
Wyniki sportowe to nie wszystko. W budowaniu strategii klubu piłkarskiego mają oczywiście wielkie znaczenie, ale nie muszą być decydujące. Nie muszą, kiedy oprócz nich masz do zaoferowania coś więcej. Coś, o czym kibic po wyjściu ze stadionu, będzie mógł pogadać w pracy czy z kumplami.
Oczywiście łatwo mi jest z boku oceniać końcowe efekty, nie znając całej opowieści, całego procesu, którego nie widać na co dzień. Tylko w tym miejscu nasuwa się pytanie, czy klient wchodzący do sklepu z… krawatami powinien kupować produkt niedokończony tylko dlatego iż producent, mimo wielkiego wysiłku i starań, gdzieś po drodze o czymś zapomniał?
Prawie, to jednak za mało
Właśnie tak dzisiaj grało Zagłębie. Owszem, starali się. Owszem, szukali różnych rozwiązań. I przyznać uczciwie trzeba, że mimo iż Kelemen nie miał wybitnie dużo pracy – szczególnie do karnego dla Zagłębia – Jaga była w opałach i wszystko wskazywało na to iż worek z bramkami rozwiąże się ku uciesze gospodarzy.
Tylko, że to wszystko było za mało. Co innego jest atakować, czy jak zwykli mawiać piłkarze i trenerzy, prowadzić grę, a zupełnie czymś innym jest porywać tłumy i stwarzać widowisko.
Jagiellonia zaś, co dało się wyczytać między wierszami na konferencji po meczu, przyjechała dziś do Lubina z myślą, aby przede wszystkim grać ekonomicznie i uniknąć jakichkolwiek urazów. W dodatku nastroje na Podlasiu są takie, iż póki są Puchary, w lidze potknięcia drużynie będą wybaczane (pisaliśmy o tym tutaj)
Chcieć, to nie zawsze móc
Mam wrażenie, że „chcieć” to słowo klucz do zrozumienia, co się obecnie dzieje w Zagłębiu. Klub chce stawiać na młodzież, ale starszyzna drużyny chyba tego nie kupuje. Mariusz Lewandowski chce odcisnąć swoje piętno na zespole, ale póki co dominuje chaos (bardzo niezrozumiała rotacja składem). Wreszcie zespół chce zrobić z własnego boiska twierdzę, ale jego gra defensywna to pasmo nieustających pomyłek.
„Kontrolowaliśmy cały mecz, byliśmy zespołem lepszym, graliśmy w piłkę. A tu dwa prezenty z czego jeden to bramka samobójcza” – powie chwilę po spotkaniu Maciej Dąbrowski
Chcąc jednak wygrać, bramki trzeba też strzelać, a tu Zagłębie ostatnio jest jak człowiek, który dopiero co kupił nowe mieszkanie, w fajnym miejscu, ale chwile po przeprowadzce na parterze otwarto czynny całą dobę kebab. Wszystko niby zrobił dobrze a i tak miał niefart.
Filip Jagiełło: „Sytuacje mamy, tylko ich nie wykorzystujemy. Tracimy potem przypadkowo gola i robi się smród. Może gdybyśmy wykorzystali tego karnego byłoby inaczej. A tak w II połowie było już gonienie za wynikiem i w meczu, który moim zdaniem był do wygrania, nie ugraliśmy nawet remisu”
Na pół gwizdka
Sport jednak ma to do siebie, że nie wszystko da się przewidzieć, zaplanować. To, co zaplanować jednak już można z łatwością, to cała otoczka meczu, która ma sprawić iż ewentualne niepowodzenie piłkarzy nie będzie rzutowało na cały produkt pod tytułem „Dzień meczowy”.
Niestety w Lubinie w tej kwestii nadal wszystko jest na pół gwizdka. Bo gdyby zrobić listę i wykreślać z niej rzeczy, które są dostępne, na papierze wyjdzie, że wszystko jest w jak najlepszym porządku. Gdy się jednak przyjrzeć widać, że wszystko jest na pół gwizdka.
Catering, który – jak udowadnia się na całym świecie – mógłby być solidnym źródłem dochodów, w Lubinie jest obiektem drwin i żartów. Tak jak jego oferta i jakość. Wiedzą o tym wszyscy, no może poza prezesem, który po meczu na utyskiwania kibiców odpowiadał z dozą pewnego zaskoczenia.
Strefa kibiców, która miała przed tym meczem swój debiut. Miało być miejsce zabawy dla dzieci oraz spotkania dla dorosłych, a skończyło się na… zresztą zobaczcie sami.

W Lubinie chyba nie wierzono, że ten pomysł ma szansę wypalić, więc zrobiono znów coś na tytułowe „pół gwizdka”. Owszem, poinformowano kibiców o tym z wyprzedzeniem. Owszem, zaproszono ich na stadion dużo wcześniej przed meczem, ale jak w tej „strefie” chciano zmieścić kilka tysięcy ludzi, nie mam pojęcia.
Błędów nie robi tylko ten…
Jest więc o czym myśleć. Mariusz Lewandowski chyba powoli zaczyna rozumieć, że jego dotychczasowa polityka nie do końca się sprawdza. Szczególnie, że musiał odpowiadać na powtarzające się sprzed dwóch tygodni pytania. Teraz trener będzie musiał udowodnić, że ma nad drużyną pełną kontrolę. Nie tylko kibicom, ale chyba przede wszystkim piłkarzom, bo pojawiają się pewne oznaki kłopotów. Wciąż jednak ma do dyspozycji kilka wariantów, więc trzeba liczyć, że trafnie zdiagnozuje problem. Pierwsze derbowe mecze niebawem, a ciśnienie będzie tylko rosło.
Liczę też, że głosy kibiców trafią na grunt zrozumienia ze strony właściciela oraz włodarzy klubu i będą oni umieli udowodnić, że wyciąganie wniosków i pełne otwarcie na kibiców nie są jedynie pięknymi słowami, a są poparte czymś więcej.