Connect with us

Rozgrywki

2:0 to niebezpieczny wynik #MinąłWeekend – 7. kolejka

#MinąłWeekend

W czterech spotkaniach drużyna prowadząca 2:0 nie potrafiła dowieźć zwycięstwa do końca, sześć spotkań zakończyło się remisami, a Górnik Łęczna wygrał pierwszy mecz w sezonie – to wszystko wydarzyło się w szalonej 7. kolejce Ekstraklasy. 

Mecz kolejki

Zielono-Czarny comeback

Górnik Łęczna 3:2 Wisła Płock

Podczas przerwy reprezentacyjnej do Górnik Łęczna dołączyło kilku nowych graczy. O dziwo władze Górnika nie pozyskali ani jednego nowego obrońcy, tylko skrzydłowych i środkowych pomocników. Do Zielono-Czarnych dołączyli: Jason Lokilo (ostatnio  Doncaster Rovers), Alex Serrano (ostatnio UE Cornella) oraz z Pogoni wypożyczony został Marcel Wędrychowski. Ponadto przed przerwą na reprezentacje Górnik zakontraktował jeszcze Łukasza Szramowskiego, który w poprzednim sezonie występował w rezerwach Lecha Poznań.

Kamil Kiereś w porównaniu do poprzedniego meczu ze Stalą Mielec dokonał aż siedmiu zmian w pierwszym składzie. Trener Górnika zmienił całą linie obrony i powrócił do gry czwórką z tyłu. Tym razem blok defensywny tworzyli: Leandro, Kamil Pajnowski, Paweł Baranowski i Maciej Orłowski. Swój pierwszy mecz w zielono-czarnych barwach zaliczyli nowi Lokilo i Szramowski, a do pierwszego składu powrócił Damian Gąska. Te roszady w składzie miały dać efekt w postaci pierwszego w tym sezonie zwycięstwa.

Słabo rozpoczęte połowy

Mecz rozpoczął się fatalnie dla gospodarzy. W 14. minucie Mateusz Szwoch zgrał piłkę Damianowi Rasakowi, a ten uderzył mocno po ziemi i odtworzył wynik spotkania.  Wisła mogła podwyższyć prowadzenie w 36. minucie. Wtedy, po uderzeniu Damiana Warchoła piłka obiła się od  Pajnowskiego i przeleciała obok słupka. Zielono-Czarni najlepszą okazję w pierwszej połowie mieli tuż przed przerwą. Bartosz Śpiączka odegrał do Gąski, a ten wbiegł w pole karne i uderzył tuż obok słupka.

Druga połowa ponownie rozpoczęła się bardzo źle dla Dumy Lubelszczyzny. Damian Gąska sfaulował we własnym polu karnym Damiana Warchoła. Sędzia po analizie VAR wskazał na “wapno”. Karnego pewnie wykorzystał Mateusz Szwoch. Było 0:2. Kibice prędzej powiedzieli by wtedy, że to Nafciarze zdobędą kolejne bramki, a Górnik ponownie wysoko przegra. Otóż nie tym razem. W 60. minucie trener Kiereś przeprowadził trzy zmiany. Na boisku zameldowali się: Szymon Drewniak, Sergiej Krykun i Marcel Wędrychowski.

Jak się okazało po wejściu tych trzech zawodników Górnik się przebudził i zaczął grac dobrze w piłkę. Jednak tym razem Górnicy nie tylko grali ładnie, ale również potrafili zdobyć bramki. Kontaktową w 69. minucie. Wtedy to, Maciej Orłowski dośrodkował idealnie na głowę Bartosza Śpiączki, który umieścił piłkę przy słupku. Cztery minuty później było już 2:2. Gąska znakomicie podał prostopadle do Śpiączki. Najlepszy snajper Górnika znalazł się oko w oko z Krzysztofem Kamińskim. Popularny “Śpiona” z zimną krwią wykorzystał tą sytuację i zdobył swoją trzecią bramkę w tym sezonie.

“Poczuli krew”

Podopieczni Kamila Kieresia “poczuli krew” i uwierzyli, że w tym meczu można ugrać coś więcej niż tylko remis. W 80. minucie minimalnie nad poprzeczką uderzył Gąska, lecz na najważniejszą akcję tego meczu kibice musieli poczekać do doliczonego czasu gry. Górnik rozegrał wtedy bardzo ładną akcję. W końcowej jej fazie Alex Serrano podał do Janusza Gola, który przepuścił piłkę Marcelowi Wędrychowskiemu. Młodzieżowiec wypożyczony z Pogoni niewiele myśląc uderzył… i mógł uwierzyć, że zdobył bramkę na wagę pierwszych trzech punktów Górnik Łęczna po powrocie do Ekstraklasy.

Zielono-Czarni wygrali ambicją i wolą walki. Wygrali, bo wreszcie grali ładnie w piłkę i ustrzegli się błędów obronie. Choć przyznam, ze gdy pierwszy raz zobaczyłem kto wystąpi od początku to złapałem się za głowę. Jednakże defensywa Górnika bardzo miło mnie zaskoczyła. Bardzo miło zaskoczyli mnie również Alex Serrano i Marcel Wędrychowski. Myślę, że Duma Lubelszczyzny będzie miała z nich pożytek. Z Wędrychowskiego w przyszłości pożytek może mieć Pogoń i cała polska piłka.

Remis, który nikogo nie satysfakcjonuje

Warta Poznań 0:0 Bruk-Bet Termalica Nieciecza

Dla obu ekip początek tego sezonu nie był najlepszy. Warta w pierwszych sześciu kolejkach wygrała zaledwie jedno spotkanie, Termalice nawet ta szuka się nie udała. Więc ten mecz był bardzo ważny dla obu drużyn.

Lepiej mecz rozpoczęli goście. W 7. minucie Mateusz Grzybek nawinął jednego z obrońców i uderzył z lewej nogi. Adrian Lis odbił piłkę do boku, dopadł do niej Adam Radwański, który dobił strzał Grzybka. Jednak gola nie uznano, bo okazało się, że Radwański był na spalonym. Dziesięć minut później groźnie z dystansu uderzył Bartłomiej Kukułowicz. Lecz ponownie dobrze interweniował Lis. Warta nieco przebudziła się w 23. minucie. Wtedy to, ładnie z rzutu wolnego uderzył Milan Corryn. Tym razem dobrą interwencją popisał się Tomasz Loska. Dziesięć minut przed przerwą znowu było groźnie pod bramką zespołu z Poznania. Po rzucie rożnym piłka odbiła się od jednego z obrońców gospodarzy i leciała w światło bramki. W tej sytuacji Zielonych od straty gola uratował refleks Adriana Lisa, który wybił piłkę za linię końcową.

W dalszej części meczu oba zespoły atakowały. Najgroźniejsze strzały po przerwie kibice zobaczyli w końcówce meczu. W 80. minucie w znakomitej sytuacji znalazł się Radwański, ale jego strzał zdołał obronić Lis. Dziewięć minut później akcje, która mogła dać zwycięstwo przeprowadziła Warta. Nowy nabytek Warty Jayson Papeau podał do Mario Rodrigueza. Ten drugi zdecydował się na strzał, lecz Tomasz Loska zdołał skutecznie interweniować.

Bruk-Bet  miał więcej z gry, za to Warta oddała więcej celnych strzałów. Jednakże żadna ekipa nie zdołała przechylić szali zwycięstwa na swoją korzyść. Obie drużyny nie mogą zadowolone z remisu.

Nie spodziewał się tego “żodyn”, dublet ustrzelił Matej Rodin

Cracovia 2:2 Górnik Zabrze

Wiele zespołów cieszyło się z przerwy na reprezentację. Lecz chyba najmniej cieszyły się Pasy. Cracovia wygrała dwa mecze przed przerwą. Bardziej zadowoleni z przerwy reprezentacyjnej był zadowolony Górnik, który dwa tygodnie temu przegrała derby z Piastem.

Przyjezdni sobotnie spotkanie rozpoczęli w najlepszy z możliwych sposobów – zdobywając bramkę. Nie minęło sześćdziesiąt sekund, a Górnik był już na prowadzeniu. Jesus Jimenez odebrał piłkę w środku pola i pomknął z nią w kierunku bramki rywali, przy okazji mijać zwodami kilku zawodników Cracovii. W końcu Jimenez uderzył i umieścił piłkę w bramce. Gospodarze próbowali odpowiedzieć w 32. minucie. Przed szansą na gola stanął Pelle van Amersfoort, ale uderzył on nieczysto i jego strzał zdołał obronić Grzegorz Sandomierski. Dwie minuty później było już 2:0 dla Górnika. Alsana Manneh znakomicie podał za linię obrony do Piotra Krawczyka. Krawczyk nawinął jednego z obrońców i umieścił piłkę w bramce.

Po przerwie Cracovia rzuciła się do odrabiania strat. Dosłownie chwilę po rozpoczęciu drugiej części gry dobrą okazję, po błędzie obrońcy, miał Sylwester Lusiusz. Jednakże bramkarz Górnika dość ofiarną interwencją uchronił swój zespół od straty gola. Podopieczni Michała Probierza napierali i w końcu zdobyli bramkę. W 84. minucie Sergiu Hanca dośrodkował z rzutu wolnego, a gola głową strzelił Matej Rodin. Dla stopera Cracovii była to pierwsza bramka zdobyta w Ekstraklasie. Jak się okazało, na drugą wcale nie musiał długo czekać, bo tylko do doliczonego czasu gry. Wtedy to ponownie z wolnego dośrodkował Hanca, a piłkę do bramki wpakował Rodin.

Górnik był blisko drugiego wyjazdowego zwycięstwa w tym sezonie, ale wypuścił je dosłownie w ostatniej minucie. Dla Cracovii był to trzeci mecz bez porażki. Chyba machina Michała Probierza zaczyna się rozkręcać.

Jaga nie domaga

Jagiellonia Białystok 1:1 Stal Mielec

Stal w Białymstoku chciała po raz pierwszy w tym sezonie wygrać w delegacji. Za to Jaga szukała trzeciego zwycięstwa w obecnych rozgrywkach.

W sumie mogło wydawać się, że faworytem tego spotkania jest Jagiellonia. No tak było. Lecz nie wystarczy być tylko faworytem, trzeba jeszcze strzelać gole. W sobotnim meczu pierwszą bramkę zdobyli przyjezdni. Krystian Getinger dośrodkował z rzutu rożnego, podanie przedłużył Mateusz Mak, a gola strzelił Jonathan de Amo. Choć trzeba przyznać, że obrońca Stali miał trochę szczęścia, ponieważ piłka po jego strzale odbiła się od słupka i pleców bramkarza i dopiero wpadła do bramki. Na odpowiedź gospodarz trzeba było poczekać do 20. minuty. Duma Podlasia bramkę zdobyła w podobny sposób co Stal. Martin Pospisil dośrodkował z rzutu rożnego, a w polu karnym najwyżej wyskoczył Israel Puerto, który uderzeniem głową doprowadził do wyrównania. W 38. minucie ten sam Puerto popełnił fatalny błąd, który mógł skończyć się golem dla gości. Błędu Puerto nie wykorzystał jednak Mak, który w akcji sam na sam z Pavelsem Steinborsem uderzył obok bramki.

Po przerwie Stal cofnęła się do defensywy. Mielczanie szybko mogli być za to skarceni, bo w 51.minucie dobrą pozycję strzelecką wypracował sobie Jesus Imaz. Lecz Hiszpan w końcowej fazie tej akcji nie zdołał nawet oddać strzału w światło bramki. Jagiellonia miała więcej z gry, stwarzała sytuacje i powinna zdobyć drugą bramkę w 67. minucie. Powinna, ale nie zdobyła, bo Michał Zyro nie trafił z trzech metrów do pustej bramki. Ostatecznie Stal zdołała przetrzymać napór Dumy Podlasia i mecz zakończył się remisem.

Dla Jagiellonii ten remis to rozczarowanie. Jaga spokojnie ten mecz mogła wygrać. Ireneusz Mamrot po meczu był nieźle wkurzony. Był niezadowolony zwłaszcza z pierwszej połowy, w której Jaga zagrała po prostu słabo. Mamrot przyznał ,że po przerwie wyglądało to lepiej, ale zabrakło skuteczności.

Kosztowna pomyłka sędziego

Śląsk Wrocław 1:0 Legia Warszawa

Mecz zapowiadał się bardzo ciekawie. Wrocławianie w tym sezonie jeszcze ie przegrali. Legia po porażce, w kolejce przed przerwa na reprezentację, chciała powrócić na zwycięską ścieżkę.

W pierwszej połowie sobotniego spotkania nie było zbyt wiele sytuacji na których można by zawiesić oko. Przejdę więc od razu do tego co działo się w drugiej części, bo działo się na prawdę wiele. W przerwie na boisku zameldował się pozyskany niedawno przez Legię Lirim Kastrati i to n trochę rozruszał ofensywę Legionistów. Właśnie Kastrati w 48. minucie zacentrował w pole karne Sląska, a tam lekko popychany Mateusz Wieteska zdołał oddać strzał, ale był on niecelny. Dziesięć minut później ponownie dośrodkowywał Kastrati, a tym razem głową uderzał Tomas Pekhart. Uderzenie Czecha było dość niebezpieczne, ale zdołał sobie z nim poradzić Michał Szromnik.

Gospodarze próbowali odpowiedzieć w 79. minucie. Mateusz Praszelik odebrał piłkę na środku boiska i podał do Roberta Picha. Słowacki pomocnik zagrał do wbiegającego w pole karne Bartłomieja Pawłowskiego, który   uderzył ostrego konta i na prawdę mało brakowało, a piłka wylądowała by w bramce. Już po chwili gorąco było pod bramką Śląska. Pekhart miał bardzo dobra okazję, lecz źle przyjął i nie zdołał oddać dobrego strzału. W ostatnich minutach działo się dużo pod obiema bramkami. W 83. minucie bardzo groźny strzał zza pola karnego oddał Erik Exposito. Gdyby nie znakomita interwencja Boruca, to piłka zatrzepotałaby w siatce.

Gramy do gwizdka

Jednak najważniejsza akcja tego meczu dopiero miała nadejść. Była 84. minuta, gospodarze mieli rzut rożny. Piłka została wybita przed pole karne. Przejąć próbował ją Ernest Muci, ale zrobił to tak nieporadnie, że trafiła ona pod nogi Victora Garcii. Sędzia asystent – Marcin Boniek – zagapił się i myśląc, że Garcia jest na spalonym podniósł chorągiewkę do góry. Gdy uświadomił sobie, że piłki do Garcii nie zagrał żaden z graczy Śląska, chorągiewkę opuścił. Lecz było już za późno. Piłkarze Legii stanęli myśląc, że jest spalony, a Garcia bez problemów podbiegł pod bramkę i strzelił gola.

Bramka została uznana, ponieważ została zdobyta prawidłowo. Nie było gwizdka sędziego głównego, a więc gra nie została zatrzymana. Duży błąd w tej sytuacji popełnił sędzia boczny, czyli wymieniony wyżej Marcin Boniek, który omyłkowo podniósł chorągiewkę. Nie bez winy są tez piłkarze Legi, którzy zamiast grać do końca, stanęli. Tak więc, był to błąd,  który zaważył o wyniku. Błąd, którego być nie powinno, ale to tylko ludzie i oni te popełniają błędy. Choć czasami tych błędów jest zbyt wiele.

Legia w doliczonym czasie mogła jeszcze wyrównać, ale Ernest Muci trafił tylko w słupek. Tak więc Legia przegrała drugi mecz z rzędu i niespodziewanie wylądowała w strefie spadkowej. Jednakże Legioniści mają do rozegrania jeszcze dwa zaległe spotkania. Śląsk obecnie za to jest nadal niepokonany i zajmuje obecnie drugie miejsce w tabeli.

Leniwe południe z mocnym zakończeniem

Piast Gliwice 0:1 Zagłębie Lubin

Niedzielne spotkanie o 12:30 mogło okazać się smaczną przystawką do obiadu albo totalnie nietrafionym daniem. Licznie zgromadzeni kibice na stadionie miejskim w Gliwicach liczyli na świetny spektakl zakończony triumfem swoich ulubieńców. Miedziowi mieli zgoła odmienny plan, ponieważ chcieli przełamać serię dwóch porażek z rzędu.

W pierwszej połowie piłkarze nie postarali się o szybsze bicie serca kibiców, nie przeprowadzając za wielu dogodnych sytuacji bramkowych. W drużynie gospodarzy najaktywniejszym zawodnikiem był Patryk Sokołowski. Nawet raz udało mu się trafić w poprzeczkę, ale to by było na tyle…

W drugiej połowie Zagłębie postanowiło zmienić obraz gry. Ale początkowy zapał z każdą minutą słabnął więcej. Prawdziwe emocje zaczęły się w dodatkowym czasie gry. W 7. minucie doliczonego czasu bramkę tuż przy samym słupku strzelił Jewgienij Baszkirow, który pojawił się kilkanaście minut wcześniej na boisku. Piast rozpaczliwie próbował wyrównać stan spotkania. W polu karnym przeciwnika został trafiony Patryk Sokołowski, ale arbiter Wojciech Myc nie dopatrzył się przewinienia.

Zagłębie przełamuje serię dwóch porażek z rzędu i ucieka znad strefy spadkowej, natomiast Piast mimo porażki wciąż jest w kontakcie z czołówką ekstraklasy.

Walka do końca

Wisła Kraków 2:2 Lechia Gdańsk

Tuż przed przerwą reprezentacyjną Wisła zagrała bardzo dobre spotkanie przeciwko Legii Warszawa. Z pewnością dało to jeszcze większej motywacji do dalszej pracy, wiedząc, że pod dowództwem trenera Adriana Guli prezentują przyzwoity poziom. Lechia tracąca tylko punkt do Białej Gwiazdy chciała wykorzystać okazję do przeskoczenia swoich rywali w ligowej tabeli po tym, jak z drużyny odszedł trener Piotr Stokowiec. Jego miejsce zajął Tomasz Kaczmarek.

Wisła od początku meczu ruszyła jak po swoje. Mnogość przeprowadzanych akcji skutkowała wieloma rzutami rożnymi, z których na nieszczęście Wiślaków nic nie wynikło. Lechia skutecznie się broniła. Głównym pomysłem na zagrożenie gospodarzom były kontrataki. I to przyjezdni w 23. minucie wyszli na prowadzenie. Ilkay Durmus trafił piłką po rykoszecie w poprzeczkę.  Następnie futbolówka trafiła pod nogi Jarosława Kubickiego, który pewnie uderzył piłkę głową i zdobył gola.  Wisła nie zmieniła stylu gry i wciąż przeważała. W „nagrodę” dostali gola do szatni. Premierową bramką w ekstraklasie  popisał się Ilkay Durmus po strzale z rzutu różnego.

Gospodarze swoją aktywnością zostali wynagrodzeni dopiero w 72. minucie. Po rzucie rożnym Dora Hugi zgrał piłkę przed pole karne do Michala Frydrycha, gdzie ten mocnym strzałem w światło bramki dał Białej Gwieździe kontaktowego gola. Nadzieja o satysfakcjonującym wyniku mogła zgasnąć w sercach Wiślaków w doliczonym czasie gry, gdzie w ciągu trzech minut Serafin Szota ukarany został dwiema żółtymi kartkami. Ale waleczność piłkarzy Wisły dała im remis i punkt. W 7. minucie doliczonego czasu gry na listę strzelców ponownie wpisał się Michal Frydrych, który pokonał bramkarza gospodarzy uderzeniem głową.

https://twitter.com/_Ekstraklasa_/status/1437071046243491841?s=20

Biała Gwiazda plasuje się na 3. pozycji i w kolejnej kolejce czeka ich wyjazdowe spotkanie z liderem z Poznania. Patrząc na formę obu ekip, możemy spodziewać się świetnego widowiska. Natomiast Lechia z przebiegu całego spotkania może być zadowolona z punktu. Chociaż myśl o tym, że komplet punktów był tak blisko, z pewnością nie pomagała spokojnie zasnąć niedzielnej nocy.

Kolejorz wciąż niepokonany

Raków Częstochowa 2:2 Lech Poznań

Po raz pierwszy w tym sezonie piłkarze Rakowa mieli okazję zaprezentować się przed swoimi kibicami, którzy szczelnie wypełnili stadion. Do tej pory częstochowianie grali na wyjazdach, a mecze w europejskich pucharach w Bielsku-Białej. Idealnie złożyło się, że do Częstochowy przyjechał lider ekstraklasy Lech Poznań. Raków chciał być pierwszą drużyną, która pokona Kolejorza w tym sezonie.

Już na samym początku meczu swojej sytuacji nie wykorzystał Mikael Ishak, głównie przez dobrą interwencję Vladana Kovacevicia. Raków cierpliwie czekał na swój czas. Taki przyszedł już w 13. minucie, kiedy to rzut karny wykorzystał Marcin Cebula. Od tego momentu częstochowianie wydawali się mieć wszystko pod kontrolą. Poza nielicznymi sytuacjami bramkowymi Kolejorz nie potrafił wykreować akcji, którą sfinalizowałby bramką.  Raków naładowany wyszedł także po przerwie. To przyniosło efekt w 48. minucie, gdzie strzał głową oddał Sebastian Musiolik. Początkowo Szymon Marciniak nie uznał bramki, ale po konsultacji z wozem VAR zmienił decyzję. Częstochowianie mieli jeszcze kilka świetnych okazji, ale nie udało się im podwyższyć prowadzenia.

W 57. minucie po świetnej asyście Jakuba Kamińskiego, bramkę kontaktową zdobył Joao Amaral. Lech z każdą minutą zyskiwał na sile. Swoje sytuacje ponownie miał Mikael Ishak i Jakub Kamiński.  To przyniosło efekt w 73. minucie. W polu karnym przewrócony został Jakub Kamiński, a jedenastkę wykorzystał  Mikael Ishak. Po tej bramce gra się jeszcze bardziej otworzyła, ale licznie zgromadzeni kibice nie zobaczyli więcej goli.

Lech Poznań obok Śląska Wrocław wciąż pozostaje niepokonaną drużyną w ekstraklasie i broni pierwszego miejsca w ligowej tabeli. Raków nadal czeka na pierwsze zwycięstwo po odpadnięciu z europejskich pucharów. Jednak styl, jaki prezentuje zespół Marka Papszuna, powinien napawać optymizmem kibiców Rakowa.

Dwa ciosy: na początek i na koniec

Radomiak Radom 1:1 Pogoń Szczecin

Radomiak jest najlepiej prezentującym się beniaminkiem na początku tego sezonu. Kiedy Termalica i Górnik Łęczna obijają się o strefę spadkową,  radomianie przed siódmą kolejką znajdowali się w górnej połowie tabeli. Na swoim stadionie pokonali już Legię, dlatego nikt nie odbierał im marzeń o pokonaniu brązowych medalistów ze Szczecina.

Jednak początek spotkania szybko sprowadził gospodarzy na ziemie. Już w 2. minucie bramkę zdobył Piotr Parzyszek. Wygrał walkę w powietrzu o piłkę po dobrym dośrodkowaniu Luisa Maty, po czym uderzył piłkę głową w światło bramki. Był to jego pierwszy gol po powrocie do ekstraklasy, a co za tym idzie premierowy gol w barwach Portowców.  Pogoń kontrolowała przebieg meczu. Oddała piłkę radomianom, ale umiejętnie pracowała w defensywie.

W drugiej części spotkania nie ujrzeliśmy zbyt wielu klarownych sytuacji. Obraz gry obu ekip zwiastował tylko jeden scenariusz i jedyne  możliwe zakończenie, czyli zwycięstwo gości. Ale potężne uderzenie, które rozpoczęło spotkanie, także je nam zakończyło. W 90. minucie Leandro oddał fenomenalny strzał zza pola karnego, po którym Dante Stipica  był bez szans.

Portowcy po raz kolejny w tym sezonie nie potrafią dowieźć zwycięstwa do końca spotkania, oddając inicjatywę przeciwnikowi. Mimo że Radomiak nie miał wielu klarownych sytuacji, to swoją agresywnością, walecznością zasłużył na punkt. Determinacja pozwalała im wierzyć, że losy spotkania można jeszcze odwrócić.

 

Następna kolejka

GospodarzeGoście
Górnik ŁęcznaLechia Gdańsk
Jagiellonia BiałystokLech Poznań
Stal MielecRadomiak Radom
Warta PoznańZagłębie Lubin
Legia WarszawaRaków Częstochowa
Bruk-Bet Termalica NiecieczaGórnik Zabrze
Śląsk WrocławWisła Płock
Wisła KrakówPogoń Szczecin
Piast GliwiceCracovia

Mecz kolejki: Lech Poznań – Wisła Kraków

Lider po remisie w Częstochowie podejmie u siebie, niepokonaną od trzech spotkań, Wisłę Kraków.

 

Autorzy:

Mateusz Bartoszek

Mateusz Adamczyk 

Pasjonat polskiego sportu, zwłaszcza piłkarskiej Ekstraklasy.

Click to comment

Leave a Reply

Twój adres email nie zostanie opublikowany.

Advertisement

Musisz zobaczyć

More in Rozgrywki