Obserwuj nas

Rozgrywki

Dzień ekstraklasowego świra

dzień ekstraklasowego świra

Czyta: Marek Konrad (na tego z „d” i „t” na końcu zabrakło funduszy).

Podobieństwa do prawdziwych postaci są przypadkowe.

Poranek: godz. 6.00

To dzisiaj gra Termalica z Sandecją, a mimo to boję się nawet wstać. Boję się tego meczu. Po co w ogóle zgodziłem się na pisanie podsumowania? Patrzę przez okno. Ech, śnieg napierdala. W październiku mówili: „będzie zima stulecia”. Tak się cieszyłem na normalne święta. No i dupa. Ciepło było jak w Australii albo w innym Maczu Pikczu. I tak do dziś. Za dwa tygodnie wystartuje III liga to musi dopierdzielić z -12, żeby człowieka poniżyć. Dobrze, że przynajmniej Ekstraklasa gra. Obejrzę trochę dobrej piłki.

Słońca nie ma, a jest 8:00

Wczoraj byłem wkurwiony, bo słońce wchodziło z butami do mego pokoju. Gorsze niż świadek Jehowy. Temu przynajmniej zamkniesz drzwi przed oczami i spokój. Okna przecież nie zasłonię, bo się ciemnica zrobi, a jest ranek, trzeba dzień chwalić. Dzisiaj za to chmury, gorzej być nie może. Jeszcze ta Sandecja z Termalicą…

Chodakowsking – 8:15

W Sylwestra planowałem wziąć się za siebie. Pobudka o 5 i półgodzinne bieganie po lesie. Następnego dnia zadzwonił budzik o 5:05 – nie wstałem, postanowiłem odłożyć na jutro… i tak do teraz. Być może to kwestia słabości mojej silnej woli. Dziś jednak napiszę to podsumowanie. Zanim to, najpierw pompki. Koniecznie przed śniadaniem, podobno lepiej wchodzi. Codziennie, robię, tak robię. Zacząłem wczoraj. Zawsze 5, z krótką przerwą po czwartej. Oszukuję samego siebie, że na znak czterech mistrzostw Polski mojego klubu i kolejnego tytułu, na który czekam z utęsknieniem. Tak naprawdę więcej nie zrobię. Dobrze, że nie urodziłem się w Zabrzu albo w Chorzowie. Po chodakowskingu czuję się zmęczony, dodatkowo przygniotła mnie myśl o śląskich pompkach i jeszcze ten mecz…

Przygotowanie do oprawy – 8:40

Śniadań nie jem, choć to bardzo niezdrowo. Wolę ten czas poświęcić na naukę składów obu drużyn, których i tak do końca nie spamiętam. Ciągle pieprzą się te numery i niepolskie nazwiska… Wszystkie Janjatovicie i inne Pitery-Bućki. W celach relaksacyjnych wybieram się do kiosku po gazetę, może coś ciekawego napiszą o tym meczu. Po ubraniu się, wychodzę. Nagle czuję, że mi po głowie zawiewa. No tak, zapomniałem założyć czapki z herbem mojego klubu. Wychodzę, nadal piździ, nosz kur… Idąc przez pierwsze 400 metrów zastanawiałem się nad tą sprawą. Nagle jakiś głos w mojej głowie krzyczy: RĘKAWICZKI, tym razem bez herbu. Przeszedłem 0 przecinek 4 w okresie drogi. Nie ma sensu się wracać.

Życia jak w polskim Madrycie

Po dotarciu na miejsce przeznaczenia ujrzałem dwie kobiety. Jedna taka typowa baba przyspawana do swojego kiosku. Druga – z jajami, stała nachylona do okienka i pewnie pierdolą trzy po trzy. Jako kulturalny człowiek stoję w pobliżu i czekam aż skończą. Mija kilkanaście minut, czuję, że kończyny górne zaczynają mi odmarzać. A ta baba dalej stoi. Mróz, a ta stoi. W autobusie nie ustoi i się jeszcze wykłóca o miejsca, a tu stoi. Wredna baba. Moja cierpliwość powoli się kończy, dystyngowanie przesuwam się w stronę okienka. Baba z kiosku udaje, że mnie nie widzi, a ta z jajami mówi (chyba tylko po to, żeby jeszcze bardziej mnie wkurwić): „Jadzia, obsłuż Pana, bo pewnie mu się śpieszy”. W międzyczasie zastanawiam się jakim ustawieniu wyjdzie Sandecja. Ostatnio nie wygrywali w lidze. Wiem, bo oglądam, wszystkie mecze Ekstraklasy, oglądam. Sprawdzam pośpiesznie w Internecie i mi się wyświetla, że ostatnio wygrali z Termiką. Wtedy jako gospodarze, mimo że goście. To jeszcze za Mroczkowskiego było. Teraz jeden punkt nad sferą spadkową i Niecieczą. W tym momencie przejęła mnie obawa: a co skoro oni dobrze zagrają i nie będzie się z czego śmiać? Czekam kolejne 4 minuty i próbuję kulturalnie hmyrkać. Ręce zaczynają piec, a ta gada. W końcu pukam o jej blaszany domek zaciskając pięść tak, żeby kciuk był schowany pod pozostałymi palcami, które jeszcze bardziej będą boleć z mrozu, bo nie mam pierdolonych rękawiczek. W końcu – doczekałem.

– W czym mogę służyć? – odpowiada mi nazbyt obcesowo.

Nie dam po sobie poznać, że mnie wpieniła. Nie zrobię jej tej przyjemności.

– Rękawiczki. NIE. (No i cały plan w pizdu!) Gazetę, chcę, gazetę, poproszę. Sportową gazetę, kolorową. Dzisiejszą i wczorajszą (może coś wczoraj ciekawego pisali – myślę).

***

Po dokonanym zakupie nagle zapragnąłem skosztować świeżego pączka wiedeńskiego z małej piekarenki obok. Stoję przed ogromnym dylematem: do autobusu 10 minut, wprawdzie to jeden przystanek, ale jednak czasem warto zaznać odrobiny luksusu. Od zawsze miałem żyłkę ryzykanta, dlatego wybrałem się po słodycz. Wchodzę, krótka kolejka – zdążę. Mam jednak wątpliwości czy czasem facet przede mną nie ma potencjału na wojewódzkiego wybrzydzacza. Odganiam tę myśl sprawdzając co napisali w prasie kolorowej na temat derbów Niecieczy. Z przykrością stwierdzam, że nic. Wydanie wczorajsze zostawiam sobie na później. Tymczasem dochodzę do lady, stoję za tym facetem i przeczuwam najgorsze. Czekam jak na ścięcie, po jego pierwszym ruchu wiedziałem, że będę musiał wysłuchiwać wywodów: czy brać stary dobry chleb na zakwasie, czy jednak ten pieczony wśród liści kapusty. No i czy wziąć krojony, bo większy komfort, czy cały, żeby mieć przyjemność z krojenia. Uodporniony przez babę z jajami nie reaguję na wirusa przede mną. Sprawdzam chyłkiem w komórce ostatnie mecze Termaliki: 5 przegranych na 6. Słaby bilans i nowy trener. Wątpliwość o poziom tego meczu ciągle narastają we mnie.

***

Po wyjściu z pączkiem pod pachą nie czekam na przystanku, tylko idę na krańcówkę – podobno to jedno ze słów, które świadczą o regionie mego pochodzenia. Poczekam te kilkanaście minut i rozsiądę się jak król w pustym autobusie. Po 24 minutach tak też się stało. Miejsce przy oknie po prawo od środkowych drzwi. Tak, żeby mieć przyjemne widoki i nie widzieć ludzi, dla których zabraknie miejsca. Po krótkiej lekturze mojej lektury w drzwiach zjawił się wojewódzki wybrzydzacz ze swoim chlebkiem. Siada obok… Prawdopodobieństwo, że będzie zatruwał mi życie wynosiło 1/25. Starannie to wyliczyłem, starając się uspokoić swoje nadwyrężone nerwy.

***

Przybyłem wreszcie do domu. Mogę zaparzyć sobie herbatę w kubku z herbem mojego klubu i zabrać się do pisania. Sięgam po paczkę z suszonymi, pokruszonymi i fabrycznie pakowanymi liśćmi. Zostały tylko te sprzedawane w żółtym opakowaniu, których nie pijam ze względu na ich zbyt słodki smak. Tych sprzedawanych w czarnych pudełkach obecnie nie posiadam. Nie martwię się tym. Jako życiowy optymista wyznaję zasadę polskich trenerów: biorę co jest.

Derby Polski

Włączam telewizor. Niestety przychodzi mi to z trudem, bo guzik mi się wytarł, się. Niektórzy w takiej sytuacji poszliby drogą na skróty używając innych guzików i strzałek. Nie szanuję takich. Pierwsze 5 minut nie warto oglądać, więc poświęciłem je na odbycie turnusu kinomana: kuchnia – toaleta – kanapa. Oglądam to już 23 minuty, a właściwie 24 odjąć jeden. Mam taki nawyk, że zawsze przybliżam do liczby z czwórką, ze względu na mistrzostwa mojego klubu. O, strzela Kolev… bramkarz odbija. Po pięciu minutach, a właściwie cztery plus jeden, postanowiłem coś zrobić ze swoim życiem. Uznałem, że to idealny moment na zrobienie prania. Zasiedziałem się trochę przy tym, się. Koniec pierwszej połowy zbliżał się nieuchronnie. Słyszę z oddali jak po rożnym Miković „wspaniale” strzela na bramkę. „O” – myślę. Szybko ustawiam suwaki i biegnę do telewizora. Bramkarz broni, że mucha nie, siada nie.

W przerwie spostrzegłem, że trzymam w ręku jedną z dwóch moich ulubionych koszulek. Jedna z herbem, druga bez. Ta w ręce z herbem. W czym teraz pójdę na mecz? Naszła mnie myśl, żeby wyprać ją w okolicznym strumieniu. Tak (myślę z uniesieniem), w strumieniu. Najpierw muszę zadzwonić do naczelnego, muszę. Biorę słuszny łyk herbaty. Przełykam i obcieram szybko usta z nieprzyjemnego słodkiego posmaku. Dzwonię. W oczekiwaniu słyszę „Przez Twe oczy zielone” Zenka Martyniuka. Czekam nadal. Mogę już zaśpiewać pierwszą zwrotkę. Odebrał.

– No cześć. Nie napiszę podsumowania dzisiejszego meczu.

– A coś się stało?

– Idę prać koszulkę nad strumieniem.

Odpowiedziała mi cisza i nadchodzący po niej dźwięk śmiechu.

– Piłeś?

– Przecież wiesz, że prawie nie piję.

W tym momencie dało się odczuć ogromne skonsternowanie mego naczelnego. Zwykle nie otacza się takimi ludźmi, pewnie stąd to zachowanie.

– Dzwoń, kiedy będzie coś ciekawego.

– Dobra – odrzekł jakby od niechcenia.

Mija półgodziny, a właściwie 34 odjąć 4 minut. Dzwoni telefon, słyszę: „Gol. Strzelał Gergel, ale myślę, że to jest samobójcza bramka. Tak mi się wydawało.”

***

Reagują moje zmysły na jakiś gwizd. Budzę się, w ręku trzymam koszulkę. Tę z herbem, a w telewizorze reklamy. Pusty kubek, też z herbem, stoi już bez herbaty. Tej sprzedawanej w żółtym opakowaniu, bo innej nie mam. Po chwili zrozumiałem co tutaj zaszło. Prawdopodobnie przedawkowanie herbaty w połączeniu ze słabym meczem wywołało taki efekt. To by wyjaśniało, dlaczego naczelny mój mówił o golu głosem Kazka Węgrzyna…

[vc_video link=”https://www.youtube.com/watch?v=6k8Wl9fqwgk” align=”center”]

Polska piłka oczami kibiców. Chcesz dołączyć? DM do @nopawel

Kliknij by skomentować

Zostaw odpowiedź

Twój adres email nie zostanie opublikowany.

Reklama

Musisz zobaczyć

Więcej z Rozgrywki