
Ciężkie jest życie kibica Zagłębia Lubin. Nie dość, że kluby z małych miast już na starcie mają pod górę, to jeszcze same potrafią sobie rzucać kłody pod nogi. Na wszystko są oczywiście wytłumaczenia, bo albo nie pomógł właściciel, albo na przeszkodzie stanął stan zdrowia zawodnika, albo wreszcie najzwyczajniej w świecie zabrakło funduszy, by przygotować produkt odpowiedniej jakości. Chcieli dobrze, a wyszło… wyszło jak zwykle. Ot jedno wielkie Zagłębie niepowodzeń.
Kiepska passa
Jest takie powiedzenie — mogło przydarzyć się każdemu, a zdarzyło się właśnie jemu — które idealnie opisuje ostatnie miesiące Zagłębia Lubin. Dosłownie, za co by się nie złapano, kończy się albo źle, albo zostaje po tym spory… niesmak. Pamiętacie, jak szefostwo Zagłębia zapewniało, że nowy trener jest już w zasadzie wybrany i trzeba tylko chwilę poczekać, aby móc go oficjalnie przedstawić? Czym to się skończyło, wiemy doskonale, choć w tym wypadku jest jeszcze za wcześnie, aby powiedzieć, że była to całkowita klapa. Na pewno ucierpiał wtedy wizerunek klubu, a i kibice poczuli się trochę rozczarowani.
A to była dopiero zapowiedź kłopotów, bo chwilę później przyszła tak wyczekiwana zima. Nie wiem, ile razy napisałem „Oby do zimy, oby do zimy”, ale wiem, że spodziewałem się czegoś zupełnie innego. Znów liczyłem, że włodarze Zagłębia dotrzymają swoich wcześniejszych słów i rozpoczną tak potrzebny drużynie remont. Dni mijały, a w eterze panowała złowieszcza cisza. Powód? Cóż, znów winny był ktoś inny. Tym razem właściciel.
Informacje o możliwym zmniejszeniu zaangażowania KGHM Polska Miedź S.A. w piłkarską spółkę córkę podał na początku stycznia Antoni Bugajski w Przeglądzie Sportowym (całość tutaj):
„Ostateczna decyzja jeszcze nie zapadła, ale prezes lubińskiego klubu powinien mieć przygotowany wariant oszczędnościowy budżetu. W tej gorszej opcji trzeba uwzględniać, że na przykład zabraknie pieniędzy na kontrakty dla nowych piłkarzy, oprócz tego cięcie kosztów może być też konieczne w innych obszarach.”
Okno takie niezbyt transferowe
Postawiło to pion sportowy w bardzo niekomfortowej sytuacji. Na domiar złego po Filipa Jagiełło zgłosiła się Genua, wykładając na stół niewiele ponad sumę odstępnego wpisaną w kontrakt Filipa (ok. 1,1 mln €). Cenę ostatecznie udało się podbić, głównie dzięki dobrej woli samego Filipa, ale napisałem to już wcześniej i zdania nie zmieniłem, była to kompletna kompromitacja klubu. Oddawać srebra rodowe za takie pieniądze to powód do wstydu. Choć władze klubu z uporem maniaka starały się wszystkich przekonać, że jednak sukces. Szczęście w nieszczęściu, że zgodnie z umową Filip do końca sezonu pozostał w drużynie.
Tyle że środek pola to nie było główne zmartwienie Zagłębia. Dużo większe potrzeby były przede wszystkim na bokach obrony i w ataku. Przesunięty z musu na prawo Bartek Kopacz co prawda spisuje się przyzwoicie i z każdym meczem nabiera wprawy, a do pełnej sprawności wraca Alan Czerwiński, ale bez wartościowego zmienika będzie niezmiernie ciężko. Szczególnie że Bartek za chwilę może być potrzebny w środku.
Atak to juz zupełnie inna melodia. Nie ma, nie da się, za drogo. Tak w skrócie Miedziowi poszukują wzmocnień na tę pozycję. Patryk Tuszyński przez kibiców został sprowadzony już w zasadzie tylko do roli obiektu żartów — by nie powiedzieć dosadniej. Mareš przegrywa z nim rywalizację, co nie świadczy o nim najlepiej, a dalej słychać już tylko wiatr. Ściągnięto co prawda Szysza, ale chyba tylko po to, by obejrzeć go w meczach rezerw. Tymczasem Olaf Nowak strzelił swojego gola w Ekstraklasie, ale to już temat na osobny tekst.
Miała być więc ofensywa transferowa, a okazało się, że okno to może i jest, tyle że tylko wyjściowe, parafrazując jeden z polskich kabaretów. Kadrę zespołu tylko w zasadzie odchudzano. Na wypożyczenie trafili: Matras, Nowak, Mazek, Żyra, Siemaszko, a z klubem pożegnali sie Janoszka i Matuszczyk.
„Deadline Day”
Jeśli ktoś z Was nie widział filmu „Draft Day”, to koniecznie musi to nadrobić, aby w pełni zrozumieć emocje, jakie towarzyszyły kibicom Zagłębia w ten nie znów tak słoneczny czwartek. Co prawda nic na to nie wskazywało, a kibice byli w zasadzie pogodzeni z brakiem wzmocnień aż tu nagle:
Tik-tak, tik-tak… ⏱⏱⏱ #TransferDeadlineDay pic.twitter.com/Afb3fEkv2N
— Zagłębie Lubin (@ZaglebieLubin) February 28, 2019
I maszyna ruszyła. Plotek tylko przybywało, potencjalnych nazwisk też. Wielu kibiców było w stanie nawet przymknąć oko na fakt, iż nowy człowiek będzie zupełnie niezgrany z resztą zespołu, a i jego przygotowanie fizyczne do sezonu może być różne. Zrobiono więc sporo, aby w kibicach rozbudzić nadzieję, że oto rzutem na taśmę jednak udało się coś przyklepać i zespół zostanie wzmocniony.
4 godziny i 5 minut dokładnie pozwolono kibicom emocjonować się ewentualnym ruchem. Potem wyciągnięto z szafy największy bucior, jaki znaleziono i brutalnie zdeptano nim wszelkie nadzieje, jakie z transferem wiązali kibice. Komunikat nie pozostawiał złudzeń:
Komunikat Zagłębia Lubin S.A. #TDD #TransferDeadlineDay pic.twitter.com/CVfVIBYXVw
— Zagłębie Lubin (@ZaglebieLubin) February 28, 2019
W tym momencie nawet ja kompletnie się poddałem. Kopanie leżącego po prostu nie przystoi. Zostawianie wszystkiego na ostatnią chwilę zawsze wiąże się ze sporym ryzykiem, a jeśli ktoś ma taką passę jak Zagłębie, to można być wręcz pewnym, że coś na finiszu się wysypie. Tak stanowi prawo Murphy’ego. Doktor prawa powinien o tym przecież wiedzieć.
Film, który podzielił kibiców
Kiedy kurz po transferowej wpadce jeszcze nie opadł (aż sam nie wierzę, że znów to piszę) klub wypuścił film promocyjny. Ot dowód, że porażki w życiu się zdarzają i nie jest to powód, aby karawana nie miała jechać dalej. Świat przecież na jednym nieudanym transferze się nie kończy (brzmi znajomo?). Co prawda przegrane derby też zadania nie ułatwiały, ale trudno. Walczyć trzeba do końca.
No i powalczono:
Na kanale YouTube pojawił sie film zachęcający (lub mający zachęcać) kibiców do aktywnego zapraszania na mecz starsze pokolenia. I zanim przejdziemy dalej, trzeba powiedzieć to głośno: Idea jest słuszna. Można debatować czy taka powinna być pierwsza grupa docelowa, na której skupiają się działania klubu? Ale tutaj, co głowa to opinia. Wybrano tak, a nie inaczej i zaczęto działać. Pojawił sie jednak problem.
Jeśli spora grupa odbiorców nie dociera nawet do jego zakończenia, należy zadać pytanie, czy jego jakość jest odpowiednia? Czy nie został odniesiony skutek odwrotny do zamierzonego? Jasne, ocena jakości to rzecz bardzo subiektywna, ale nie można przejść obojętnie obok głosów niezadowolenia. A te czasami na spocie nie zostawiały suchej nitki. W mojej opinii doskonale to wpisuję się w politykę dbania o klientów. Na każdym kroku widać w jak oderwany od rzeczywistości sposób spółka podchodzi do kibiców. Jakość? A komu potrzebna jest jakość!
Zagłębie niepowodzeń
Po ostatnim meczu napisałem, że przegrana w derbach to nie koniec świata (tutaj). Na koniec dnia to tylko sport. W nim czasem po prostu się przegrywa, bez względu na to, jak dobrze było się przygotowanym. Tylko że potem znów wstaje nowy dzień, a kolejny mecz zaczyna się od stanu 0:0. I znów jest 90 minut, aby udowodnić, że tym razem jest się lepszym od rywala. Zagłębie takie niepowodzenie odniosło, ale minął tydzień i jutro znów jest mecz. Znów cholernie ważny mecz.
Tyle że piłka nożna to nie tylko sport. Ba, sa tacy, którzy twierdzą, że w zasadzie sport to już tylko do piłki nożnej dodatek, ważny, ale jednak dodatek. I sądzę, że mają wiele racji. Przywiązanie do barw, poczucie przynależności do pewnej grupy — czy jak kto woli plemienia — odgrywa ważną rolę. To właśnie na tym odcinku tak ważne jest budowanie marki, dobrze zarządzanej, solidnej i będącej częścią życia plemienia.
Niestety w Lubinie znów robimy w tym zakresie kolejne kroki w tył. Trochę na zasadzie „im bardziej chcesz, tym bardziej nie wychodzi”. Dawno bowiem nie było władz, które na swoim koncie zapisywały w takim tempie kolejne porażki. „To tylko jeden transfer, takie rzeczy się zdarzają” powie ktoś. Pewnie, tylko dlaczego znów im?
Ciężkie jest życie kibica Zagłębia Lubin.