Obserwuj nas

1. liga

Jerzy Brzęczek. Osąd “bohatera”

Wśród szerokiej wiślackiej społeczności dominują ostatnio głosy domagające się zwolnienia Jerzego Brzęczka z funkcji trenera (dyrektora sportowego? Szefa skautów? Może po prostu zwolnienia). Aby jednak wydać swoisty “wyrok” na byłego selekcjonera, potrzebne są dowody, a te będą dotyczyć wielu aspektów funkcjonowania klubu. Przyjrzyjmy się zatem z szerszej perspektywy temu, jaki wpływ na ekipę z Reymonta miał i ma 51-letni szkoleniowiec.

Plusy, czyli “szału nie ma”

Tak kibice, jak i eksperci zgodni są co do jednego – kadra Wisły Kraków jest na tyle dobra, że jest zdolna powalczyć o awans do Ekstraklasy. Trzeba uczciwie przyznać, że za jej budowę odpowiadał w stu procentach właśnie Jerzy Brzęczek. Gdyby nie jego działania, w klubie nie byłoby takich zawodników jak Michał Żyro, Igor Łasicki czy Angel Rodado. Ci dwaj ostatni zresztą mieli poważne oferty z klubów Ekstraklasy, co dodatkowo podkreśla umiejętność Brzęczka dotarcia do piłkarzy i nakreślenia im roli w zespole. Przynajmniej w procesie negocjacyjnym.

Trzeba też uczciwie przyznać, że obecnemu trenerowi Białej Gwiazdy udało się wyjątkowo dobrze ugasić pożar spowodowany spadkiem i gęstą atmosferą w klubie w okresie przygotowawczym. O tym w większości pisałem ostatnio. Na początku sezonu Wisła, mimo wielu trudności, świetnie punktowała i nawet jej rywale przyznawali, że jej miejsce jest w najwyższej klasie rozgrywkowej. To nie wzięło się znikąd.

Co zbudował, to zburzył

Głównym problemem Jerzego Brzęczka jest fakt, że przy obu powyższych “plusikach” trzeba dopisać kilka “ale”. Ale po kolei.

Tak, kadra jest utrzymana na wystarczająco dobrym pierwszoligowym poziomie. Jednak trener Wiślaków zdecydował ją – całkiem świadomie, akceptując ryzyko – osłabić. Adi Mehremić stał się bowiem dla niego zbędnym luksusem, a tymczasem od odejścia bośniackiego obrońcy kontuzję złapał Joseph Colley oraz – w ostatnim meczu z Ruchem – Igor Łasicki. I chociaż klubowy komunikat mówi, że kapitan Wisły powinien wrócić po przerwie reprezentacyjnej, to wszyscy zdajemy sobie sprawę z tego, jak niewiele wspólnego z rzeczywistością mają często takie przekazy.

Dora Hugiego już zostawię w spokoju – powiem tylko tyle, że to nie jedyny przykład fatalnego zarządzania kadrą.

Aniołek, który namieszał

Mam tu na myśli Angela Rodado. Rzecz jasna to świetnie, że piłkarz o takich umiejętnościach trafił pod Wawel, jednak w mojej opinii transfer ten został fatalnie przeprowadzony pod względem prowadzenia drużyny. Do momentu przyjścia Hiszpana Wisła była liderem zaplecza Ekstraklasy, miała najlepszy bilans bramek (10-4), jeden z najlepszych ataków w lidze – 12 goli strzeliła wtedy tylko Termalica (przy 8 straconych). Taką samą skutecznością mogły się pochwalić ŁKS Łódź (6 goli straconych) czy Stal Rzeszów (11 goli straconych) i najlepszą defensywę. Takie wyniki przecież automatycznie budują pewność siebie zawodników. Sprawiają, że czują się ważni nie tylko dla kibiców, ale też dla trenera. A ten co robi? Nie dość, że przez cały okres przygotowawczy mówi o przyjściu tego “jednego, wybranego”, tematem żyją media i wiślacka społeczność, to jeszcze jego transfer jest ogłaszany publicznie na stadionie przed meczem i wielokrotnie przypominany w mediach społecznościowych.

Czy przyjście jakiegokolwiek innego Wiślaka było równie mocno napompowane? “Jesteście równie ważni co on” – mówił Brzęczek do drużyny, przedstawiając im Rodado po meczu ze Skrą. “Nie wydaje mi się” – nie zdziwiłbym się, gdyby w ten sposób pomyślała zdecydowana większość ekipy z R22.

Jerzy Brzęczek mógł przecież zupełnie w inny sposób poprowadzić ten transfer. Powiedzieć na samym początku: “tak, szukamy napastnika, aby zwiększyć rywalizację w ataku. Jestem też przekonany do jakości zawodników, którzy mogą wystąpić na “dziewiątce” – mamy przecież Michała Żyro czy Louisa Fernandeza”. Oczywiście taki przekaz byłby zdecydowanie mniej medialny, słabiej by się klikał, ale przynajmniej nie zachwiałby równowagą w zespole.

Ofiara Aniołka

Warto też dodać, że “ofiarą” transferu byłego zawodnika UD Ibiza stał się poniekąd właśnie Michał Żyro. 29-latek tylko w pierwszym spotkaniu z Sandecją został wystawiony na skrzydle, a w pozostałych sześciu meczach – do przyjścia Rodado – był nominalną “dziewiątką” i prezentował się co najmniej przyzwoicie, strzelając dwa gole i notując jedną asystę w sześciu spotkaniach. Do tego można doliczyć też trafienie w meczu z Ruchem, gdy był rozgrywającym.

Można zatem założyć, że wychowanek warszawskiej Legii zdecydowanie lepiej odnajduje się w środku pola lub na szpicy, gdzie nie musi wykazywać się szybkością i zwrotnością, a ważniejsza jest umiejętność odpowiedniego zastawienia się czy technika. Na boku pomocy, gdy grywał tam już w pozostałych spotkaniach, brakowało mu już dynamiki i odpowiedniego tempa. Problem w tym, to jedyna dla niego w miarę “wolna” pozycja. Na “10” nominalnie grają przecież Fernandez i Duda, a “9” zarezerwowana jest dla niedawno pozyskanego Hiszpana.

Już nie zwycięzcy

Dużą zmianę widać też niestety w mentalności nie tylko zawodników, ale też trenera. Gdy Wisła wygrywała, na konferencjach przedmeczowych często padała wypowiedź “celem jest zwycięstwo”. Tymczasem po meczu z Ruchem usłyszeliśmy – nie tylko z ust Brzęczka, ale też Mateusza Młyńskiego – że “ten punkt trzeba szanować”.

Punkt. W meczu z beniaminkiem pierwszej ligi. U siebie. Przy komplecie publiczności. Szanować. Mhm.

Przypomina mi to niestety podobną sytuację z poprzedniego sezonu, gdy Wisła pojechała na mecz ze Śląskiem Wrocław. Już wtedy sytuacja w tabeli była wyjątkowo napięta. Biała Gwiazda potrzebowała nie tyle punktów, co zwycięstw, aby się mentalnie podbudować i poczuć, że kwestia utrzymania w lidze zależy tylko od niej samej. Tymczasem były selekcjoner po bezbramkowym remisie – w którym nie brakowało dogodnych okazji do zdobycia bramki – też mówił o “szanowaniu punktu” i wydawał się być zadowolony z wyniku. Jak to się skończyło, wszyscy wiemy.

Brzęczek out?

W mojej opinii Jerzy Brzęczek nie powinien być już szkoleniowcem ekipy spod Wawelu. Być może jego kompetencje pozwoliłyby mu zostać dobrym dyrektorem sportowym – wszak sprowadził zawodników pozwalających na osiągnięcie celu na ten sezon – ale… nie teraz. I nie w Wiśle Kraków. Trudno mi bowiem wyobrazić sobie, że potrafiłby wyjść z roli trenera, nie wtrącać się w metody szkoleniowe innego opiekuna Wiślaków i wręcz nawiązać z nim odpowiedni kontakt.

Podobnie też trudno wyobrazić mi sobie zwykły klubowy komunikat o rozwiązaniu umowy. Widzicie to? “Jerzy Brzęczek nie jest już trenerem piłkarzy Wisły Kraków. Dziękujemy za wszystko i życzymy powodzenia w dalszej karierze!”. Ja nie. Już nie mówiąc o tym, w jaki sposób ta decyzja miałaby mu być przekazana przez szefostwo 13-krotnego Mistrza Polski.

Najrozsądniejszą decyzją byłaby ta o złożeniu dymisji po głębszej refleksji. Czy to jednak możliwe? Skoro  kiedyś nawet sam Michał Probierz tak zrobił (chociaż nieskutecznie), to pozostaje wierzyć.

Sympatyk Wisły Kraków z Cieszyna na pograniczu polsko-czeskim. Na co dzień dziennikarz lokalnego portalu informacyjnego.

Skomentuj

Leave a Reply

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

Advertisement

Musisz zobaczyć

Zobacz więcej 1. liga