Obserwuj nas

Liga Europy

Europejskie puchary. Mokry sen polskiego kibica

Nie wiedzieć czemu czuł, że to jest ten dzień! Właśnie wstał z łóżka. W powietrzu unosił się zapach kawy, a w uszach słyszał hymn Ligi Mistrzów na przemian z hymnem Ligi Europy. Europejskie puchary! Godziny dzieliły jego i wszystkich innych kibiców od największego wydarzenia polskiej piłki klubowej ostatnich lat. W tym gronie był też Piotrek.

Każdego lata zaczynał oglądanie rund kwalifikacyjnych europejskich pucharów z udziałem drużyn z Polski. Zwykle szybko to się kończyło. Druga, maksymalnie trzecia runda i można skupić się na lidze. Wtedy niemal wszyscy sympatycy futbolu znad Wisły czuli wewnętrzne rozczarowanie. Przecież 40-milionowy naród stać na chociaż jedną drużynę w Europie! Zdarzały się wyjątki, ale te sukcesy ciężko było powtórzyć w kolejnych sezonach.

Tym razem miało być inaczej. Tego lata wszyscy pucharowicze zameldowali się w rundzie play-off swoich rozgrywek. Teraz razem musi się udać! – pomyślał Piotrek zwlekając się z łóżka. Czuł ogromne podekscytowanie. Dzień w pracy minie szybko…

Znów to samo…

To oczywiście fikcja. Złośliwi powiedzieliby, że nawet science fiction. Zamiast podekscytowania jest raczej uczucie, które można sprowadzić do popularnej kwestii CJ’a otwierającą grę GTA San Andreas – ”Kurwa! Znów to samo…”, a przecież puchary jeszcze się nawet nie rozpoczęły.

Nie warto opisywać kto z kim zagra i następstw ewentualnych porażek lub zwycięstw. Na ten temat jest już multum wpisów. Nagłówki popularnych portali i gazet sportowych grzmią. Kazachstan już nas wyprzedził! Zaraz zrobią to Azerowie! To skandal w jakim miejscu jest nasza piłka! No właśnie. W jakim? I co w tym dziwnego?

W każdej dziedzinie życia wygrywają ci, którzy lepiej dysponują swoimi zasobami. Nie powinno nas więc dziwić, że przegrywamy rywalizację z klubami lepiej zorganizowanymi bądź bogatszymi lub jedno i drugie. O ile zeszłoroczna wpadka Legii, czy Lecha z Stjarnan nie powinny się zdarzać, to porażki z Astaną, Sheriffem, czy ewentualnie z BATE nadal przeciętnego kibica szokują. Wywołują głębokie uczucie rozgoryczenia. Niektórzy czują się wręcz oszukani. Bardzo modne są wtedy hasła, by zdelegalizować polską piłkę oraz całą kasę, którą piłkarze mają czelność przepierdalać należy poświęcić na kogoś, kto osiąga akurat sukcesy. Mógłby to być nawet Polski Związek Tribambolo, gdyby tylko istniał i osiągnął jakąkolwiek wiktorię.

Szok i niedowierzanie

Nie wiem co jest bardziej zaskakujące. Porażki z lepszymi, czy szok doświadczany przez kibiców. Odpowiedź wydaje się jednoznaczna jednak znajdą się tacy, którzy i tak będą święcie przekonani o potędze polskiej piłki klubowej. Przekonani, że europejskie puchary, to należne nam miejsce. Bez względu na to jak spiszą się w tym sezonie pucharowicze, nie ma co oczekiwać za każdym razem wielkich sukcesów. Za taki trzeba niewątpliwie uznać grę dwóch drużyn w fazie grupowej, choć jedna już jest (a raczej powinna być) powodem do zadowolenia. Pewna jest powtórka w związku ze startem każdego sezonu. Mogą zdarzyć się odchylenia – jak w przypadku Dudelange – w gorszą stronę, ale tak samo mogą zdarzać się miłe niespodzianki.

Kolejnym objawem szoku i rozgoryczenia doświadczanego przez kibiców jest wskazywanie winnych zaistniałej sytuacji. Zaczynając od poszczególnych klubów, a kończąc na ogółach dotyczących całej ligi lub sięgając jeszcze głębiej do piłki amatorskiej. Pojawiają się zarzuty w kierunku PZPN, bo szkolenie złe. Kasy nie ma. Do klubów i samorządów. Bo tamci mają boiska, a my nie. Personalnie do trenerów i zawodników. Bo ja bym lepiej zagrał, czy trenował.

Szukanie winnych

Zaraz po odpadnięciu jednej, czy drugiej drużyny Twitter zaroi się od niezliczonych opinii. Prawie każdy z nas doda coś od siebie. Co najzabawniejsze, większość będzie utrzymana w tonie, że coś podpowiadało taki przebieg zdarzeń, ale jednak spodziewaliśmy się pozytywnego rozwoju wypadków. Jak w popularnym memie z nosaczem, który niby wiedział, ale jednak się łudził. Na końcu śmieszki, że w końcu można skupić się na lidze.

Paradoks całej sytuacji zawsze polega na tym samym wzorcu. Od kibiców po osoby mające faktyczny wpływ na sytuację w klubach. Każdy coś czuje w kościach i doskonale zdaje sobie sprawę z tego co należałoby zrobić. W pewnym momencie następuje jednak gwałtowny zwrot i cały misterny plan… Najlepszym przykładem niech będzie zatrudnianie trenerów ”na lata”, którzy w końcowym rozrachunku nie przepracują nawet sezonu.

Europejskie puchary nam się nie należą

Prócz intuicji jest jeszcze jedna rzecz, która łączy wszystkich. Jest nią megalomania. To ona powoduje, że pomimo wszystkich znaków na niebie i ziemi przeciętny Kowalski spodziewa się poważnej gry w europejskich pucharach, a prezesi klubów potrafią wpisać sobie do budżetu premie z tych rozgrywek mimo, że jeszcze się nawet do nich nie zakwalifikowali. Tutaj upatrywałbym szansy na grę w Europie. W minimalizowaniu tej cechy i skupieniu się na maksymalnym wykorzystaniu potencjału, który niewątpliwie nasza liga posiada.

Problem polega na tym, że wyzbycie się tak wbudowanej w naszą świadomość cechy może graniczyć z cudem. Cechy przez którą spodziewamy się, że europejskie puchary po prostu się nam należą. Niestety zapominamy, że w sporcie nic nikomu się nie należy, a jedynie można coś wywalczyć na boisku. Nie pozostaje nam jako kibicom nic innego jak trzymać kciuki, by w tej i kolejnych edycjach Ligi Europy i Ligi Mistrzów zobaczyć naszych przedstawicieli. Nie zmienia to jednak faktu, że trzeba będzie takie zjawisko przez najbliższe lata traktować jako miłą niespodziankę.

 

Kliknij by skomentować

Zostaw odpowiedź

Twój adres email nie zostanie opublikowany.

Reklama

Musisz zobaczyć

Więcej z Liga Europy