Obserwuj nas

Legia Warszawa

Warszawska Corrida Carlitosa

derby krakowa

Napisałem tekst. Pierwsze cztery strony usunąłem, bo było tam tylko naprzemiennie ” HAHAHA, Kurwa mamy to, nie wierzę!”. Później napisałem drugi, który też usunąłem. Za dużo emocji targało mną po tym meczu. Chciałem napisać o wszystkim, a tak się po prostu nie da.

Wszyscy znamy wynik, statystyki, ilość kilometrów przebiegniętych przez piłkarzy. Ci bardziej dociekliwi pewnie doszukali się tez heatmapy i średniej pozycji na boisku, więc nie ma sensu pisać o tym kolejnego tekstu. Poza tym parę tekstów napisałem więc pewnie wiecie już, że statystyki mam głęboko w.. no nieważne. To będzie tekst o Carlitosie co z bykami się bawił, o meczu, który w sumie mógłby się nie odbyć. O tym co mi się podobało, jak również o tym, co kłuło mnie w oczy. Podejście trzecie, mam nadzieje, że finalne.

Pycha kroczy przed upadkiem!

Ten mecz mógł się wcale nie odbywać. Przecież wszyscy eksperci już dawno przewidzieli, jaki będzie wynik spotkania. Potężna i wszechmocna Legia gra u siebie, na dworze, z tą biedną, słabą Wisłą, której kibice dzień i noc grają w FIFĘ, bo to jedyna opcja, żeby zobaczyć jak Biała Gwiazda zwycięża Wojskowych. Wprawdzie Jagiellonia pokazała Legiuni miejsce w szeregu, lejąc ją po gołym dupsku bez opamiętania, a gdyby nie pomoc z autobusu, to i z Lechem mogłoby być różnie, ale to nieważne. I tak jesteśmy najlepsi a tytuł należy nam się z urzędu. Jak to mówią „Pycha kroczy przed upadkiem”.

Ja natomiast od kilku ładnych dni miałem zlokalizowane gdzieś pomiędzy żołądkiem a wątrobą, przeczucie, że my ten mecz wygramy. Zaraz po ostatnim gwizdku sędziego było słychać trzy odgłosy. Pierwszym był kamień, który spadł z serca wszystkich Wiślackich kibiców, bo oto zakończyła się czarna seria meczy bez zwycięstwa przy Łazienkowskiej. Odgłosy drugi i trzeci łączyły się w jeden. Szczęki zaskoczonych wynikiem sympatyków Legii wyrżnęły o ziemię z taką siłą, że aż słoiki z bigosem i gołąbkami im potłukły. Podobno echo bitego szkła jeszcze dzisiaj było słyszalne w Krakowie.

No, ale od początku…

Bez Bogusia? Czyżby? Aaa… uraz… no tak… Inaczej nie da się go wygryźć ze składu, jak tylko dosypać środka przeczyszczającego do picia albo przerysować nogę korkami.. Halilović od pierwszej, bardzo dobrze… Kurwa, znowu Mitrović? Ja pierdole… I jeszcze Velez! A gdzie Głowacki?

Mniej więcej tak analizowałem wyjściowy skład i przyznam się bez bicia, nie byłem zachwycony. Pompowanie Legii było tak wielkie, że sam uległem presji i wyobrażałem sobie jak wdeptują nas w ziemię śpiewając te swoje nudne „Legiaaa Warszawaaaaa, Legiaaaa Warszawaaaa…”. Brak Boguskiego za którego wyszedł Halilović brałem za dobry omen, ale Mitrovicia z Velezem już nie bardzo. Ci którzy czytali moje poprzednie artykuły wiedzą, jaki mam stosunek do jego gry Franka obronie. A raczej miałem, ale to później.

Moje obawy zniknęły gdzieś w okolicach drugiej minuty spotkania, kiedy pierwszy raz wyszliśmy z kontrą. Imaz, Carlitos i Llonch na tle Legionistów wyglądali jak sprinterzy zestawieni z ludźmi, którzy całe życie mieli zwolnienie z WF-u. Trener Nawałka żałował pewnie po tym meczu, że tak szybko wysłał powołania, bo to co atak Białej Gwiazdy robił z obroną Warszawiaków, kwalifikowało się pod paragraf o znęcaniu się fizycznym i psychicznym. Carlitos niczym Matador na Corridzie, kiedy poczuł krew zranionej zwierzyny, zaczął odstawiać takie show, że Hlousek do spółki z Eduardo jeszcze długo będą leżeć na kozetce u psychoanalityka.

Mecz prawie perfekcyjny

Kiedy trener Carillo obejmował nasz zespół, wszyscy w koło mówili, że to człowiek, który uwielbia ofensywną grę. Ten mecz to idealne przełożenie słów na czyny. Byliśmy szybsi, silniejsi, bardziej kreatywni, maksymalnie zdeterminowani, głodni zwycięstwa, a Legia nie potrafiła się temu przeciwstawić, co nie ukrywam było dla mnie zaskoczeniem. Poszło łatwo, nawet nie wiem czy nie za łatwo. Większość piłkarzy zagrała dobrze lub bardzo dobrze. Ciężko opisać wszystkich więc skupię się na perełkach.

W poprzednim tekście żartowałem, że swoimi tekstami wkurzam piłkarzy i skoro tak to działa, to przycisnę Veleza, żeby zrobił mi na złość. Efekt? Jeden z trójki najlepszych na boisku. W niedzielnym meczu wygrywał wszystkie pojedynki, nieważne czy w powietrzu czy na ziemi, wyprzedzał, był zdecydowany w interwencjach, a na koniec wykończył podanie od Carlitosa, który z meczu na mecz pokazuje coraz to nowe zagrania. Jeśli czegoś nie da się zrobić, potrzebny jest Lopez, przyjdzie i to zrobi. Akcja na 0:2 była tak niesamowita od momentu rozpoczęcia do wykończenia, że tego się nie da powtórzyć w żadnej grze komputerowej. Jakim cudem on dograł tą piłkę z linii końcowej w dodatku na odległość 7 metrów, gdzie w najwyższym punkcie piłka leciała na wysokości 5 metrów? Co on? Na kodach gra? Panie Sędzio on oszukuje, w naszej lidze tak nie można!

Szalone trio dopełnia Llonch, który pewnie nie zatrzymuje się nawet w przerwie. Biega w koło szatni rozdając czy to ręczniki, czy to picie. „Ciekawe czy jakbym dał mu 3 metry handicapu, to go dogonię? O, dogoniłem… A cztery? Też dałem radę! Ale jaja! Hurra, chyba z radości podskoczę, ze sto razy… ze sztangą na plecach”. Taki to nasz Pol. Mam nadzieję, że uda się na przedłużyć umowę z całą trójką, a jeśli nie, to chociaż z Polem, ale o tym w innym tekście.

Chwalić trzeba, ale..

Przeglądałem Twittera w trakcie oraz zaraz po meczu. Zauważyłem coś ciekawego. Okazuje się, że Wisłę i jej graczy można krytykować tylko i wyłącznie kiedy przegrywają. W innym przypadku jesteś hejterem i masz zamknąć mordę. Dla mnie to głupota i oznaka hipokryzji, bo fakt, że wynik jest dobry nie zwalnia nas kibiców z patrzenia piłkarzom na ręce. Nie zabrania też mówienia o tym co nam się nie podoba. A mnie kilka rzeczy się nie podobało.

W drugiej połowie cofnęliśmy się na swoją połowę, jak za czasów Kiko, kiedy powinniśmy trzymać Legię z dala od pola karnego. Ja wiem, że w niedzielnym meczu byliśmy w takiej dyspozycji, że mogliśmy grać bez bramkarza, ale jedna głupia strata i mogło być nerwowo.
Drugą, ale nie ostatnią sprawą, która bardzo mi się nie podobała, było trzymanie Mitrovicia na boisku do samego końca. On jako jedyny odstawał od reszty piłkarzy.

Od pierwszych minut biegał wolno, nie wracał za akcją na pełnym gazie. Wprawdzie wybił kilka piłek, ale nie zmienia to faktu, że od 50 minuty po boisku już chodził. Momentem, po którym trener powinien go zmienić, była kontra, w której wyszedł razem z Llonchem, ale z braku sił spanikował i piłkę najzwyczajniej zmarnował. Użyłem słowa, że trzymanie go na boisku, kiedy słaniał się na nogach, to dywersja i zdania nie zmieniam. Piłkarz, który nie ma sił prosto stać powinien siedzieć na ławce, niezależnie czy to Mitrović, czy inny gracz. Zwłaszcza, że możliwość przeprowadzenia zmian była. Moim zdaniem było to igranie z ogniem. Tym razem się udało, ale to nie jest bezpieczne.

Ostatnią rzeczą, która drażniła mnie w tym spotkaniu, był występ Brleka. Liczyłem na niego bardzo, ale kolejny raz się zawiodłem. Piłka go nie słucha, a on sam nie jest tak dynamiczny i pewny siebie jak był za podczas pierwszego pobytu w Krakowie. Oby doszedł do siebie na rundę finałową.

I co teraz?

Wygraliśmy pewnie, zasłużenie, to fakt, z którym się nie dyskutuje. Mamy 43 punkty, tyle samo co rewelacja rundy Wisła Płock oraz objawienie sezonu Górnik Zabrze. Jest dobrze. Można mówić co się chce, ale jeśli polecimy na euforii i zwyciężymy z Lechem w Krakowie, to nagle wszyscy będą na nas patrzeć jak na potencjalnych pucharowiczów. Zaczną się zawistne spojrzenia, oczekiwania, zwiększy się krytyka. Każdy będzie czegoś chciał, wymagał. Nałożona zostanie presja na piłkarzy, na zarząd, na trenera. To może lepiej nie wygrywać , mieć święty spokój i bezpieczne ciepłe miejsce w ósemce..?

Nie no, żartowałem 😀 Do Boju!

Kliknij by skomentować

Zostaw odpowiedź

Twój adres email nie zostanie opublikowany.

Reklama

Musisz zobaczyć

Więcej z Legia Warszawa