Obserwuj nas

Arka Gdynia

Powiedz coś po arkowcowemu! „Ojrzyński Out!”

Znacie miejsce na kibicowskiej mapie Polski, gdzie na trenera się nie narzeka? Chyba ciężko wskazać, co? Od zarania dziejów w polskiej rzeczywistości kopanej na „koordynatorów tężyzny fizycznej i taktycznej” narzekać należy. Zawsze. Taka niepisana zasada. Gdy – nie daj Boże – naszemu trenerowi coś jednak wychodzi i te 1,76856 punktu na mecz jednak wysupła, to warto wrzucić kilka kamyczków do ogródka obok. W końcu któryś zawsze akurat coś spieprzy.

Nie inaczej oczywiście jest w Gdyni, gdzie – jak wiadomo – od momentu zdobycia przez Arkę pucharów o łącznej liczbie dwóch, fani stali się kibicami klasy premium. Wymagającymi w sensie. W Gdyni półśrodki w postaci lagi już nie przechodzą. Jazda na tyłkach jest już niewystarczająca, a żonglerki uczą już w szkołach. I nie ma się co dziwić. W końcu gonimy Erłopę, nieprawdaż? Czołgając się po bagnie, ale jednak. Cierpi na tym jedynie Ojrzyński, który przyzwyczaił nas wszystkich, że drużyny, które prowadził, nigdy nie zachwycały finezją.

***

Czy gra Arki i praca trenera Ojrzyńskiego zasługuje na pogardę? No, tak. Cała liga na to zasługuje. Przecież nie włączamy telewizora/przychodzimy na stadion, by patrzeć na koronkowe akcje i niezliczoną ilość podań w wykonaniu naszych ekstraklasowiczów. Wprawny koneser naszego futbolu wie, że na meczu polskiej Ekstraklasy może spodziewać się wszystkiego (ze srającymi końmi włącznie), prócz efektownej gry. Gdy na grę gdynian spojrzymy właśnie z takiej perspektywy, to okaże się, że ten zły Ojrzyński i jego banda wcale nie wyglądają tak źle. Oczywiście jak na polskie warunki, nie pogrzało mnie jeszcze do tego stopnia, by mówić, że kopanie po trybunach wzbudza we mnie delikatne łaskotanie w brzuchu, a na widok piętnastego z rzędu podania do bramkarza zaczynam intonować hymn Polski.

***

43 punkty w 35 meczach, co daje wynik 1,23 punktu na mecz to dorobek Ojrzyńskiego w Arce. Nie jest to wynik onieśmielający, lecz Arka wyprzedza pod tym względem m.in. Śląsk, czy Cracovię. Czyli zespoły o większym potencjale sportowym. Do tego dwa wspomniane wcześniej trofea, a także udany występ w europejskich pucharach. Arka nie raz udowadniała, że za Ojrzyńskiego grać potrafi. Więc w czym problem?

Ojrzyńskiemu, rzecz jasna, można zarzucić wiele. Od ustalania składu zaczynając, na taktyce kończąc. Nie od dziś wiadomo, że do ulubieńców gdyńskich fanów nie należy Mateusz Szwoch, który dla trenera Ojrzyńskiego odgrywa rolę nieocenionego talizmanu. Karny? Rożny? Wolny? Do wyboru do koloru, wszystko w rękach perspektywicznego Mateusza, który wykonując rzuty rożne trafia na stadionie we wszystko prócz w pole karne. Może w drużynie z Gdyni nie ma nikogo, kto wykonałby to lepiej? Może w Arce trenuje się tylko pchnięcie piłką lekarską? Niestety, tak nie jest, o czym kibice przekonali się, gdy do stojącej piłki zdołał przepchnąć się Nalepa, czy choćby Kriwiec. Złośliwi stwierdzą, że Szwoch miejsce w jedenastce Ojrzyńskiego ma zaklepane dożywotnio, a reszta składu wybierana jest poprzez rzut monetą lub (w przypadku Ojrzyńskiego bardziej prawdopodobne) objawienie podczas wieczornej modlitwy.

Również sam pomysł na rozegranie ogranicza się ostatnimi czasy na wyczekiwaniu błędów przeciwnika, wysyłaniem pocisków ziemia-powietrze (czyt. Laga)  w przestrzeń kosmiczną przeciwnika, a także słynnym zasypywaniem rywali autami, których treningi są tak fascynujące, że szkoleniowiec Arki nie raz rezygnuje z ćwiczeń technicznych, na rzecz przerzucania piłki nad stacją PKM.

***

Nie przemawiają za nim również wątpliwej jakości transfery. O ile z Bogdanova może coś jeszcze wyrośnie – choć na próżno szukam w nim cech prawdziwego rozgrywającego – o tyle transfery takich tuzów, jak Janus i Jankowski u postronnego obserwatora powodują tylko litościwe pukanie się po głowie. Nie chcę oceniać kopiących po kilku minutach biegania po grządkach, lecz jeśli Jankowski nie odnalazł się w Gliwicach, to i w Gdyni będzie mu ciężko. Choć mając w pamięci mecz poprzedniego sezonu w Gdyni, gdy Arka mierzyła się z Piastem, Jankowski po wejściu z ławki do siatki Arki trafił. Jedyny raz w sezonie, ale krwi nad morzem napsuł.

Niekoniecznie za tymi zawodnikami optował sam Ojrzyński, a wybór w doborze uzupełnień składu został mu w typowo ekstraklasowy sposób po prostu narzucony, lecz słuchając rozległych relacji na temat świetnie sprawujących się w okresie przygotowawczym młodych zawodników Arki, spodziewałem się raczej, że to właśnie im trener sprawi prezent w postaci kilku końcowych minut w meczu ligowym. Gdy w Polsce kluby powoli zaczynają przeglądać na oczy stawiając na młodzież, w Gdyni włodarze nadal wychodzą z założenia, że najlepszy biznes robi się na skupowaniu południowego szrotu, z którym trzeba kosztownie pożegnać się po pół roku siedzenia na trybunach. Taki zabieg marketingowy. Przecież hiszpańskie, słowackie, włoskie, portugalskie czy chujwiejakie nazwisko zawsze lepiej prezentuje się na meczowym trykocie.

***

„Szaleństwem jest robić wciąż to samo i oczekiwać różnych efektów” powiedział niegdyś pan o bujnej czuprynie zaczynającej się na czubku głowy. Albert na niego wołali. Z rodu Einsteinów. Zabrzmiało górnolotnie, choć cytat ten idealnie oddaje stan naszej piłki. Karuzela trenerska kręci się w Polsce w zawrotnym tempie, z tym, że w jej obroty wpadają wciąż te same nazwiska. Ile powiewu świeżości dało Jagielloni ściągnięcie Mamrota, czy choćby zagwarantowanie spokojnej pracy w Płocku duetowi trenerskiemu Brzęczek-Furman. Wiadomo przecież było, po co do Gdyni sprowadzany jest Ojrzyński i czego po tym weteranie krzyku i gestykulacji można się spodziewać. Wstrząśnij, pobudź, zmotywuj. W Gdyni szukano rozwiązania na „teraz”, a że rozwiązanie „wstrząsowe” zadziałało niespodziewanie skutecznie, to i zostawiono delikwenta na miejscu. I teraz człowiek, który przez wielu nazywany jest motywatorem (a nie trenerem), serwuje nam futbol niesamowicie zmotywowany, intensywny (choć i z tym momentami bywa różnie), agresywny, ale zupełnie pozbawiony jakości. Bo laga lagą poganiana może i skuteczna, ale tak do III ligi włącznie. Potem zaczynają się schody. I to dosyć strome.

***

Ok, o ile w ofensywie możemy mówić o folklorystycznych zawodach „kto wyżej, kto dalej”, o tyle w obronie – przynajmniej na papierze – gra Arki wygląda przyzwoicie. Co więcej, jest to jedna z najszczelniejszych defensyw w Ekstraklasie. Wszystko w porządku, lecz ile w tym nieporadności przeciwników, a ile „drugiej młodości” Steinborsa, który –  za wyjątkiem meczu z Wisłą Kraków – wyłapuje nawet muchy przed bramką? Wygląda to zdecydowanie lepiej, niż w poprzednim sezonie, kiedy stoperzy Arki byli większym zagrożeniem dla Jałochy, niż napastnicy przeciwnika. Nie zmienia to jednak faktu, że obrońcy Arki wciąż wychodzą na mecz z workiem szczęścia pod pachą. Gdynianie osiągnęli mistrzostwo w gnębieniu i kopaniu przeciwnika. Problem zaczyna się wtedy, gdy piłka niefortunnie spada pod nogi jednego z nich i należy coś z tym fantem zrobić. Niestety, wybicie w aut nie jest najlepszym rozwiązaniem.

***

„Nie oczekuj cudów, chłopaku. To tylko polska liga” rzeknie ktoś. Jasne, przecież jestem jednym z tych, którzy tej ligi nie traktują poważnie, lecz momentami ciężko jest usiedzieć przed telewizorem/na trybunie, gdy żółto-niebiescy, mając niemałe trudności z samym utrzymaniu się na nogach, serwują nam zagrania piętkami przeplatane mierzonym crossem we frytki Janusza w trzynastym rzędzie.

 

Sercem za Arką. Rozumem za Arsenalem. Albo odwrotnie. Sam nie wiem.

Kliknij by skomentować

Zostaw odpowiedź

Twój adres email nie zostanie opublikowany.

Reklama

Musisz zobaczyć

Więcej z Arka Gdynia