Obserwuj nas

Rozgrywki

Czy Lech przerasta Ekstraklasę? Słów kilka o sobotnim meczu z Wisłą Kraków

W sobotni wieczór aktualnych mistrzów Polski czekał kolejny wymagający sprawdzian – na Bułgarską zawitała bowiem Wisła Kraków. Kolejorz wywiązał się z niego bez zarzutu, odnosząc w pełni zasłużone zwycięstwo. Kibice mający nadzieję na obejrzenie ciekawego, otwartego widowiska zdecydowanie się nie zawiedli, choć na większe emocje należało poczekać do drugiej połowy. 

Zmazali plamę po kompromitacji

Lech przystępował do sobotniej rywalizacji z Wisłą Kraków trzy dni po meczu, o którym wszyscy w Poznaniu chcieliby jak najszybciej zapomnieć. Poznaniacy absolutnie skompromitowali się w rozgrywkach o Puchar Polski, przegrywając z Siarką Tarnobrzeg i kończąc swoją przygodę już na etapie 1/16 finału. Gwoli przypomnienia, zespół z województwa podkarpackiego występuje na czwartym poziomie rozgrywkowym – tym samym, co… drużyna rezerw Kolejorza.

Choć podopieczni Nielsa Frederiksena zdążyli już przyzwyczaić swoich kibiców do tego, że nawet najbardziej dotkliwe porażki nie robią na nich większego wrażenia, tym razem sytuacja była nieco inna. Lechowi nie zdarzyło się przecież przegrać w ostatnim czasie z tak nisko notowaną drużyną jak Siarka (z całym szacunkiem dla drużyny prowadzonej przez Sławomira Majaka, bo rozegrała ona niemal perfekcyjny mecz i znakomicie zneutralizowała atuty mistrzów Polski).

Fani klubu ze stolicy Wielkopolski mogli mieć więc drobne obawy przed sobotnim starciem z Wisłą, ale lechici dość szybko je rozwiali. Pierwsza połowa zakończyła się co prawda bezbramkowym remisem, ale powiedzmy sobie szczerze – taki stan rzeczy utrzymywał się jedynie ze względu na niewytłumaczalną nieskuteczność gospodarzy, który zmarnowali przed przerwą kilka doskonałych sytuacji. Dość powiedzieć, że sam Patrik Walemark oddał w pierwszych 45 minutach aż siedem strzałów na bramkę Marcela Łubika, wypracowując wskaźnik xG na poziomie 1,11.

Rehabilitacja Yannicka Agnero

Na pierwszy wybuch radości przy Bułgarskiej należało poczekać do 54. minuty. Wówczas to lechici przeprowadzili kapitalną akcję z udziałem Pereiry, Walemarka, Bengtssona i Kozubala, który wykorzystał fenomenalne podanie Szweda i nie pomylił się w sytuacji sam na sam z bramkarzem, pewnie umieszczając piłkę w siatce. Kolejorz nie byłby jednak sobą, gdyby udało mu się zachować czyste konto, prawda? Wiślacy odpowiedzieli już 120 sekund później, a do wyrównania mocnym strzałem głową doprowadził rozgrywający bardzo dobre spotkanie lewy obrońca przyjezdnych, Jakub Krzyżanowski.

Lech w swoim stylu nie podłamał się jednak szybko utraconym golem. Zamiast tego odpowiedział… jeszcze szybciej od Wisły. W 57. minucie Patrik Walemark mógł pomyśleć „do ośmiu razy sztuka!”, bo jego sprytny strzał przy bliższym słupku wreszcie odnalazł drogę do siatki. Osiem minut później na tablicy wyników widniał już rezultat 3:1 – kapitalne zagranie z głębi pola autorstwa Radosława Murawskiego wykorzystał Yannick Agnero, który znakomicie zabrał się z piłką, a następnie pokonał bramkarza strzałem z ostrego kąta.

Iworyjczyk, na którego po środowej porażce z Siarką wylała się całkowicie zasłużona fala krytyki, zrehabilitował się w najlepszy możliwy sposób. W mojej opinii rozegrał on swój najlepszy mecz od momentu przenosin do Poznania. Znakomicie wywiązywał się z roli „odgrywającego”, zaliczył kilka bardzo udanych przechwytów – po jednym z nich lechici powinni strzelić gola, ale nie wykorzystali doskonałej sytuacji. Miał też kluczowy udział przy trafieniu na 2:1, kapitalnie ochraniając piłkę, a do tego wszystkiego dołożył jeszcze przepięknego gola. Co ciekawe, sobotnie starcie z Wisłą było dla 23-latka trzecim kolejnym ligowym meczem, w którym udało mu się wpisać na listę strzelców. Czerwona kartka, którą Agnero obejrzał w Tarnobrzegu, z pewnością pozostanie w pamięci kibiców, ale bardzo szybko udowodnił on, że nie powinno się na nim stawiać przysłowiowego krzyżyka.

Nie obyło się bez nerwów

Choć mogłoby wydawać się, że trzeci gol dla Kolejorza podłamie wiślaków, stało się dokładnie na odwrót. Biała Gwiazda nie zamierzała się poddawać i do końca walczyła o zdobycie bramki kontaktowej. W 76. minucie w polu karnym po raz kolejny świetnie odnalazł się Krzyżanowski, który – jak się początkowo wydawało – nieczysto trafił w piłkę, marnując dogodną sytuację. Sędzia Raczkowski został jednak zawołany do monitora i po analizie uznał, że winę za taki stan rzeczy ponosi Antoni Kozubal, który, próbując powstrzymać 20-latka, trafił go kolanem w stopę. Decyzja? Rzut karny dla drużyny gości. Do piłki ustawionej na jedenastym metrze podszedł Angel Rodado. Hiszpan wziął rozbieg, uderzył i… spudłował. Mocno kopnięta piłka poszybowała wysoko ponad poprzeczką, powodując szał radości na trybunach. Lecha przed utratą drugiego gola uratowała nierówna murawa, na której w momencie oddawania strzału poślizgnął się napastnik Wisły.

Lechici – choć nie udało im się przejąć całkowitej kontroli nad boiskowymi wydarzeniami – utrzymali dwubramkowe prowadzenie do końca spotkania i po ostatnim gwizdku mogli cieszyć się ze zdobycia kolejnych trzech punktów. Dla podopiecznych Nielsa Frederiksena była to już piąta ligowa wygrana z rzędu, pozwalająca im na odskoczenie wiceliderowi z Zabrza, który po niemal bezbłędnym początku sezonu złapał lekką zadyszkę.

Czy Lech przerasta Ekstraklasę?

Pora rozprawić się z pytaniem, które postawiłem w tytule. Na początek garść faktów – grający od samego początku sezonu co trzy dni Kolejorz wygrał 10 z 12 ligowych spotkań, strzelając w nich aż 32 gole. Lechici mogą pochwalić się niesamowitą średnią na poziomie 2,58 pkt/mecz, kompletnie dystansując pod tym względem całą resztę stawki. Lech nie jest rzecz jasna jedynym zespołem, który notuje bardzo dobry start rozgrywek – na olbrzymie wyróżnienie zasługują także Górnik i Pogoń, a także dysponująca ograniczonym potencjałem ludzkim Legia. Znakomite wyniki tych drużyn nie robią jednak aż tak dużego wrażenia na tle Lecha, który regularnie serwuje swoim rywalom tęgie lanie. Mistrzowie Polski aż cztery z dotychczasowych dwunastu spotkań wygrali różnicą przynajmniej trzech goli (3:0 z Piastem, 4:1 ze Śląskiem, 5:1 z Radomiakiem i 6:1 z Koroną). Legia odniosła jedno takie zwycięstwo, rozbijając przed własną publicznością Radomiaka 5:0. Pogoni i Górnikowi taka sztuka nie udała się ani razu.

Nie zrozumcie mnie źle – nie mam najmniejszego zamiaru dyskredytować osiągnięć Górnika, Pogoni czy Legii. Pragnę jednak podkreślić, że Kolejorz jest zdecydowanie bardziej efektowny (i efektywny, na co wskazuje średnia punktowa i sytuacja w ligowej tabeli). Każdy zespół przyjeżdzający obecnie na Bułgarską musi się liczyć z tym, że może podzielić los Piasta, Radomiaka czy Korony. A warto przecież zaznaczyć, że w ostatnim czasie lechici musieli radzić sobie bez kilku absolutnie kluczowych zawodników, takich jak Wojciech Mońka czy Allahyar Sayyadmanesh. Nie wspominając już o Alim Gholizadehu, który pomoże drużynie dopiero w rundzie wiosennej.

***

Nie twierdzę również, że Lech nie przegra już ani jednego meczu do końca rozgrywek. Podopiecznym Nielsa Frederiksena z pewnością przytrafią się gorsze momenty, bo taka po prostu jest piłka. Uważam jednak, że na przestrzeni całego sezonu żaden zespół nie będzie w stanie nawiązać z Kolejorzem realnej walki o zdobycie mistrzowskiego tytułu. Odpowiadając wprost na pytanie z tytułu – tak, Lech przerasta Ekstraklasę. Nie przerastał jej ani w poprzednim sezonie, ani dwa sezony temu, ale obecnie rywalizuje w innej – nomen omen – lidze, niż reszta stawki.

Kibic poznańskich klubów, entuzjasta Ekstraklasy, początkujący dziennikarz.

Skomentuj

Leave a Reply

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Zobacz więcej Rozgrywki