Obserwuj nas

1. liga

Wymarzone wejście w wiosnę, czyli Lechia – Zagłębie Sosnowiec 4:0

Czy Lechia Gdańsk wygrała mecz z czterobramkową przewagą? Tak. Czyli zagrała dwie bardzo dobre połowy? No nie. Tydzień temu w Bielsku-Białej Lechiści zagrali fatalną pierwszą połowę, natomiast energiczna i dosyć nerwowa przemowa Szymona Grabowskiego w przerwie odmieniła drużynę, co poskutkowało wygraną. W następnej kolejce przeciwko Zagłębiu Sosnowiec piłkarze do szatni schodzili prowadząc jednym golem. Było natomiast wiele aspektów do poprawy. Znów więc można zadać sobie pytanie: co takiego wydarzyło się w szatni? Gdańszczanie wrócili na boisko, a 1:0 zamienili na 4:0. Sprawia to, że Lechiści na dłużej zajmą fotel lidera. Jak wyglądał mecz? Co można powiedzieć o rundzie wiosennej w Gdańsku po pięciu kolejkach?

Festiwal niedokładności

Plan Lechii na ten mecz był taki sam, jak na każdy inny. Celem było od pierwszego gwizdka arbitra ruszyć do ataku i pozbawić przeciwnika gry z piłką. Już na samym początku podanie w pole karne posłał Miłosz Kałahur. Wówczas nie znalazł się nikt, aby domknąć zagranie od lewego defensora. Chwilkę później z bliskiej odległości przymierzył Andrei Chindris, lecz futbolówka minęła się z bramką. Z czasem gra zwalniała. Na placu gry mogliśmy zaobserwować idealny przykład znaczenia słowa „niedokładność”. Deprecjonowanie przeciwnika nie jest czymś dobrym, natomiast trzeba wymagać znacznie więcej od lidera, gdy ten mierzy się z zespołem walczącym o utrzymanie. Lechia próbowała przedostać się pod pole karne rywala i choć co kilka minut udawało się tego dokonać, to nie było to wystarczające do zmiany wyniku.

Jeżeli nie liczymy pucharowego starcia przeciwko Wiśle Kraków pod koniec września, to ostatnia jedenastka podyktowana dla Lechii miała miejsce 22 lipca. W pierwszej kolejce 1. ligi. Gdańszczanie na inaugurację wiosny ograli Chrobrego Głogów, a dwie z czterech zdobytych bramek padły właśnie z rzutów karnych. Później długo, długo nic. Aż do 24. kolejki. Sędzia Piotr Rzucidło wskazał na wapno w okolicach 26. minuty meczu. Ostatecznie szansa na danie gospodarzom prowadzenia powierzona została Tomaszowi Neugebauerowi. Ołeksij Szewczenko wyczuł zamiary pomocnika Lechii, ale nie zmieniło to faktu, że lechista pewnie umieścił piłkę w bramce. Dzięki temu 20-latek po raz szósty wpisał się na listę strzelców w obecnym sezonie.

https://twitter.com/_1liga_/status/1768691909608808638

– Duże gratulacje, podziękowania dla moich zawodników i naszych kibiców. Razem stworzyliśmy bardzo fajne widowisko i zasłużyliśmy na wygraną – powiedział po meczu trener Lechii Gdańsk, Szymon Grabowski.

Wady? Do nich z pewnością należy zaliczyć występ Tomasa Bobcka. Słowak spokojnie mógł uzbierać dzisiaj co najmniej dwa trafienia. Sytuacji miał wiele, lecz żadnej z nich nie wykorzystał. Boisko opuścił w 70. minucie spotkania. Kibice zaś postanowili okazać mu wsparcie poprzez skandowanie jego nazwiska, gdy zawodnicy poszli podziękować za doping. Na Polsat Plus Arenie było głośno, aczkolwiek zdaje się, że mogło być jeszcze głośniej. Kilkanaście godzin przed początkiem meczu spekulowało się, że będą osoby, które ostatecznie odbiją się od stadionowych kas. Impreza została zarejestrowana na około 8 tysięcy osób. Dostępne na stronie internetowej bilety zostały wyprzedane, zatem jedyną szansą, aby wejść na stadion, był zakup wejściówki bezpośrednio. W przerwie starcia dostaliśmy informację, że z perspektywy trybun spotkanie obserwuje 8432 osoby.

Lepsza połowa

Przemowa trenera Grabowskiego w Bielsku-Białej, która miała miejsce tydzień temu nie była zbyt przyjemna. Piłkarze do szatni schodzili przegrywając, co było sporym zaskoczeniem. Późniejsze kulisy opublikowane przez klub ujawniły nam urywki z tego, co działo się w przerwie. Była złość, było głośno, było także wulgarnie. Ale jak widać, podziałało to na drużynę, która wówczas zgarnęła trzy punkty. Oglądając pierwszą część meczu z Zagłębiem, można szacować, że szkoleniowiec Biało-Zielonych po raz kolejny nie patyczkował się między połowami.

– Każda przemowa w szatni jest płomienna. Wszyscy podchodzimy bardzo emocjonalnie do tego projektu i tego klubu. Wiemy, ile kibiców za nami stoi – stwierdził na konferencji pomeczowej Szymon Grabowski.

Widoczne momentalnie były tego efekty. Zawodnicy wrócili na murawę, a już w 50. minucie Camilo Mena pokonał golkipera gości. Kolumbijczyk otrzymał podanie od Tomasa Bobcka, po czym wbiegł z futbolówką w pole karne i przymierzył w kierunku długiego słupka. Tą akcją zawodnik Lechii udowodnił również, że cechuje się dobrym panowaniem nad piłką, bowiem przeciwników na jego drodze nie brakowało. Dziewięć minut później trafienie samobójcze zanotował William Remy. Można powiedzieć, że było ono bardzo ładne. Po dośrodkowaniu Bobcka piłka trafiła nie na głowę któregoś z kolegów, a na francuskiego stopera. Remy zaś zamiast wybić futbolówkę, to uderzył w okienko.

Zagłębie zwyczajnie nie istniało. Nie stawiało absolutnie żadnego oporu Lechistom, którzy zwyczajnie zagrali o wiele lepiej, niż przez pierwsze 45 minut. Kopnąć leżącego po raz ostatni postanowił Łukasz Zjawiński. Z bocznej strefy boiska pod pole karne ruszył Dawid Bugaj, który następnie dograł do 22-latka, a ten strzałem głową pokonał Szewczenkę. Bez zawahania można więc stwierdzić, że druga połowa była znacznie lepsza od pierwszej. Gra gdańszczan była bardziej precyzyjna oraz bardziej efektowna. Czego zabrakło? Znów skuteczności. Nie pierwszy raz ma miejsce sytuacja, w której mecz mógł zakończyć się wynikiem 7:0, gdyby napastnicy wykonali swoje zadanie. Podobnie było chociażby w meczu przeciwko Resovii. Lechia czterema bramkami pokonała także rzeszowian, ale był ogromny potencjał na jeszcze większą przewagę.

Co zaś sprawiło, że sosnowiczanie nie mieli swojego dnia? Aleksandr Chackiewicz, czyli trener Zagłębia tłumaczy się, że niektórych z jego zawodników mogła przytłoczyć… wielkość stadionu. To nie żart.

– Niektórych moich piłkarzy przytłoczył stadion. Przez pierwsze 15 minut nie wiedzieliśmy, co robić na boisku. Potem gra się wyrównała, potrafiliśmy przenieść piłkę na połowę Lechii – wyznał po meczu Chackiewicz.

Coraz lepszy Mena

Po rundzie jesiennej Camilo Menę określano jako możliwy niewypał transferowy. 21-latek do Gdańska zawitał z łotewskiej Valmiery, a po debiucie przeciwko Zniczowi Pruszków w 2. kolejce, oczekiwania były coraz wyższe. Kolumbijczyk notował regularne występy, ale jedynie pojedyncze sytuacje w kilku z tych spotkań zasługiwały na pochwałę. Sam Mena więc miał nad czym pracować w okresie zimowym. Jesienią sprawiał wrażenie jeźdźca bez głowy. Poza wykazywaniem się szybkością, jego gra nie była nawet blisko efektywnej.

Jak widać, pracy było sporo także i w jego przypadku, gdy mówimy o przerwie między jesienią a wiosną. Od 17 lutego Biało-Zieloni rozegrali pięć spotkań, a Mena w tym okresie uzbierał trzy gole oraz jedną asystę. Na swoje konto niczego nie dopisał tylko przeciwko Podbeskidziu. Dla gdańszczan jest to fantastyczna wiadomość. Z drugiej strony boiska biega Maksym Chłań, który na wiosnę także pokazuje bardzo wysokie loty. Wykorzystuje to Szymon Grabowski oraz reszta drużyny, gdyż często możemy zauważyć, że celem Lechii jest przeniesienie piłki pod pole karne rywala poprzez skrzydłowych. Efekty widoczne są gołym okiem.

Wejście smoka

Przed nami przerwa reprezentacyjna, baraże z udziałem Polaków i wyjazdy kilku zawodników z kadry Lechii na swoje zgrupowania. Można zatem powiedzieć, że mija pierwsza część rundy wiosennej. Biało-Zieloni następne ligowe starcie rozegrają 2 kwietnia przeciwko Odrze Opole. Czekają nas więc dwa tygodnie przerwy od gry. Czas ten raczej na marne nie pójdzie i będzie równie dobrze przepracowany, co wszystkie poprzednie przerwy, które miały miejsce w tym sezonie. Znając ambicje kadry, sztabu, włodarzy oraz samego trenera Grabowskiego można uważać, że intensywność będzie podobna. 23 marca, a zatem w przyszłą sobotę piłkarze zagrają sparing z Valmierą na Traugutta 29.

– Nasza skuteczność nie pozwoliła nam odnieść jeszcze bardziej efektownego zwycięstwa, więc będziemy wiedzieć, na co poświęcić czas przez te dwa tygodnie przerwy i mam nadzieję, że doprowadzimy do tego, iż będziemy skuteczniejsi oraz zapewnimy dużo radości kibicom – mówił szkoleniowiec Lechii na konferencji po meczu z Zagłębiem.

A zaglądając w przeszłość, nie można przejść obojętnie obok formy i występów podopiecznych Szymona Grabowskiego. W pięciu spotkaniach zdobyli piętnaście bramek. Stracili tylko dwie. Dwukrotnie wygrali 4:0, najpierw z Resovią, a teraz z Zagłębiem. Dodatkowo odwrócili losy meczu w Bielsku-Białej, zwyciężyli w Pruszkowie oraz zaliczyli udaną inaugurację przy ograniczonej publiczności z Wisłą Płock.

Wiele postaci przyczyniło się do tego wyniku: Rifet Kapić, Maksym Chłań, Camilo Mena czy Iwan Żelisko. Wymieniać można dalej, choć obawiam się, że byłby to zbyt długi akapit. Zaszło to tak daleko, że trafienia zanotowali: Łukasz Zjawiński i Kacper Sezonienko. Przed pojedynkiem ze sosnowiczanami ten pierwszy ostatniego gola w ligowym meczu strzelił 25 sierpnia. W przypadku drugiego z nich, sytuacja ma się nawet gorzej. Zanim zdobył bramkę na wagę zwycięstwa z Podbeskidziem, bramkarza rywali pokonał po raz ostatni 19 października 2022. Można zatem powiedzieć, że za Lechią dobry czas i nic nie wskazuje na to, by miało się to zmienić.

Skomentuj

Leave a Reply

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Zobacz więcej 1. liga