Rozgrywki
Kolejorz nie przestaje zachwycać! Lechici nie pozostawili złudzeń Śląskowi Wrocław
-

Autor
Antek Malinowski

Śląskowi nie pomogła długa, trwająca blisko trzy tygodnie przerwa reprezentacyjna. Nie pomógł mu atut w postaci gry przed własną publicznością. Nie pomógł mu nawet powrót kapitana, Piotra Samca-Talara, który w ostatnim czasie pauzował z powodu kontuzji nadgarstka. Lech Poznań nie pozostawił Wrocławianom w sobotni wieczór żadnych złudzeń, pewnie zwyciężając 4:1. Dlaczego dla podopiecznych Nielsa Frederiksena nie był to mecz idealny?
Frederiksen dał odpocząć rekonwalescentom
Wyjściowy skład Kolejorza na sobotni mecz ze Śląskiem mógł dziwić, ale czy słusznie? Niels Frederiksen oszczędził zawodników dochodzących do siebie po urazach (Berggrena i Kozubala), zmagającego się w ostatnim czasie z infekcją Patrika Walemarka oraz Luisa Palmę, który do zespołu dołączył dopiero w czwartek. Duet środkowych pomocników stworzyli zatem Radosław Murawski i Filip Jagiełło, a na prawym skrzydle wystąpił nominalny boczny obrońca, Robert Gumny.
Początek spotkania nie ułożył się jednak po myśli aktualnych mistrzów Polski. Pierwsze minuty spotkania przebiegły pod dyktando gospodarzy. Choć wraz z upływem czasu lechici stopniowo przejmowali inicjatywę nad boiskowymi wydarzeniami, nie mieli pomysłu na rozmontowanie wrocławskiej defensywy. Spore pretensje można było mieć zwłaszcza do skrzydłowych, którzy nie tworzyli przewagi w bocznych sektorach boiska.
Swoistym punktem zwrotnym sobotniego meczu były wydarzenia z 24. minuty. Wówczas to Piotr Samiec-Talar kapitalnie wypatrzył wbiegającego w pole karne Lecha Matsenkę, a stoper z Ukrainy zmarnował doskonałą okazję, przegrywając pojedynek sam na sam z Mateuszem Lisem. Sytuacja ta mocno otrzeźwiła przyjezdnych, którzy wrzucili wyższy bieg i już siedem minut później objęli prowadzenie. Pablo Rodriguez miękko dośrodkował piłkę w pole karne, a po zgraniu Mateusza Skrzypczaka piłkę w siatce precyzyjnym strzałem umieścił Filip Jagiełło.
Ostatni kwadrans pierwszej części gry nie przyniósł większych emocji. Lechici nie dali się zaskoczyć i na przerwę udali się z cennym, jednobramkowym prowadzeniem.
Jak trwoga, to do… Pablo Rodrigueza
Korzystny wynik mógł napawać optymizmem przed drugą połową, ale nie dawał Kolejorzowi absolutnie żadnej gwarancji. Po zmianie stron cel był prosty – jak najszybciej podwyższyć prowadzenie. Sztuka ta udała się Poznaniakom już pięć minut po zmianie stron. Joel Pereira dograł do Pablo Rodrigueza, a Hiszpan zdecydował się na strzał lewą nogą zza pola karnego. Futbolówka odbiła się od Mariusza Malca, myląc bramkarza, i zatrzepotała w siatce.
Warto w tym miejscu pochylić się nad piłkarską metamorfozą, jaką na przestrzeni ostatnich miesięcy przeszedł 25-letni pomocnik. Owszem, bardzo przyzwoicie prezentował się już podczas rundy wiosennej ubiegłego sezonu, kiedy to trener Frederiksen postanowił „przerobić” go na ósemkę. Obecnie udowadnia jednak, że z powodzeniem może brać na siebie odpowiedzialność za końcowy wynik i po prostu podejmuje rozsądne decyzje w okolicach bramki przeciwnika. 11 punktów w klasyfikacji kanadyjskiej nie wzięło się przecież z przypadku.
A rola Rodrigueza nie ogranicza się przecież jedynie do goli i asyst – to po jego znakomitej decyzji o zebraniu drugiej piłki, a następnie wejściu w pojedynek z obrońcą Śląska, padł gol dający Kolejorzowi prowadzenie. Obecnie Hiszpan jest – i nie boję się tego powiedzieć – jednym z najlepszych piłkarzy Lecha Poznań i absolutnie kluczowym elementem w układance Frederiksena. Mecz ze Śląskiem jedynie to potwierdził.
Patrik Walemark się nie zatrzymuje
Sytuacja Śląska była zła, a w 60. minucie stała się wręcz dramatyczna. Wówczas to na placu gry zameldował się Patrik Walemark, czyli najlepszy piłkarz biegający obecnie po polskich boiskach. I choć można było mieć wątpliwości, czy po uporaniu się z chorobą będzie zachwycał tam samo, jak przed przerwą reprezentacyjną, Szwed błyskawicznie je rozwiał. Po niecałym kwadransie Szwed miał już na koncie dublet. Na przestrzeni 150 sekund dwukrotnie ośmieszył Mariusza Malca, wpisując się na listę strzelców kolejno w 70. i 73. minucie gry.
Biorąc pod uwagę wszystkie rozgrywki, były piłkarz Feyenoordu może pochwalić się w tym sezonie dorobkiem 10 goli i 5 asyst. W końcówce letniego okna transferowego Lech odrzucił co prawda ofertę za Walemarka opiewającą na 6 milionów euro, jaką złożyła Kopenhaga, ale oczywistym jest, że znajdujący się w życiowej formie Szwed przyciągnie wkrótce uwagę większych klubów, które zaoferują Kolejorzowi zdecydowanie lepsze pieniądze. Kibice klubu ze stolicy Wielkopolski muszą powoli godzić się więc z myślą, że najpóźniej latem przyszłego roku 24-latka już w Poznaniu nie będzie.
Dlaczego nie był to mecz idealny?
Pora zmierzyć się z pytaniem ze wstępu. Lech nie mógł wymarzyć sobie lepszego powrotu po długiej przerwie reprezentacyjnej – odniósł wysokie, przekonujące zwycięstwo na wyjątkowo trudnym dla siebie terenie. Poprawił okazały już dorobek bramkowy (co może mieć znaczenie dla końcowego układu ligowej tabeli) i – co chyba najważniejsze – rozegrał sobotni mecz na swoich zasadach. Trener Frederiksen mógł spokojnie wprowadzić do gry rekonwalescentów, nie przeciążając nadmiernie ich organizmów. Jest to wyjątkowo ważne w obliczu swoistego maratonu spotkań, który czeka lechitów w najbliższych tygodniach.
Sporo do życzenia nadal pozostawia jednak choćby postawa napastników. Yannick Agnero pojawił się na placu gry w 72. minucie, zmarnował dwie stuprocentowe sytuacje, nie wykorzystując podań Walemarka i Kozubala, a w ostatniej akcji meczu podjął absurdalną decyzję o solowym rajdzie zamiast podania do doskonale ustawionego Pablo Rodrigueza. Hiszpan miał zresztą o to do kolegi z zespołu spore pretensje.
Inną niepokojącą kwestią jest kolejny gol stracony po dośrodkowaniu z rzutu rożnego. Kolejorz dwukrotnie dał sobie strzelić gola w ten sposób w wyjazdowym starciu z Górnikiem. Do siatki po centrze z narożnika boiska trafiło również Crystal Palace. Nie inaczej było w starciu ze Śląskiem. Na domiar złego, piłkę w siatce umieścił… najniższy zawodnik na boisku – mierzący 167 cm wzrostu Grzegorz Tomasiewicz. Taka sytuacja po prostu nie ma prawa się wydarzyć, nawet jeśli ma miejsce w 93. minucie gry przy czterobramkowym prowadzeniu. Wiemy przecież, jak ogromny wpływ na obecny futbol mają stałe fragmenty gry.
Pozostaje zatem trzymać kciuki za to, by sztab szkoleniowy Lecha Poznań miał świadomość elementów, które wymagają poprawy – a o to, znając trenera Frederiksena, bym się nie martwił. Sobotni mecz ze Śląskiem był dla mistrzów Polski udanym przetarciem przed czwartkową rywalizacją w Lidze Europy. 15 października Kolejorz powalczy o pierwsze punkty w fazie ligowej, mierząc się na własnym terenie z Bayerem Leverkusen.
Kibic poznańskich klubów, entuzjasta Ekstraklasy, początkujący dziennikarz.
