Connect with us

Rozgrywki

#MinąłWeekend – 16. kolejka Ekstraklasy

#MinąłWeekend

Legia wygrała po raz pierwszy od września, Pogoń rozniosła Lechię, a Radomiak wygrał piąty mecz z rzędu – to wszystko wydarzyło się w 16. kolejce Ekstraklasy.

Mecz kolejki

“Grosik” formą imponuje, Pogoń na drugie miejsce wskakuje

Pogoń Szczecin 5:1 Lechia Gdańsk

Obecny trener Lechii – Tomasz Kaczmarek – przed objęciem klubu z Gdańska przez kilka lat był asystentem Kosty Runjaicia w Pogoni Szczecin. Szkoleniowiec Lechii przed meczem mówił, że wie czego spodziewać się po Portowcach. Być może zapomniał przekazać te informacje swoim piłkarzom.

Zacznijmy jednak od początku. Na początku był chaos, a na początku meczu Pogoni z Lechią Dusan Kuciak sfaulował Jeana Carlosa, za co sędzia Piotr Lasyk podyktował rzut karny. “Jedenastkę” na gola zamienił Damian Dąbrowski. Przez następne minuty gospodarze przeważali, ale to goście zdobyli bramkę. W 27. minucie Tomasz Makowski znakomicie podał do Łukasza Zwolińskiego, który bez większych problemów umieścił piłkę w bramce. Chwilę przed golem dla Lechii na boisku pojawił się Kamil Grosicki, który zmienił kontuzjowanego Rafała Kurzawę. Jak się potem okazało właśnie Grosicki został głównym architektem triumfu Portowców. W 36. minucie Grosicki bez problemów ograł Mateusza Żukowskiego i zagrał piłkę do niepilnowanego Luki Zahovicia. Snajper skierował futbolówkę do pustej bramki.

O ile w pierwszej połowie Lechia grała przeciętnie, o tyle po przerwie grała już fatalnie. W drugiej połowie istniała już tylko Pogoń. W 51. minucie Grosicki dośrodkował idealnie na głowę Zahovicia i było już 3:1. Nie minęły trzy minuty, a było już 4:1. Portowcy wzorcowo rozpracowali obronę przyjezdnych. Grosicki podał do Luisa Maty, a on zagrał do Sebastiana Kowalczyka. Pomocnik Pogoni strzelił ładnego gola. Kropkę nad “i” w 69. minucie postawił Michał Kucharczyk. Piłkę dograł mu oczywiście Kamil Grosicki.

Lechia zagrała katastrofalnie i w pełni zasłużenie wygrała. Pogoń potwierdza, że jest w gazie. Portowcy awansowali na drugie miejsce w tabeli.

Obrona na stojąco

Górnik Łęczna 1:2 Górnik Zabrze

Górnik z Łęcznej nie przegrał trzech ostatnich meczów. Za to Górnik z Zabrza tydzień temu wygrał z Legią. Obu drużynom potrzebne są punkty. Tyle, że łęcznianom punkty są potrzebne jak tlen.

Na pierwszą ciekawą akcje nie trzeba było długo czekać. W 3. minucie na strzał z dystansu zdecydował się Robert Dadok, ale dobrze interweniował Maciej Gostomski. Po chwili głową uderzał Krzysztof Kubica, ale ponownie czujny w bramce był Gostomski. Gospodarze odpowiedzieli w 7. minucie. Alex Serrano dośrodkował z rzutu wolnego, piłkę zgrał Tomasz Midzierski, a bramkę zdobył Janusz Gol. Górnik nie prowadził zbyt długo, bo już w 11. minucie przepiękną bramkę zza pola karnego zdobył Lukas Podolski. Trzy minuty później goście mogli być już na prowadzeniu, lecz uderzenie Jesusa Jimeneza zdołał obronić Gostomski.

https://twitter.com/CANALPLUS_SPORT/status/1464561765484830745?s=20

W 21. minucie ponownie zakotłowało się pod bramką Dumy Lubelszczyzny. Z narożnika boiska dośrodkował Janza, a głową uderzał Kubica. Piłka po jego strzale trafiła w poprzeczkę. Pięć minut później, po dłuższej przerwie, dobrą akcję przeprowadzili gospodarze. Leandro podał do Serhija Krykuna. Ukrainiec obrócił się z piłką i oddał strzał. Grzegorz Sandomierski był ustawiony w dobrym miejscu i bez problemów obronił strzał.

Groźniejsze sytuacje stwarzali goście. W 38. minucie zawodnicy z Zabrza mieli dwie znakomite okazje. Za pierwszym razem piłkę, niemalże z linii, wybił Midzierski, za drugim skutecznie interweniował Gostomski. Zielono-Czarni długo odpierali ataki Zabrzan, ale w końcu skapitulowali po raz drugi. Po katastrofalnej postawie defensywy Łęcznian bramkę do szatni zdobył Dadok.

W drugiej połowie bez zmian

Po przerwie przez długi czas na boisku nie działo się zbyt wiele. Około 70. minuty trener Kiereś zdecydował się na zmianę ustawienia. Gospodarze zaczęli grać z trójką z tyłu. Duma Lubelszczyzny była częściej na połowie przeciwnika, ale nie wynikało z tego zbyt wiele. W drugiej połowie kibice nie oglądali już bramek, a więc Górnik Łęczna przegrał dziewiąte spotkanie w tym sezonie.

Przy drugiej bramce dla drużyny z Zabrza obrona Zielono-Czarnych po prostu stała. Dadok wbiegł sobie jakby nigdy nic, a żaden z obrońców nawet nie obejrzał się do tyłu. Dramat. Duma Lubelszczyzny po kilku niezłych spotkaniach, które zremisowała przegrała i to przegrała zasłużenie, bo wiele groźnych sytuacji drużyna z Łęcznej nie stworzyła. Zaczęło się pięknie, a skończyło jak zawsze.

W osłabieniu też da się wygrać

Śląsk Wrocław 2:1 Stal Mielec

Do słabo radzącego sobie ostatnio Śląska przyjechała Stal Mielec, która nie przegrała od września. Słabe wyniki Śląska w poprzednich kolejkach sprawiły, że na trybunach stadionu we Wrocławiu pojawiło się niecałe sześć tysięcy kibiców.

Pierwsza połowa tego widowiska była nudna jak flaki w olejem. Pewnie nie napisałbym o niej ani słowa, gdyby nie końcówka tej połowy. W 42. minucie Konrad Poprawa zatrzymał ręką piłkę. Gdyby nie to zagranie, futbolówka najpewniej trafiłaby do wychodzącego na czystą pozycję Mateusza Maka. Początkowo Poprawa dostał żółtą kartkę, ale po analizie VAR sędzia zmienił decyzję i pokazał piłkarzowi Śląska czerwoną kartkę. Stal na przerwę mogła schodzić nie tylko z przewagą jednego zawodnika, ale również z gole. Bramkę, w ostatniej akcji pierwszej połowy, zdobył Koki Hinokio, jednak okazało się, że przy przyjęciu pomógł sobie ręką i gol nie został uznany.

Po przerwie działo się już więcej i, o dziwo, gospodarze, choć w osłabieniu, grali lepiej niż w pełnym składzie. Na bramki w tym spotkaniu kibice musieli czekać do ostatniego kwadransa. W 77. minucie Mateusz Praszelik uderzył zza pola karnego. Piłka odbiła się od jednego z obrońców i wpadła za kołnierz Rafałowi Strączkowi. Wrocławianie prowadzili tylko przez trzy minuty. W 80. minucie wyrównał Bożidar Czorbadżijski. Remis na tablicy wyników widniał jeszcze krócej. Minutę po bramce Czorbadżijskiego gola dla Śląska strzelił Petr Schwarz. Dla byłego zawodnika Rakowa jest to pierwszy gol w barwach drużyny z Wrocławia.

Stal przegrała po raz pierwszy od września, choć grała całą drugą połowę w przewadze. Czy zawodnicy z Mielca powinni się jakoś szczególnie smucić? Nie. Niech grają w następnych spotkaniach swoje. Przy takiej grze jak w poprzednich spotkaniach, Stal w Ekstraklasie utrzyma się prawie na pewno.

Ciemność, widzę ciemność

Raków Częstochowa – Zagłębie Lubin

Mecz od początku był rozgrywany w szybkim tempie. W 19. minucie strzał Fabio Sturgeona obronił Dominik Hładun. Chwilę po tej interwencji na stadionie w Częstochowie zgasły wszystkie światła. Nie było to zaplanowane, po prostu w całej Częstochowie nastąpiła awaria prądu. Po niecałej godzinie ponownie wrócił prąd, a co za tym idzie na boisko wrócili również piłkarze. W 28. minucie Ben Lederman znakomicie podał do Vladislavsa Gutkovskisa, który znalazł się w sytuacji sam na sam z bramkarzem i skrzętnie ją wykorzystał. Osiem minut później przed szansą stanął Patryk Kun. Najniższy zawodnik Rakowa oddał strzał głową, lecz obronił go Hładun. Po tym jak światło wróciło, defensywa Zagłębia zachowywała się tak, jakby nadal grali w ciemności. Podopieczni Dariusza Żurawia mieli bardzo dużo szczęścia i do przerwy przegrywali tylko 1:0

https://twitter.com/Rakow1921/status/1464685856204234754?s=20

W pierwszej akcji po przerwie Raków podwyższył na 2:0. Gola strzelił Ivi Lopez. W 63. minucie czerwoną kartkę obejrzał Alaksandar Pantić. Wtedy Raków już kompletnie przejął kontrolę.  W 78. minucie Gutkovskis wystawił Lopezowi, a Hiszpan zdobył drugą w tym meczu bramkę. Minutę przed końcem podstawowego czasu gry gospodarze mieli znakomitą okazję na strzelenie czwartego gola. Adam Ratajczyk sfaulował wbiegającego w pole karne Wiktora Długosza. Sędzia podyktował rzut karny, którego na gola zamienił Marko Poletanović.

Ten mecz na pewno przejdzie do historii klubu z Częstochowy i całej Ekstraklasy. Jest to dość niespotykana sytuacja, kiedy momentalnie gasną wszystkie jupitery i na boisku nastaje ciemność. Jeśli chodzi o sam mecz. Raków wygrał wysoko i pokazał, że nie jest w żadnym kryzysie.

Derby dla Kolejorz

Lech Poznań 2:0 Warta Poznań

Derby – zazwyczaj to mecz dwóch znienawidzonych klubów, który ma większe znaczenie niż tylko walka o punkty. Trochę inaczej jest w Poznaniu. W stolicy Wielkopolski obie drużyny mają ze sobą dość dobre stosunki, a kibice nie są do siebie wrogo nastawieni.

W pierwszej połowie Warta dobrze się broniła i nie dała Lechowi dojść do klarownych okazji. Mało tego, Zieloni mogli nawet wyjść na prowadzenie. W 16. minucie z bliska uderzał Jayson Papeau, a po chwili próbował Adam Zrelak, w obu przypadkach górą był Filip Bednarek. Po przerwie Warta opadła trochę z sił, co Lech skrzętnie wykorzystał. W 53. minucie Joel Pereira dośrodkował w pole karne, a niepilnowany Antonio Milić wbił piłkę do bramki. Na drugą bramkę Lecha trzeba było czekać nieco ponad dziesięć minut. Z rzutu wolnego dośrodkował Nika Kwekweskiri, a gola strzelił Mikael Ishak. Kolejorz mógł wygrać wyżej, ale w końcówce Filip Marchwiński z pięciu metrów trafił w poprzeczkę. Warta najlepszą okazję w drugiej połowie miała w doliczonym czasie gry. Mateusz Czyżycki ładnie uderzył z woleja, ale Bednarek wyciągnął się jak struna i obronił jego strzał.

Lech wygrał. Niespodzianki więc nie było. Jednakże Zieloni pokazali się z dobrej strony. Dawid Szulczek powoli wdraża swoje założenia taktyczne. W następnych spotkaniach zobaczymy co z tego wyjdzie.

Śnieg zawitał na boiska Ekstraklasy

Piast Gliwice 2:1 Bruk-Bet Termalica Nieciecza

W spotkaniu otwierającym 16. serię gier po raz pierwszy w tym sezonie na polskich boiskach pojawił się śnieg. Opady białego puchu po części wpłynęły na przebieg meczu. Beniaminek po zwycięstwie i dwóch remisach chciał pójść za ciosem i zdobyć punkty w Gliwicach. Piast przystępował do meczu z Termalicą po dwóch przegranych z rzędu z zespołami ze stolicy Wielkopolski.

Mimo niesprzyjającej aury mecz zaczął się niezwykle ciekawie. Po faulu na Murisie Mesanoviciu do rzutu karnego podszedł Roman Gergel. W 4. minucie Słowak mocno przestrzelił i na pierwszego gola w sezonie będzie musiał jeszcze poczekać. Minutę później beniaminek mógł zostać skarcony po bramce Damiana Kądziora. Na szczęście przyjezdnych po analizie VAR gol został anulowany. W kolejnych minutach przewaga Piasta zaczynała się coraz bardziej zarysowywać. Przed kolejną szansą stanął m.in. Damian Kądzior. W doliczonym czasie gry chwilową dekoncentrację defensywy Piasta wykorzystali niecieczanie. Artem Putivtsev posłał długie podanie spod własnego pola karnego. Piłki nie zdążył przeciąć Jakub Czerwiński, po czym futbolówka po kontakcie z zaśnieżoną murawą nabrała poślizgu. Trafiła pod nogi Murisa Mesanvicia, który w sytuacji sam na sam nie pomylił się i pokonał Frantiska Placha.

Po przerwie gliwiczanie zdeterminowani do zmiany wyniku ruszyli do ataku. Ale to goście mogli podwyższyć prowadzenie. Dogodnej sytuacji nie wykorzystał Kacper Śpiewak. Potem całkowitą inicjatywę przejęli gospodarze. W 52. minucie po uderzeniu głową przez Jakuba Czerwińskiego Piast wyrównał stan spotkania. Po grze przyjezdnych było widać, że będą zadowoleni z choćby punktu. Słoniki skupione na defensywie nie zdołały uchronić się przed stratą bramki. W 71. minucie wynik spotkania ustalił Patryk Sokołowski.  Pierwsze uderzenie zdołał zablokować obrońca,  ale już po drugim strzale 27-latka piłka wpadła do bramki.

https://twitter.com/_Ekstraklasa_/status/1464309942119190528?s=20

Piast zasłużenie pokonał beniaminka i awansował na 8. pozycję. Natomiast Termalica znajduje się tuż nad strefą spadkową, mając jednakową liczbę punktów, co będąca za nimi Legia.

Beniaminek zadziwia

Wisła Kraków 0:1 Radomiak Radom

W ostatnich tygodniach Biała Gwiazda rozczarowuje swoją grą. Przełomem mógł się wydawać wygrany mecz z Cracovią. Jednak po przerwie reprezentacyjnej Wiślanie ulegli na wyjeździe Jagielloni. Na przeciwnym biegunie są radomianie, którzy mogli już zapomnieć, jak smakuje porażka. Niepokonani są od siedmiu spotkań i niespodziewanie znaleźli się tuż za czołówką ekstraklasy. Faworytem tego pojedynku był beniaminek

Udowodnili to w początkowych minutach spotkania. W 2. minucie w polu karnym Białej Gwiazdy faulowany był Karol Angielski. Arbiter Damian Sylwestrzak po wideoweryfikacji wskazał na jedenasty metr.  Karnego wykorzystał sam poszkodowany. Beniaminek nie zamierzał poprzestać na jednej bramce. Jednak kolejne akcje nie kończyły się powodzeniem. Wisła nie potrafiła przejąć inicjatywy. W pierwszej połowie gospodarzy było stać jedynie na jeden celny strzał.

Po przerwie gra bardziej wyrównała się. Przegrywający gospodarze byli zmuszeni, aby zaryzykować. Ponownie nie przekładało się to na celne uderzenia. Radomiak, wyczekując na błędy rywali, koncentrował się na przeszkadzaniu w rozgrywaniu piłki przez Wisłę. W końcówce spotkania niesamowitymi umiejętnościami popisał się bramkarz przyjezdnych Filip Majchrowicz, broniąc z bliskiej odległości uderzenia Wiślaków. Ostatecznie to Radomiak mógł zwyciężyć z dwubramkową przewagą, ale strzał Thabo Cela powędrował w słupek.

Obecnie Radomianie jako jedyni w lidze mogą poszczycić się serią pięciu wygranych z rzędu. Biała Gwiazda natomiast na pięć ostatnich spotkań wygrało tylko jedno. W tym tygodniu Wisła pojedzie do Łodzi, aby powalczyć z Widzewem o awans do ćwierćfinału Pucharu Polski .

Magia twierdzy trwa nadal

Wisła Płock 2:1 Cracovia

Płocka twierdza, mimo że jest modernizowana, to wciąż jest nie do złamania. Nafciarze dwukrotnie zremisowali oraz odnieśli pięć zwycięstw na swoim obiekcie. W niedzielne popołudnie o sile gry Wisły przy Łukasiewicza przekonała się Cracovia. Pasy w pierwszym meczu pod wodzą nowego trenera Jacka Zielińskiego pokonały Rakowa Częstochowę. Dlatego krakowianie liczyli na to, że sforsują także płocką twierdzę.

Płocczanie weszli w spotkanie pewni siebie. Pokonali defensywę Cracovii już w 14. minucie. Piłkę w bocznym sektorze boiska pod polem karnym rywala otrzymał Kristian Vallo, dorzucił ją do niepilnowanego Mateusza Szwocha, który pewnie oddał strzał dający prowadzenie. Kwadrans później to Słowak cieszył się ze zdobytej bramki po silnym uderzeniu z lewej nogi. Kristian Vallo po asyście sprzed tygodnia z Wartą Poznań dokłada bramkę i asystę. W pierwszej połowie Nafciarze byli bezapelacyjnie lepsi.

Po zmianie stron Cracovia wykazała więcej inicjatywy. Na boisku pojawił się m.in. młodzieżowiec Jakub Myszor w miejsce Kamila Pestki. Murawę także opuścił kapitan Pasów  Sergiu Hanca. 19-latek sześć minut później zaliczył asystę. Filip Piszczek wykorzystał dogranie kolegi i bez większych problemów pokonał Krzysztofa Kamińskiego. Cracovia nie zamierzała odpuszczać. Konsekwentnie doprowadzali do sytuacji bramkowych, po których padały celne strzały. W drugiej połowie na koncie Pasów można było zanotować pięć takich uderzeń przy zerowym dorobku gospodarzy, którzy nastawieni byli na utrzymaniu wyniku.

Ostatecznie udało im się dowieźć jednobramkową przewagę do końca spotkania. To już szóste zwycięstwo na swoim stadionie. Natomiast Jacek Zieliński musi jeszcze popracować nad zespołem, aby sytuacje bramkowe przełożyć na gole. Przy Kałuży podejmą Legię Warszawa, a płocczanie pojadą do Mielca na spotkanie z miejscową Stalą.

Przełamanie okupione stratami

Legia Warszawa 1:0 Jagiellonia Białystok

Kolejny mecz ligowy to szansa na przełamanie fatalnej serii przez Legię. Gospodarze musieli radzić sobie bez następnego kontuzjowanego piłkarza Ernesta Muciego. Na szczęście kibiców warszawian do bramki powrócił Artur Boruc. Ostatni mecz króla Artura miał miejsce we wrześniu z Górnikiem Łęczna, kiedy to legioniści po raz ostatni wygrali ligowy mecz. Z pewnością Jagiellonia chciała, aby po niedzielnym spotkaniu seria Legi bez zwycięstwa przedłużyła się.

Zanim mecz się rozwinął, to w 6. minucie Artur Jędrzejczyk doznał kontuzji po zderzeniu z Bojanem Nasticiem. Jego miejsce zajął Mattias Johansson. Gospodarze próbowali kontrolować grę poprzez utrzymywanie się przy piłce. Jagiellonia ustawiła się defensywnie bez żadnego pomysłu, aby zagrozić bramce rywali. Mogła irytować duża nieporadność przyjezdnych przy wyprowadzaniu piłki z własnej połowy, gdzie przy trzecim, czwartym kontakcie tracili piłkę. Legia nie potrafiła tego wykorzystać. Głównie zagrożenie płynęło ze stałych fragmentów gry. To przyniosło efekt w doliczonym czasie gry pierwszej połowy. Po krótkim rozegraniu rzutu rożnego w odpowiednim miejscu znalazł się Mattias Johansson, po zgraniu piłki przez Mahira Emreliego, dał prowadzenie Legii.

https://twitter.com/_Ekstraklasa_/status/1465323662949728261?s=20

Po przerwie Szwed już na boisku się nie pojawił z powodu bólu mięśnia dwugłowego uda. Lindsay Rose wszedł w jego miejsce. Przebieg drugiej połowy był mało atrakcyjny dla widza. Dużo strat, niedokładnych  podań. Jagiellonia próbowała zagrozić rywalom także po stałych fragmentach gry. Raz nawet udało się trafić do bramki, ale sędzia dopatrzył się spalonego. Także gola Tomasa Pekharta nie został uznany. Swoją doskonałą okazję miał Israel Puerto po błędzie Artura Boruca, ale obrońcy wybronili strzał Hiszpana. W ostatniej akcji meczu Kacper Skibicki mógł zaliczyć samobója, ale doskonałą interwencją popisał się wracający po kontuzji golkiper.

Legia zwycięża zasłużenie. Gra pozostawia wiele do życzenia, ale wykorzystali nieporadność przyjezdnych z Podlasia. W drugiej części gry do kontuzjowanego Artura Jędrzejczyka i Mattiasa Johanssona dołączył zmiennik Lindsay Rose, który po zderzeniu z Błażejem Augstynem złamał nos. Mimo że zdobyte trzy punkty wywołały ekspresyjną radość Marka Gołębiewskiego, to musi szkoleniowiec Legii patrzeć w głąb swojej ławki z nadzieją, że jest tam ktoś jeszcze zdrowy, zdolny do gry.

 

Następna kolejka

GospodarzeGoście
Stal MielecGórnik Zabrze
Warta PoznańGórnik Łęczna
Piast GliwicePogoń Szczecin
Lechia GdańskŚląsk Wrocław
Zagłębie LubinLegia Warszawa
Raków CzęstochowaWisła Kraków
CracoviaLech Poznań
Bruk-Bet Termalica NiecieczaJagiellonia Białystok
Radomiak RadomWisła Płock

Mecz kolejki: Lechia Gdańsk – Raków Częstochowa

Lechia po łomocie w Szczecinie będzie chciała wrócić na zwycięską ścieżkę. Za to Raków po wysokim zwycięstwie z Zagłębiem będzie chciał podtrzymać dobrą serię. Mecz bardzo ważny z tego względu, że obie drużyny w tabeli dzieli tylko jeden punkt.

 

Autorzy:

Mateusz Bartoszek

Mateusz Adamczyk

Pasjonat polskiego sportu, zwłaszcza piłkarskiej Ekstraklasy.

Click to comment

Leave a Reply

Twój adres email nie zostanie opublikowany.

Advertisement

Musisz zobaczyć

More in Rozgrywki