Connect with us

Rozgrywki

Lukas Klemenz: „Muszę przyznać, że nie trenowałem nigdy tak ciężko.”

Parę dni po wznowieniu treningów, Lukas Klemenz odpowiedział na kilka naszych pytań. Obrońca „Białej Gwiazdy” zdradził m.in jak tak naprawdę wyglądają treningi pod wodzą trenera Petera Hyballi oraz co sądzi na temat młodego stopera, Daniela Hoyo-Kowalskiego.

 

Rozmowę przeprowadzili kibice „Białej Gwiazdy”: Sebastian Kuźma i Mateusz Stańczyk

Za Tobą i całą drużyną krótka przerwa świąteczna. Nie możemy zacząć rozmowy inaczej, aniżeli od pytania: jak zdrówko, kondycja i nastawienie? 

W trakcie przerwy świątecznej cały czas trenowaliśmy, mieliśmy może 2 dni bez żadnego treningu. Także jeśli chodzi o kondycję, to cały czas ją podtrzymujemy. Zdrowie dopisuje, nigdy nie narzekałem na urazy. Nastawiamy się pozytywnie, każdy z nas zdaje sobie sprawę, w jakiej części tabeli jesteśmy i chcemy ją jak najszybciej poprawić.

W mediach społecznościowych krążą już legendy na temat intensywności treningów prowadzonych przez trenera Hyballę. Tytułem żartu mówi się, że piłkarze na rozgrzewkę muszą 10 razy przebiec na drugi brzeg Raby i nie wolno przechodzić przez most. A tak na poważnie: czy faktycznie te treningi są wyjątkowo ciężkie, czy może trenowałeś już w swojej karierze tak intensywnie pod wodzą innego szkoleniowca?

Muszę przyznać, że nie trenowałem nigdy tak ciężko. Wróciliśmy do treningów 4 stycznia i od początku mamy po 2 treningi dziennie. Rano najczęściej jest dużo biegania, różnego rodzaju. Przy tym robimy sporo ćwiczeń z piłką, jesteśmy dzieleni na grupy. Przykładowo: jedna grupa ćwiczy rozegranie, a druga biega. Później następuje zmiana. I trener niczego nie odpuszcza. Nawet jeśli mamy być na boisku ponad 2 h, cały czas musimy dawać z siebie wszystko. Popołudniu mamy video, na którym trener pokazuje, co mamy robić w poszczególnych sektorach boiska oraz jak się zachowywać w defensywie i ofensywnie. Na boisku zaś jest taktyka, jest intensywnie, ale trwa to krócej niż na porannych zajęciach.

Jasne, czyli śmiało możemy zaryzykować stwierdzenie, że przynajmniej w Twoim przypadku nie ma – mówiąc kolokwialnie – „tragedii” z wytrzymałością. Ciekawi nas natomiast: czy zanim zostałeś piłkarzem, miałeś zamiłowanie do jakiegoś innego sportu?

Nie ma tragedii. A jeśli chodzi o inne sporty… to żadnego nie lubiłem. Pamiętam, że jak Pan z WF-u kazał nam grać w kosza lub siatkówkę, to już mi się odechciewało. Mógłbym biegać cały dzień za piłką. W sumie od niedawna zacząłem się interesować boksem, ale tego również nie czuję w takim stopniu, jak piłkę nożną.

To w takim razie powiedz nam, proszę, kto był Twoim piłkarskim idolem w dzieciństwie?

Thierry Henry! On był napastnikiem, ja też chciałem być… ale zawsze się mówi, że słabszych technicznie daje się na obronę. Dzięki niemu kibicuję Arsenalowi. Jeden z najlepszych piłkarzy w historii!

Też tak uważamy! A czy brak wyjazdu w tym roku na zgrupowanie zagraniczne do cieplejszego kraju, robi dla Ciebie jakąś różnicę? Na pewno przyjemniej jest trenować w kilkunastu stopniach, aniżeli na lekkim minusie, jak to ma miejsce czasami.

Za każdym razem lecieliśmy do Turcji na obóz zimowy. Powiem szczerze, że te warunki nie są o wiele lepsze niż te, które mamy teraz w Myślenicach. Przez ostatnie dwa obozy w Turcji strasznie wiało i było wiele deszczowych dni. Dodatkowo mając na uwadze sprawy związane z COVID-em… lepiej będzie, jeśli zostaniemy na miejscu, żeby obyło się bez niespodzianek.

Powróćmy na chwilę do spraw z przeszłości. Jak skomentujesz słowa trenera Artura Skowronka, który rekomendował Podbeskidziu Rafała Janickiego słowami, że „to Ty popełniałeś straszne błędy w obronie, a wszystko skupiało się na Rafale”?

Wolałbym się do tych kwestii nie odnosić, robię swoje, ciężko pracuję na szansę od trenera Hyballi i w meczu z Lechem pokazałem, że radzę sobie z zadaniami. Mam trochę jeszcze do udowodnienia.

Jak myślisz, w czym tkwił problem w meczach z Wartą Poznań, Zagłębiem Lubin czy Wisłą Płock, które przegraliśmy, mimo że na papierze wyglądaliśmy na mocniejszą drużynę od rywali?

Myślę, że chodziło tu przede wszystkim o brak pewności siebie. Trener w tych trzech spotkaniach rotował głównie w obronie, a ciężko jest złapać pewność siebie, kiedy co mecz gra ktoś inny. Druga sprawa to przygotowanie fizycznie do meczów, z którym mieliśmy problem. Starczało nam sił na 65 minut spotkania.

Ale rundę zakończyliśmy bardzo pozytywnym akcentem. Zwycięstwo z Lechem na wyjeździe bez straty bramki, w dodatku bez filara defensywy – Michala Frydrycha, było ogromnym zaskoczeniem dla kibiców i niewątpliwie wpłynęło bardzo pozytywnie na ich nastroje. Jak wspominasz tamto spotkanie?

Wspominam je bardzo dobrze! Obrońców zawsze cieszy gra na „0″ z tyłu. Lech miał w tym spotkaniu masę sytuacji, ale z każdej wychodziliśmy obronną ręką. Szczególnie postawa „Liska” uratowała nas od straty bramki. Ciężko na to pracowaliśmy, żeby 3 pkt wróciły do Krakowa. W meczach z Cracovią i Legia byliśmy blisko, ale zabrakło przysłowiowej kropki nad „i”.

Bardzo ważne, że w ostatnim meczu ta kropka została postawiona. Przejdźmy do tematu Daniela Hoyo-Kowalskiego. Jak ocenisz jego rozwój jako starszy i dużo bardziej doświadczony kolega?

Jest bardzo świadomym zawodnikiem. Z Danielem mam bardzo dobry kontakt, czasem się śmiejemy, że jest moim synem. Jakiś czas temu zaczął o siebie bardziej „dbać”. Więcej czasu spędza na siłowni, myśli o tym, żeby dobrze się zregenerować, dba o suplementy. Poza normalnym treningiem w naszym ośrodku pracuje teraz dodatkowo nad swoimi słabościami. To naprawdę jest niesamowite w tych czasach, ponieważ nie każdy młody zawodnik myśli o rozwoju swojego potencjału po treningu. Daniel naprawdę mi imponuje w tym aspekcie. Jestem pewny, że Wisła będzie miała z niego ogromny pożytek.

Takie słowa napawają olbrzymim optymizmem. I na koniec… pytanie o przyszłość. Twój kontrakt wygasa po tym sezonie. Czy trwają rozmowy w sprawie jego przedłużenia?

Mam pół roku na to, aby udowodnić, że jestem wystarczająco dobry, by grać dla Wisły Kraków. Jestem szczęśliwy w Krakowie. Wisła ma niesamowitych kibiców! Na każdym meczu przed pandemią było po kilkanaście tysięcy osób na stadionie. Mimo że były momenty, w których kompletnie nam nie szło, to ludzie i tak przychodzili, dopingowali nas. Dlatego ten klub jest wielki, bo tworzy jedną wielką rodzinę. Jest Socios, które cały czas pomaga… to jest coś naprawdę niesamowitego.

Fot:  Jakub Gruca / 400mm.pl; Materiały prasowe Wisły Kraków 

Co złego to ja.

Click to comment

Leave a Reply

Twój adres email nie zostanie opublikowany.

Advertisement

Musisz zobaczyć

More in Rozgrywki