WPIS KIBICA

Zostaw swój komentarz
Please enter your name here