Obserwuj nas

Wisła Płock

Pech i bezsilność. Taki obraz Wisły Płock

W tym sezonie chyba nikt w Płocku nie ma już złudzeń, że miejscowa drużyna gra – parafrazując klasyka – co najwyżej o spadek. Po wczorajszym meczu Górnika, który przegrał w Szczecinie z Pogonią, otworzyła się przez „Nafciarzami” szansa opuszczenia przedostatniego miejsca w tabeli. Powiedzieć, że jej nie wykorzystali to nic nie powiedzieć. Dziś pech i bezsilność to jedyny obraz Płocczan.

Pierwsza połowa do zapomnienia

Podczas pierwszych 20 minut spotkania w płockich domach mogło dojść do takiej sytuacji. Sympatyczny Pan Janusz – kibic Wisły, przed upływem pierwszego kwadransa oglądania swojej ulubionej drużyny postanowił udać się na balkon, aby zapalić. Wcześniej zwrócił się do żony słowami: „Kochanie, zawołaj mnie, kiedy nasi będą przy piłce”. Dobrze, że nasz bohater nie kazał sobie przeszkadzać w razie oddania strzału na bramkę Jagiellonii, bo całą pierwszą połowę spędziłby na delektowaniu się tytoniem i lutowym słońcem.

Pech, bezsilność, pech…

Wisła w tym meczu nie dość, że nie odrobiła straty do 14. w tabeli Górnika, to jeszcze dwóch jej piłkarzy (Merebashvili i Zawada) opuściło boisko z urazami. Pierwszy doznał kontuzji po tym, jak założył „kanał” Romanczukowi… Do tego kolejny bardzo ważny zawodnik podstawowego składu – Dominik Furman będzie pauzował w kolejnym meczu za kartki. Jak by tego było mało, w następnej kolejce Wisła zmierzy się z kolejnym kandydatem do spadku, Miedzią Legnica. A… i zapomniałbym! Dziś „Nafciarze” stracili bramkę na wagę remisu w ostatniej akcji przed końcowym gwizdkiem.

Boczni obrońcy na plus

Małe plusiki można postawić przy nazwiskach bocznych obrońców. Angel Garcia jeszcze w pierwszej połowie ustrzegł swoją drużynę przed stratą bramki, po tym, jak zatrzymał pędzącego w sytuacji sam na sam Novikovasa. Za to Cezary Stefańczyk brał udział m.in. przy jednej z groźniejszych akcji w ataku. Niestety po jego dośrodkowaniu w 53. minucie spotkania Oscar Zawada spudłował, główkując z pola karnego.

Na konto Stefańczyka idzie także strata jedynej bramki. To po jego faulu Jagiellonia wznawiała grę od rzutu wolnego tuż przed polem karnym Wisły. Ostatnia akcja niejako podsumowała grę gości. Po dośrodkowaniu Adamca piłka zdążyła odbić się od poprzeczki i… zanim piłkarze w niebieskich koszulkach spostrzegli co, gdzie i jak, futbolówka już znajdowała się w siatce. Po strzale Wójcickiego, który idealnie odnalazł się w „szesnastce”, kibice Wisły mogli jedynie zapłakać.

Jedyne wyjście – stały fragment gry

Kibu Vicuna miał poprawić nie tylko wyniki, ale także wnieść trochę hiszpańskiej szkoły do stylu gry swojej drużyny. Na razie na 11 meczów w Lotto Ekstraklasie jego podopieczni wygrali zaledwie 2 i aż 5 przegrali. Natomiast jeśli chodzi o grę, dziś, gdy Wiśle wybitnie nie szło, jedynym rozwiązaniem było szukanie stałego fragmentu gry i pokładanie nadziei w Dominiku Furmanie. Może powiódłby się ten plan, gdyby w 57. minucie były „trener” Wisły minimalnie nie przestrzelił z rzutu wolnego.

Mają, na co zasłużyli (?)

Wydaje się, że po takiej grze Wisły, która prezentowała głównie bierność, inny wynik niż przegrana byłby nieuczciwy w stosunku do przeciwnika. Właśnie, wydaje się… Optymiści powiedzieliby, że porażka z Jagiellonią i tak już była wkalkulowana w „koszta” jeszcze przed rozpoczęciem meczu. Poza tym być może na Podlasiu nauczyli się wygrywać zremisowane mecze? Sceptycy za to mogą ubolewać nad straconym golem i żałować zaprzepaszczonej szansy wyprzedzenia w tabeli Górnika. No cóż… Grunt, że płockim kibicom pozostała jeszcze nadzieja, że po dzisiejszych doświadczeniach suma ich szczęścia wyjdzie na zero.

Kibic. Piłka Nożna: od A-Klasy do Ekstraklasy.

Kliknij by skomentować

Zostaw odpowiedź

Twój adres email nie zostanie opublikowany.

Reklama

Musisz zobaczyć

Więcej z Wisła Płock