Gdy tęgie, marketingowe głowy myślą nad nowymi pomysłami na urozmaicenie rozgrywek rodzimej ekstraklasy, nasza przesympatyczna liga sama wytrąca sobie wszystkie atuty z rąk, wybijając przy tym kolejnych wiernych obserwatorów kopania piłki wzwyż, gorączkowo odświeżających livescore’a podczas każdej kolejki. Piłkarze otwarcie śmieją się kibicom w twarz, czego świadkami od kilku lat jesteśmy podczas ostatnich kolejek sezonu, a my naiwnie wierzymy im, że zawsze dają z siebie sto procent, zalewając nas w tym czasie produktem piłkopodobnym. 

Spójrzmy chociażby na taką Arkę Gdynia. W Polsce kojarzona głównie z krótkiego wierszyka, „pierwszego pierdolnięcia”, usług fryzjerskich, czy tego, że wiecznie tłucze się z kolegami z Gdańska. Jest to pewien precedens, bo klub z Gdyni staje się aktualnie największym szydercą… Arki Gdynia. Klub całkowicie samowystarczalny. Do tego wręcz stopnia, że nawet wyśmiewać go nie trzeba, bo zrobi to sam. Klub, który przez wiele lat starał się zerwać z łatką skorumpowanego, po raz kolejny sam się podstawia i daje kolejne powody, żeby nie traktować go poważnie. Jak nie siatkarskie zagrywki, które jeszcze jakoś idzie przełknąć, gdyby sam wykonawca przyznał się do błędu i przeprosił, zamiast iść w zaparte, to mecze – jak te ostatnie – w których piłkarze plują kibicom w twarz swoim zaangażowaniem. A wszystko to poprawione szemranymi biznesami właściciela oraz ciągnącą się wojenką na linii prezes – kibice. Ale zaraz, zaraz! Przecież puchar! Drugi finał z rzędu! Najlepszy okres w historii klubu! Patrząc jednak na to, co wyprawia się w Gdyni nie sposób zacytować klasyka:

Ale w tym wszystkim piłkarze wiecznie obnażają bezradność całej układanki. Dzielimy punkty, dzielimy tabele, dzielimy… ludzi. Bo mimo ogromnych starań, poziom jak był żenujący, tak żenujący jest nadal, a czasem nawet Ekstraklasa sama dokłada cegiełkę do takich komedii, jakie regularnie w tym sezonie w grupie spadkowej prezentuje Arka. A zaanagażowanie i walkę widzimy jedynie wśród walczących ze sobą na Twitterze kibiców.

***

Same podejście do meczu nie odnosi się jedynie do drużyny z Gdyni, która w ostatnim czasie dała prawdziwy popis ignorancji. To zjawisko powoli staje się w Polsce normą. Gdy Zagłębie przegrywało w poprzednim sezonie w ostatniej kolejce z Arką, odzew był spójny – sprzedali. O ile romantycznie w bajkę o sprzedanym meczu nie wierzę, o tyle zacząłem obserwować pewien pojawiający się trend, według którego piłkarze pewne mecze odpuszczają sobie z… lenistwa lub (zastąp, drogi czytelniku,  odpowiednim słowem)? Jestem w stanie zrozumieć, że w meczu, który nie wpłynie znacząco na sytuacje w tabeli, trener wystawi do gry zawodników młodych lub zagłodzonych brakiem boiskowych minut. Jest to odpowiedni czas do sprawdzenia kilku grajków, czy wypełnienia kontraktowych ustaleń. Natomiast nie jestem stanie zrozumieć sytuacji, w której po boisku przez kilka meczów z rzędu snują się beztrosko piłkarze i swoją parodią wykonywanych obowiązków otwarcie plują kibicom w twarz. Kibicom, którzy nierzadko przemierzają za swoimi grajkami setki kilometrów.

Arka sama wali sobie po widłach raz za razem. Zresztą nie tylko w przenośni, bo w Niecieczy uczyniła z tego sztukę. Tak samo zresztą jak podbijanie piłki nad głową swoją, jak i przeciwników. Ale o parszywym wręcz poziomie piłkarskim napisano już całkiem sporo. Czy to Gdynia, Gdańsk, czy Wrocław jesteśmy zalewani czymś, co tylko z nazwy przypomina kopanie piłki. „Takie mecze się zdarzają…”. Tak, zdarzają. Niestety, zazwyczaj w Polsce. Czterdzieści siedem razy w roku. „… i co mam zrobić?”

***

Nawet przejść obok meczu trzeba umieć. Niech pierwszy rzuci kamieniem ten, kto w pracy nie zagląda na fejsbuka, czy nie pali o trzy papierosy więcej. Korona, choć głośno mówiła, że pucharowy rewanż jest dla nich priorytetem, w Poznaniu potrafiła wygrać pomimo rezerwowego składu. Wisła Płock, która teoretycznie po zakwalifikowaniu się do grupy mistrzowskiej mogłaby myślami być już na Ibizie, walczy i – choć zabrzmi to jak nonsens – nawet włączyła się do walki o mistrzostwo. Gdzie jest słowo klucz? Ambicja. Ta archaiczna cecha coraz rzadziej spotykana wśród polskich kopaczy. Piłkarze, a coraz częściej i działacze, regularnie strzelają nam po mordzie otwartą dłonią, a my  – jak zawzięci masochiści – nadstawiamy drugi policzek. Wyrozumiale otaczamy ich parasolem bezpieczeństwa, na który zupełnie nie zasługują.

***

Nie dziwmy się potem, że nie jesteśmy w stanie wypełnić piętnastotysięcznego stadionu. Bo kim go wypełnić? Człowiek o zdrowych zmysłach przyjdzie na stadion w Lubinie, Gdyni czy innej Niecieczy raz i już na niego nie wróci. Pośmiać się może sprzed telewizora, nie płacąc przy tym za bilet. Nie wymarznie, jakiś Janusz nie będzie mu wrzeszczał, że wyruchał całą rodzinę sędziego, z psem włącznie, a piłkę nożną może obejrzeć kanał dalej, bo akurat leci jakaś transmisja z Wysp, ewentualnie z Półwyspu Iberyjskiego. Kluby same dają do zrozumienia, że fanatyków na stadionach nie potrzebują. W końcu to tylko dodatkowy problem. Natomiast “pikników” na stadion nie są w stanie przyciągnąć, bo nie mają czym, albo sami nie chcą. Kibice są im najwidoczniej niepotrzebni.

Stadionu nie zapełnimy też chorymi godzinami rozgrywanych meczów. 18:00 w piątek, czy w poniedziałek to jest fajna godzina, gdy mecze rozgrywamy w trzeciej lidze, gdzie samochodem przez całe miasto przemieścisz się w dwanaście minut. Widok wchodzących kibiców przez całą pierwszą połowę nie może więc dziwić, skoro droga na stadion wiedzie przez zakorkowane miasto. Inna sprawa, że to, co potem ten spragniony emocji kibic ujrzy na dziurawej murawie zniechęci go do tej wizyty jeszcze bardziej. Może faktycznie mecze ekstraklasy powinno puszczać się po dwudziestej drugiej i tagować odpowiednim kwadratem w czerwonej otoczce. Bo to, czego momentami dokonują piłkarze polskiej ekstraklasy to gwałt na umyśle.

***

Arka jest po prostu słaba. Słaba jest też cała ta liga. Doskonale o tym wiemy. Wiemy też to, że w tej lidze nawet nie trzeba umieć grać w piłkę, żeby rozegrać w niej ponad sto spotkań. Dlatego jedyne, czego jeszcze możemy od piłkarzy oczekiwać to zaangażowanie. Piłkarze coraz częściej kibicom zabierają nawet to. Podobno nie ma piłkarza na świecie, który nie chce wygrać każdego meczu, albo przechodzi obok spotkania. Podobno też gdzieś na świecie żyje Yeti, a według koreańczyków z Północy ich reprezentacja wygrała mundial. Podobno.

 

2 KOMENTARZE

  1. W ubiegłym sezonie przed finałem PP Arka też była w dołku.Bywa.A czy Arka jest słaba?Ograła Legię,Koronę,Wisłę Kraków,Jagę…Przegrywa z ogonami…

SKOMENTUJ WPIS KIBICA

Zostaw swój komentarz
Please enter your name here