Connect with us

Liga Konferencji Europy

Europa da się lubić polskim zespołom

W oczekiwaniu na wielki finał Euro 2020, kibicom polskiej kopanej zaserwowano rywalizacje rodzimych klubów na arenie międzynarodowej. Efekt? Zadziwiający – dwa mecze, dwa zwycięstwa. Legia i Śląsk ruszyły w delegacje do Norwegii oraz Estonii, i zdołały wywieźć z obcego terenu cenne wygrane. Początek europejskiej przygody może napawać optymizmem.

Trudne zadanie na początek

Legia na start dostała naprawdę solidnego przeciwnika. Bodo/Glimt, bo o nim mowa, to zespół, który w poprzednim sezonie zdominował krajowe rozgrywki. Dodatkowo, w Norwegii są właśnie w połowie ligi, więc rywale warszawian są w odpowiednim rytmie meczowym, czego nie można powiedzieć o ekipie Michniewicza, dla której zwycięski mecz w Bodo, był pierwszym, od niespełna dwóch miesięcy, spotkaniem o stawkę. “Wojskowi” pokazali jednak naprawdę dobry futbol i od samego początku dążyli do sforsowania defensywy przeciwnika. Do pełni szczęścia zabrakło jedynie odpowiedniej koncentracji w obronie, czego efektem były dwa, głupio stracone gole. Zwycięstwo 3:2, to dopiero pierwszy krok w kierunku drugiej rundy eliminacji. Jednak jest to krok niezwykle ważny – po przejściu Norwegów Legia zmierzy się ze zwycięzcą pary Flora Tallinn – Hibernians, a więc zadanie, przynajmniej w teorii, powinno być zdecydowanie łatwiejsze. Więcej o wygranej piłkarzy ze stolicy można przeczytać, klikając w link.

Wyprawa do Estonii

Śląsk mierzył się ze zdecydowanie niżej notowanym zespołem. Los wysłał wrocławian do Estonii. Rywalem? Paide Linnameeskond. Drużyna, o której istnieniu przed tym meczem, wiedzieli chyba tylko najwierniejsi fani futbolu. Do tej pory jedyną znaną mi “pajdą”, była ta, którą serwuje się – z różnymi dodatkami – na popularnym w moim regionie, Jarmarku Św. Michała. Ten fakt nie może jednak dziwić, gdyż spotkanie ze Śląskiem, było dopiero drugim w historii tego klubu meczem na arenie międzynarodowej.

Trzeba przyznać, że występy polskich klubów w europejskich pucharach uczą i bawią. Nasze zespoły grały już w takich zakamarkach Starego Kontynentu, że geograficzny quiz przy mapie, dla fana rodzimej ligi, nie powinien być żadnym problemem. Pljevlja?  Bez problemu. Pokroje? Łatwe. Tetowo? Proszę bardzo! Wyjazd Śląska Wrocław do Estonii, wzbogacił naszą piłkarską mapę aż o dwie miejscowości. Pierwszą z nich jest Paide, w której znajduje się siedziba rywala wrocławian. Natomiast druga to Parnawa, gdzie odbyło się wspomniane spotkanie (stadion Paide nie spełnia wymogów).

Ważne zwycięstwo

Oczywiście jest to dopiero pierwsza runda kwalifikacji do Ligi Konferencji Europy, ale nie możemy deprecjonować tego zwycięstwa. Każdy pokonany rywal, to kolejne punkty w rankingu UEFA, a więc opłaca się walczyć o wygraną w każdym poszczególnym meczu. Obecnie w krajowym rankingu znajdujemy się na odległym 32. miejscu. Możemy jednak w najbliższym czasie pokusić się o awans w europejskiej hierarchii, gdyż strata do dwóch kolejnych pozycji jest niewielka. Nasze kluby zdobyły w tym tygodniu maksimum punktów (0,500). Do Słowacji tracimy 0,250, natomiast do Białorusi 0,750.

Słaby mecz

Oglądając mecz Paide – Śląsk trudno nie było odnieść wrażenie, że jest to zwykła starta czasu. Nie wiem, czy to wyłącznie zasługa fatalnej postawy piłkarzy, czy jednak tego, że jeszcze chwilę temu codziennie emocjonowaliśmy się meczami Euro 2020, gdzie w zdecydowanej większości poziom widowisk był wręcz fenomenalny (obie tezy są bardzo prawdopodobne). Śląsk dostał słabiutkiego rywala, którego nie potrafił przycisnąć do ściany. Wrocławianie grali wolno, apatycznie, momentami sprawiając wrażenie, że przebywanie na murawie zamiast sprawiać radość, powoduje ból.

Za przełomowe wydarzenie można uznać wprowadzenie Fabiana Piaseckiego, który zastąpił słabo grającego Bergiera. Piasecki wszedł na boisko w 60. minucie gry, a za chwilę wyprowadził swoją drużynę na jednobramkowe prowadzenie. 26-latek rozruszał nieco ofensywę zespołu z województwa dolnośląskiego. Niefrasobliwość w obronie polskiego klubu, zaowocowała golem samobójczym – zrobiło się 1:1. Kiedy wydawało się, że mecz zakończy się remisem, decydujący cios zadał Mark Tamas. Można narzekać na styl gry Śląska, ale na koniec najważniejsze jest to, co na tablicy wyników. A tam było nieźle – 2:1 dla wrocławian.

Trzeba przyznać, że nie wszystko układało się po myśli Polaków. Przed starciem, okazało się, że szkoleniowiec Jacek Magiera otrzymał pozytywny wynik testu na obecność koronawirusa i nie mógł dyrygować zespołem w Estonii. W efekcie na ławce zasiadł drugi trener Tomasz Łuczywek. W obliczu tych problemów to zwycięstwo wydaje się jeszcze bardziej cenne. Teraz rewanż we Wrocławiu i przypieczętowanie awansu do kolejnej rundy. Nie wyobrażam sobie innego scenariusza!

⚽️

Click to comment

Leave a Reply

Twój adres email nie zostanie opublikowany.

Advertisement

Musisz zobaczyć

More in Liga Konferencji Europy