
Po 1/32 Pucharu Polski wiemy na pewno, że puchar nie pojedzie do Łodzi. Najpierw Widzew przetarł szlaki do wolnej majówki, w jego ślad poszedł sąsiad – ŁKS. Rycerze Wiosny przegrali w meczu przyjaźni w Tychach.
Łodzianie Winkelriedem kibiców
Gdyby ktoś ludziom mieszkającym w Łodzi w XIX w. powiedział, jak wygląda stan łódzkiej piłki w 2026 r., to by się złapali za głowę. Przede wszystkim dlatego, że futbol był wtedy mało znany na świecie i pewnie nie wiedzieliby, o co chodzi. Po drugie – załamaliby się, że na ,,ziemi obiecanej” może coś się nie rozwijać. 200 lat temu było tylko kilka miast na świecie, które rosły w takim tempie, co Łódź. Jednym z nich było Los Angeles. Tak, to Los Angeles. Teraz obecnej Łodzi do lokacji z Kalifornii tak daleko, jak łódzkim klubom do skutecznej piłki.
W życie kibica z Łodzi – i to bez względu na przynależność klubową – wpisane jest cierpienie. Nie da się logicznie wytłumaczyć, dlaczego rok rocznie fani obu łódzkich klubów dostają tzw. mokrą szmatą w twarz. ŁKS już dobre kilka lat kopie się z koniem w 1. lidze, z której nie może awansować. Widzew – wydał miliony, sprowadził reprezentantów Polski i wagon innych piłkarzy, tylko po to, żeby grać gorzej niż przedtem. Gdyby nie gole tracone w końcówkach ligowych meczów, to teraz kręciłby się wokół europejskich pucharów. Ostatnio dostał kolejnego gonga tuż przed końcowym gwizdkiem w starciu z Lechem.
Człowiek się łudził, że może z Koroną będzie lepiej. Chociaż ostatni raz Łodzianie wygrali z zespołem z Kielc 1 kwietnia 2024. Od tego czasu notowali same porażki. Wygrana była na tyle dawno, że trzeba solidnie rozwinąć listę z meczami bezpośrednimi na Flashscore, żeby się dostać do tego spotkania. A w przyszłości trzeba będzie rozwijać jeszcze bardziej, bo ostatnio Korona wywiozła z Łodzi awans po bezpłciowej grze z obu stron. Widzewowi po raz kolejny zabrakło szczęścia, raz słupek, później spalony, a mogło być pięknie. Nie było. Gdy coś zdarza się raz albo dwa, można powiedzieć – przypadek, jednak gdy Widzewiacy regularnie nie mają boiskowego szczęścia, to oznacza jakąś smutną serię. Straszniejszy od niej jest tylko fakt, że nie wiadomo, jak ten problem rozwiązać.
Nudy w Tychach
Druga strona Łodzi mogła mieć nadzieję na dobry wynik w Tychach ze spadkowiczem z 1. Ligi. Kibiców na stadionie było tylu, że spiker zamiast podawać frekwencję, mógł wyczytywać każdego z obecnych z nazwiska. Chociaż mam świadomość, że GKS zawodzi, 2. liga przy nowoczesnym stadionie czy takich piłkarzach w składzie jak: Kądzior, Łasicki to nieporozumienie. Chociaż – co mecz przyjaźni, to mecz przyjaźni. Warto przyjść. Niemniej – ci, co byli, przez większość spotkania mogli żałować. Po początkowym obiciu poprzeczek z obu stron, nie działo się nic. W 76. minucie na szczęście nad postronnymi widzami zlitował się Damian Kądzior. Skrzydłowy idealnie przymierzył z rzutu wolnego. Dodatkowe pół godziny uczty piłkarskiej w postaci dogrywki mało kto by wytrzymał. Wynik 1:0 utrzymał się do końca spotkania.
Wolna majówka
Grill, kiełbaski, przypieczony chlebek, to się nazywa majówka, a nie jakieś wyjazdy na Stadion Narodowy. Przeważnie, żeby dostać się na finał, trzeba poczekać parę godzin w kolejce, często w słońcu. Niektórych będą przetrzepywać na bramach. Po co to komu? Dodatkowo przed finałem rozgrywa się kilka rund. Mecze w środku tygodnia, na które trzeba się szybko zwalniać z pracy i lecieć na stadion. Znowu: po co ten pośpiech?
I tak w tym całym łódzkim, piłkarskim dramacie należy docenić fakt, że piłkarze uszanowali swoich kibiców i nie dodawali im do życia kolejnych wymienionych problemów.
Kibic. Piłka Nożna: od A-Klasy do Ekstraklasy.
