Rozgrywki
Znowu to zrobili! Lech Poznań wyszarpał zwycięstwo przy Łazienkowskiej
-

Autor
Antek Malinowski

Żadne ze starć Lecha Poznań z Legią Warszawa w ostatnich latach nie elektryzowało kibiców tak bardzo, jak niedzielny klasyk. Obie drużyny znakomicie zaczęły sezon, od samego początku rozgrywek utrzymując się w czubie tabeli. Mecz z aktualnym mistrzem Polski był więc dla niepokonanego w obecnych rozgrywkach zespołu Marka Papszuna swoistym sprawdzianem. I choć legioniści rozegrali naprawdę dobre spotkanie, ostatecznie zmuszeni byli uznać wyższość Kolejorza, który zagrał w stylu… Legii. Mądrze, pragmatycznie, a co najważniejsze – do bólu skutecznie.
Mecz, który zaczął się kilka dni wcześniej
Choć sędzia Szymon Marciniak dał sygnał do rozpoczęcia meczu Legii z Lechem w niedzielę – 25 października, kilka chwil po godzinie 17:30, w rzeczywistości rywalizacja rozpoczęła się na długo przed pierwszym gwizdkiem. Wszystko za sprawą wypowiedzi szkoleniowców obu drużyn – Nielsa Frederiksena i Marka Papszuna. Po czwartkowym starciu z Sunderlandem Duńczyk stwierdził, że zespół z Warszawy czeka w niedzielę niezwykle trudne zadanie. Trener Legii nie zamierzał pozostawać dłużny i dzień później zarzucił Lechowi, że jest zespołem bazującym na indywidualnościach i nie radzi sobie w ważnych meczach, niejednokrotnie wysoko je przegrywając. Choć wypowiedź Papszuna wywołała sporą burzę w przestrzeni medialnej, trzeba przyznać, że bardzo pomogła ona w budowie otoczki wokół całego widowiska. Legioniści pragnęli przełamać się i po sześciu latach wreszcie wygrać z Kolejorzem na własnym terenie. Celem lechitów stało się natomiast utarcie nosa trenerowi, który kilka miesięcy wcześniej przegrał przecież przy Bułgarskiej aż 0:4.
Tuż przed pierwszym gwizdkiem głos ponownie zabrał Niels Frederiksen, żartobliwie rzucając w wywiadzie z reporterem Canal+, że jego zespół niemal co tydzień rozgrywa jakiś ważny mecz, podczas gdy Legia ma taką przyjemność jedynie dwa razy w roku – przy okazji starć z Lechem. Po końcowym gwizdku Duńczyk ponownie wbił szpilkę Papszunowi, zaznaczając, że dla jego drużyny spotkanie z Legią nie było nawet najważniejszym meczem w tym tygodniu, a i tak udało jej się wywieźć z Łazienkowskiej komplet punktów.
Starcie Legii z Lechem zostanie zapamiętane na długo nie tylko ze względu na końcowy wynik, ale również dzięki rywalizacji na linii Papszun – Frederiksen. I możecie się ze mną nie zgodzić, ale takie utarczki słowne tylko zwiększają atrakcyjność widowiska, które odbywa się na zielonej murawie.
Legia grała, Lech strzelał
Szpilki szpilkami, ale najważniejsze jest jednak to, co wydarzyło się na boisku. A pierwsza połowa przebiegła pod dyktando gospodarzy, którzy unieszkodliwili ofensywne atuty Lecha umiejętnie zakładanym pressingiem. Pomimo, że do przerwy Legia mogła pochwalić się posiadaniem piłki wynoszącym aż 64%, zdecydowanie bardziej konkretni pod bramką przeciwnika byli goście. W 16. minucie słupek po strzale z rzutu wolnego obił Leo Bengtsson, a w doliczonym czasie gry Kamil Piątkowski uratował Hindricha, wybijając piłkę z linii bramkowej po uderzeniu Patrika Walemarka. Nie obyło się bez kontrowersji – chwilę przed przerwą grający z żółtą kartką Paweł Wszołek staranował Michała Gurgula, uderzając go barkiem w twarz. Sędzia nie zdecydował się jednak na wyrzucenie legionisty z boiska, a w przerwie doświadczonego wahadłowego zmienił Ruben Vinagre.
Po zmianie stron Lech zagrał zdecydowanie bardziej odważnie, co szybko przyniosło efekt w postaci gola. Patrik Walemark przejął piłkę na własnej połowie i ruszył środkiem boiska. Po pokonaniu dobrych kilkudziesięciu metrów dograł do Leo Bengtssona, a ten wykorzystał poślizgnięcie się Piątkowskiego i przytomnie dograł do Yannicka Agnero. Iworyjczyk, który jeszcze w pierwszej połowie zmienił kontuzjowanego Ishaka, spokojnie umieścił piłkę w siatce, nie dając szans Hindrichowi. Legia mogła odpowiedzieć już po kilku minutach. Po dośrodkowaniu z rzutu rożnego Piątkowski trafił jednak w słupek, powodując jęk zawodu na trybunach. Gospodarze nie byliby jednak sobą, gdyby nie udało im się trafić do siatki po stałym fragmencie gry. Na nieco ponad kwadrans przed końcem spotkania Szczepaniak miękko wrzucił piłkę na głowę Augustyniaka. Rozgrywający znakomite zawody 33-latek wygrał pojedynek powietrzny z dwoma zawodnikami Lecha i zgrał futbolówkę do Viunnyka. Ten pokonał Mateusza Lisa strzałem głową.
Przełamanie w kluczowym momencie
Choć mogło wydawać się, że gol wyrównujący tylko napędzi Legię, w 87. minucie decydujący cios wyprowadzili przyjezdni. Lewą stroną boiska kapitalnie rozpędził się Gurgul, który zdecydował się na oddanie piłki Filipowi Jagielle. Pomocnik zagrał do Daniela Hakansa, a fiński skrzydłowy ograł Fukudę, po czym doskonale obsłużył Luisa Palmę. Honduranin wyprzedził próbującego powstrzymać go Rubena Vinagre’a i umieścił piłkę w siatce po uderzeniu z najbliższej odległości. Dla 26-latka było to dopiero drugie trafienie w obecnych rozgrywkach, a zarazem pierwszy gol od niespełna dwóch miesięcy i wyjazdowej rywalizacji z Widzewem. Trzeba przyznać, że lepszego momentu na przełamanie nie mógł sobie wymarzyć.
Podopieczni Nielsa Frederiksena rozegrali niemal bezbłędną końcówkę spotkania, znakomicie oddalając zagrożenie od własnej bramki i utrzymując się z piłką na połowie rywala. A jednak Legii udało się wyprowadzić jeszcze jeden, ostatni atak. Na 30 sekund przed końcem doliczonego czasu gry Kapustka posłał kapitalne podanie do Fukudy, ten wstrzelił piłkę w pole karne, a po ofiarnej interwencji Skrzypczaka spadła ona pod nogi Damiana Szymańskiego. Mistrzów Polski przed utratą gola (i cennego kompletu punktów) uratował jednak Mateusz Lis, przenosząc futbolówkę ponad poprzeczką. 29-letni golkiper rozegrał znakomite spotkanie i bez dwóch zdań zasłużył na miano jednego z bohaterów Kolejorza. A spektakularna interwencja z doliczonego czasu gry z pewnością pozostanie w pamięci wielu kibiców poznańskiego klubu, którzy zdążyli postawić już krzyżyk na następcy Bartosza Mrozka.
Jednym słowem – satysfakcja
Myśląc o tym, jak możliwie najkrócej opisać odczucia lechitów po zwycięstwie w Warszawie, na myśl od razu nasuwa mi się jedno słowo – satysfakcja. Kolejorz przyjechał do stolicy trzy dni po niezwykle wymagającym pod kątem fizycznym starciu z Sunderlandem, zagrał wyraźnie poniżej swoich możliwości ze znakomicie przygotowanym rywalem i… wygrał. Mistrzowie Polski byli w niedzielny wieczór pragmatyczni aż do przesady, ale co najważniejsze – nie zawiodła ich skuteczność. Dość powiedzieć, że po przerwie oddali zaledwie cztery strzały na bramkę Legii. Dwa z nich znalazły drogę do siatki.
Co więcej, o zwycięstwie przesądzili zawodnicy, którzy w ostatnim czasie byli mocno krytykowani za swoją postawę boiskową – Yannick Agnero i Luis Palma. Fantastyczny mecz rozegrał również golkiper Lecha, Mateusz Lis, który wciąż nie przekonał do siebie większości kibiców. W kluczowym momencie wspomniani piłkarze stanęli na wysokości zadania, udowadniając, że można na nich liczyć.
Kolejorz notuje najlepszy początek rozgrywek w całej swojej historii – i to pomimo faktu, że od początku lipca zdążył rozegrać już ponad 20 spotkań o stawkę, a więc niemal dwa razy więcej niż zdecydowana większość drużyn rywalizujących w Ekstraklasie. Bilans 9-1-1, 28 punktów i średnia 2.55 na mecz – to wszystko po prostu musi robić ogromne wrażenie. Lech nie był tak dobry ani w poprzednim sezonie, ani dwa sezony temu. I to właśnie ciągły rozwój pod skrzydłami trenera Nielsa Frederiksena sprawia, że fani klubu ze stolicy Wielkopolski mogą patrzeć w przyszłość z niepohamowanym optymizmem.
Kibic poznańskich klubów, entuzjasta Ekstraklasy, początkujący dziennikarz.