Obserwuj nas

1. liga

Thriller z dobrym zakończeniem, czyli Lechia – Odra Opole 2:1

Jedno słowo, które w bardzo dużym skrócie obrazuje starcie Lechii Gdańsk z Odrą Opole, to nerwy. Towarzyszyły one zarówno piłkarzom jak i kibicom przez praktycznie sto minut meczu. Euforia poprzedzona ogromnym stresem wybuchła na Polsat Plus Arenie wraz z ostatnim strzałem spotkania i końcowym gwizdkiem arbitra. Zakończenie bardzo szczęśliwe dla Biało-Zielonych, którzy wygrywają 2:1 i zgarniają kolejne trzy punkty. Są natomiast aspekty do poprawy i wnioski, które przed piekielnie trudnym meczem w Katowicach należy wyjąć. Jakie dokładniej? Jak wyglądał mecz? Zapraszam na kilka zdań z perspektywy trybun.

Powroty i zagrożenia

Godzinę przed rozpoczęciem meczu poznaliśmy wytypowanych do gry jedenastu zawodników przez Szymona Grabowskiego. Większość wyborów i nazwisk nie wywołała zaskoczenia. W kadrze natomiast pojawili się Luis Fernandez i Jan Biegański. Hiszpana fanatykom nie tylko Lechii, ale też całej Fortuna 1 Ligi przedstawiać nie ma potrzeby. Już wcześniej mogliśmy oglądać jego wyczyny na polskich boiskach, lecz w barwach krakowskiej Wisły. 30-latek zameldował się na boisku pod koniec meczu, zastępując Rifeta Kapicia. Tym samym jego przerwa od gry trwała aż 179 dni. Na Fernandeza którego znamy, czyli widowiskowego, ale zarazem bardzo mądrego na boisku, przyjdzie nam zapewne poczekać. Najważniejszy jest sam fakt, że Hiszpan wrócił do dyspozycji i z czasem będzie notował coraz więcej minut.

Za Janem Biegańskim aż takiej tęsknoty nie było. Na koncie ma liczbę jedenastu występów na pierwszoligowych boiskach w tym sezonie, aczkolwiek gra Lechii bez niego w środku boiska pod żadnym pozorem nie była zła. Ciężko, gdy o skład codziennie rywalizuje się z Rifetem Kapiciem, Iwanem Żelizko czy Tomaszem Neugebauerem. Biegański w przeciwieństwie do Fernandeza minut w ostatnim meczu nie złapał.

Innym aspektem były potencjalne zawieszenia za żółte kartki. Objęci szczególnym zagrożeniem przed meczem byli: Camilo Mena, Maksym Chłań, Iwan Żelizko, Tomas Bobcek, Andrei Chindris, Kacper Sezonienko oraz Dominik Piła. Tylko ostatniego zawodnika z wyżej wymienionej listy z pewnością nie zobaczymy w Katowicach. Nieco gorzej byłoby w przypadku zawieszenia dla Meny, Chłania czy Żelizki, którzy od dawna są bardzo wartościową częścią układanki Grabowskiego. Z tego miejsca w głowie pojawia się myśl, że szkoleniowiec ostrzegał poszczególnych zawodników przed pierwszym gwizdkiem. Sam natomiast zapytany o to na konferencji pomeczowej odparł, że nie doszło do takich wydarzeń.

– Od jakiegoś czasu nie ostrzegamy zawodników. Myślę, że są oni świadomi i podchodzimy do tej kwestii drugoplanowo. Koncentrujemy się na każdym kolejnym spotkaniu, chcemy je wygrywać. Dzisiaj nie ustrzegliśmy się błędu, albo to może arbiter zbyt pochopnie pokazał kartkę Dominikowi Pile, który nie zagra w Katowicach. Myślę, że ta gra zagrożonych zawodników była rozsądna – stwierdził Szymon Grabowski.

Oporna Odra

W pierwszej części spotkania Odra sprawiała wrażenie dobrze przygotowanych na gdańszczan. Biało-Zieloni nie mieli łatwego życia u boku opolan. Było tak szczególnie w defensywie, bowiem na swojej połowie podopieczni Adama Noconia prezentowali bardzo twardą grę. Nie powstrzymało to zawodników Lechii od wejścia w pole karne Artura Halucha. Nie byli oni natomiast w stanie pokonać golkipera Odry przez zdecydowaną większość połowy. Za to mogą już obwiniać wyłącznie samych siebie. Mówi się, że Lechiści w znacznie większym stopniu muszą czerpać korzyści ze strzałów zza pola karnego. Umiejętnością przymierzenia z większej odległości cechuje się m.in. Iwan Żelizko. W Bielsku-Białej wpisał się na listę strzelców uderzeniem z rzutu wolnego. Spróbował powtórzyć ten wyczyn – raz ze stałego fragmentu, a raz z gry. Między słupkami Odry interwencjami wykazał się Haluch.

– Zdawaliśmy sobie sprawę, że przeciwnik, który do nas przyjeżdża, świetnie czuje się wykonując stałe fragmenty gry. To było widać od samego początku. Sprokurowany rzut karny miał miejsce po takiej sytuacji. Było to spowodowane naszym nieodpowiedzialnym zachowaniem. Odra na 29 bramek aż 7 strzeliła z karnych. To pokazuje, z jakim nastawieniem przeciwnik przyjechał i jak prezentuje się w lidze – mówił na konferencji pomeczowej Grabowski.

Było dość walecznie. Błędne jest stwierdzenie, że Odra była o klasę lepsza od Lechii, bowiem tak nie było. Pomimo tego to goście wyszli jako pierwsi na prowadzenie. W 26. minucie przyznany został im rzut karny. Do nieprzemyślanego zagrania we własnym polu karnym dopuścił się Andrei Chindris. Jedenastkę wykorzystał Rafał Niziołek. Plan i gra gdańszczan po utraconej bramce nie uległy zmianie. Lechiści próbowali, nie bali się piłki. Brakowało tylko nieco lepszej dyspozycji u ofensywnych zawodników. Do upragnionego wyrównania udało się doprowadzić w ostatniej akcji pierwszej części gry. Futbolówkę po ziemi w stronę pola karnego posłał Elias Olsson. Następnie między nogami przepuścił ją Tomas Bobcek, aby trafiła ona do Rifeta Kapicia. Bośniak uderzył sprzed linii szesnastego metra, czym pokonał Artura Halucha.

Zakręcona druga połowa

Zadaniem wychodzących na drugą połowę z szatni Lechistów było zdobycie kolejnej bramki. Udało im się tego dokonać osiem minut po gwizdku arbitra rozpoczynającym drugą część meczu. Gdańszczanie nie pozostawili złudzeń defensywie Odry. Akcja, po której padł gol, była rozegrana wręcz podręcznikowo. Szybkie tempo, przytomność, precyzja. Wszystko to zwieńczył Tomas Bobcek. Słowak przerwał swoją złą passę bez gola. Trwała ona bowiem od 17 lutego do 2 kwietnia. Rifet Kapić odegrał dużą rolę przy drugim trafieniu swojego zespołu. Trwający ramadan nie powstrzymuje go od fenomenalnej dyspozycji. 28-latek bardzo szybko stał się absolutnym liderem środka pola.

Opolanie odparli dość szybko. W 59. minucie piłka znalazła drogę do bramki Bohdana Sarnawskiego po wcześniejszym zamieszaniu. Blok obronny Lechii ewidentnie pogubił się podczas tej akcji, a Odra to wykorzystała. Ostatnią deską ratunku był VAR. Sędzia został przywołany do monitora, aby z bliska dokładniej obejrzeć przewinienie, które miało miejsce przed atakiem gości. Decyzją arbitra Maksym Chłań był faulowany na połowie swojego przeciwnika. Poskutkowało to cofnięciem zdobytego przez Odrę gola.

Można było odnieść wrażenie, że na boisku z czasem robi się coraz bardziej chaotycznie. Podopieczni Adama Noconia stawiają wszystko na jedną kartkę, chcąc wyjechać z Gdańska z jakimikolwiek punktami. Ich gra w ofensywnej części boiska nie była jednakże skuteczna. Momentami Lechia również była nerwowa. Trener Grabowski całkiem długo dał pograć wszystkim jedenastu zawodnikom, których wyznaczył do gry od samego początku. Pierwsze roszady poczynił dopiero po 80. minucie. Wprowadził Dawida Bugaja, Louisa D’Arrigo oraz Łukasza Zjawińskiego. Kilka minut później na placu gry zameldował się Jakub Sypek, a jako ostatni zawitał wyżej wspomniany Luis Fernandez.

– W przerwie było dużo analizy merytorycznej, ale błędów się nie ustrzegliśmy, bo przeciwko nam znowu było dużo stałych fragmentów gry, więc te wnioski były znowu do wyciągnięcia. Momentami było zbyt dużo nerwowości. Świętujemy, szczęście nam dopisało. Nie będziemy tego ukrywali. Ale szczęście sprzyja lepszym i niech już tak będzie do końca ligi – przyznał na konferencji Grabowski.

Szczęśliwe zakończenie

Ostatni kwadrans regulaminowego czasu gry nie należał do najatrakcyjniejszych. Sędzia dolicza kilka minut, a niektórzy kibice powoli chcą opuszczać stadionowe krzesełka. Większość pragnie zostać aż do końcowego gwizdka, co koniec końców wychodzi im na dobre. W 93. minucie drugą żółtą, a w konsekwencji czerwoną kartkę ogląda Rafał Niziołek. Natomiast nie z boiska, a z ławki rezerwowych. Lechia wyczekuje końca. Opolanie rzucają wszystko i ruszają do ataku. Ostatnia akcja meczu należy do przyjezdnych. Borja Galan decyduje się na wrzutkę w pole karne z dalszej odległości. W szesnastce znajduje się zarówno kilku piłkarzy Lechii i Odry. Sędzia przerywa grę, łapie za słuchawkę i podbiega do monitora.

– Co do drugiego karnego, zupełnie nie widziałem co tam się stało. Z tego co wiem, Ivan zagrał ręką. Najwidoczniej tak to było. Tutaj trochę nerwów, emocji, bo ten mecz był przedłużony o półtorej minuty dłużej niż powiniem. Musimy jednak na przyszłość nabrać więcej doświadczenia, bo za łatwo prokurowaliśmy, za dużo było nerwów – wyznał później szkoleniowiec Lechii.

Polsat Plus Arenę opanowała wówczas cisza, stres, ale też rozkojarzenie. Nie każdy wiedział, co dokładnie jest sprawdzane. Chodziło o zagranie ręką, które popełnił Iwan Żelisko. Po pewnym czasie Patryk Gryckiewicz kończy rozmawiać z resztą arbitrów. Wraca na murawę, a jego ręka wskazuje na wapno. Cisza przemieniła się w jej przeciwność. Słynny „Bursztynek”, na którym zasiadło osiem i pół tysiąca fanatyków zaczął robić wszystko, aby rozkojarzyć Borje Galana. Hiszpan zmierza w stronę piłki, która po jego strzale trafia w poprzeczkę. Rozbrzmiewa gwizdek końcowy, a na stadionie wybucha euforia. Piłkarze świętują razem z kibicami. Film, a w zasadzie thriller kończy się najlepszym możliwym zakończeniem dla gdańskich kibiców.

Następny przystanek: Katowice

7 kwietnia o godzinie 15:00 stadion w Katowicach wypełni się aż do ostatniego krzesełka. Łącznie z trybuną gości, bowiem Biało-Zieloni fanatycy po raz pierwszy od 34. kolejki ubiegłego sezonu Ekstraklasy udadzą się na oficjalny wyjazd. Przypominam, że nałożona została na nich wówczas kara, która skutkowała zakazem wyjazdowym przez całą rundę jesienną sezonu 2023/24. Później została ona przedłużona na kolejne dwa mecze z powodu zachowania kibiców na domowym grudniowym meczu z Chrobrym Głogów. Nie podlega dyskusji, że starcie to określone zostaje mianem hitu 26. kolejki Fortuna 1 Ligi. Katowiczanie w ostatnich pięciu meczach zdobyli 15 oczek, a Lechia w sześciu starciach zgarnęła ich 18.

Nerwowość to aspekt, którego przed wyjazdem trzeba się pozbyć. W meczu z Odrą było go za dużo. Skuteczności drużynie nie brakuje, aczkolwiek to spotkanie było kolejnym dowodem, iż warto czasami uderzyć z dalszej odległości, zamiast próbować wejść z futbolówką do bramki. GKS Katowice ostatniego gola stracił 2 marca, więc złamanie ich defensywy wcale nie będzie łatwym zadaniem. Biało-Zieloni w najbliższym czasie pozwolą sobie na znacznie mniej dni wolnych, co jest jak najbardziej odpowiednią decyzją. Kwietniowy terminarz jest bowiem całkiem napięty. Po wyjeździe do Katowic 14 kwietnia nad morze przyjeżdża Termalica. Później w ciągu siedmiu dni podopieczni Szymona Grabowskiego zmierzą się kolejno z: Górnikiem Łęczna, Polonią Warszawa i Stalą Rzeszów.

Skomentuj

Leave a Reply

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Zobacz więcej 1. liga