Obserwuj nas

Minął weekend

Czołówka na remis #MinąłWeekend – 28. kolejka

Żadna z drużyn walczących o mistrzostwo nie wygrała meczu, Wisła Kraków zwyciężyła po raz pierwszy pod wodzą trenera Brzęczka, a Lechia umocniła się na czwartym miejscu – to wszystko wydarzyło się w 28. kolejce Ekstraklasy.

Mecz kolejki

Premierowe zwycięstwo pod wodzą Brzęczka

Wisła Kraków 4:1 Górnik Zabrze

Biała Gwiazda przystępując do tego spotkania, miała przysłowiowy nóż na gardle. Gdyby Wisła przegrała to spotkanie, jej sytuacja byłaby fatalna.

Pierwszy kwadrans to kompletna dominacja Górnika Zabrze. Jednak goście bardzo dobrą sytuację stworzyli sobie dopiero w 12. minucie. Erik Janza świetnie podał do Piotra Krawczyka. Strzał napastnika w ostatniej chwili zablokował Maciej Sadlok, ale i tak Krawczyk był na niewielkim spalonym. Potem Wisła zaczęła być coraz częściej pod bramką drużyny z Zabrza. W 25. minucie Luis Fernandez dostał piłkę w polu karnym, ale wycofał ją do Marko Poletanovicia. Serb uderzył mocno, ale jego uderzenie zdołał obronić Daniel Bielica. Po chwili niebezpiecznie było pod drugą bramką. Lukas Podolski znakomicie podał do Bartosza Nowaka, który spróbował przelobować bramkarza Wisły. Jednakże piłkę przeleciała obok słupka. Górnik grał lepiej i był bliżej gola, ale to Biała Gwiazda zdobyła bramkę. Tuż przed przerwą po rzucie rożnym Wisły, piłkę do własnej bramki skierował Krawczyk.

Przebojowy rezerwowy

Początkowo, po wznowieniu gry, to Wisła miała dwie dobre, ale żadna z nich nie zakończyła się golem. Potem atakować zaczęli zabrzanie. Ich ataki szybko przyniosły skutek, bo już w 50. minucie było 1:1. Po rzucie rożnym, Paweł Kieszek wybił piłkę przed pole pod nogi Lukasa Podolskiego. Mistrz świata z 2014 roku uderzył z pierwszej piłki i zdobył swoją czwartą bramkę zza pola karnego w tym sezonie. Cztery minuty później ponownie na prowadzeniu powinna być Biała Gwiazda. Jednakże Dor Hugi przegrał pojedynek oko w oko z Bielicą. Co się odwlecze to nie uciecze.

https://twitter.com/Filon98/status/1513158389634846724?s=20&t=rkH8z9wGFontc9VawV8Ibg

W 67. minucie było 2:1. Wprowadzony chwilę wcześniej Stefan Savić huknął z dystansu i dał gospodarzom prowadzenie. Kilka minut później akcje Wisły ponownie napędził Savić, który przebiegł z piłka kilka metrów i podał do Poletanovicia. Serb uderzył zza pola karnego. Bramkarz Górnika „wypluł” piłkę przed siebie i dobiegł do nie Fernandez. Hiszpan najpewniej skierowałby piłkę do bramki, ale w nieprzepisowy sposób zatrzymał go Bielica. Sędzia wskazał na „wapno”. Rzut karny pewnie wykorzystał Luis Fernandez. W 79. minucie mecz mógł zamknąć Poletanović. Pomocnik minął dwóch zawodników Górnika i już miał uderzać na bramkę, lecz w ostatniej chwili piłkę na rzut rożny wybił Dariusz Stalmach. Kropkę nad „i” postawił, swoim golem w doliczonym czasie gry, Nikola Kuvejlić i pierwsze zwycięstwo Białej Gwiazdy pod wodzą Jerzego Brzęczka, stało się faktem.

Wisła dostała tlen, ale jej sytuacja nadal jest trudna. Drużyna z Krakowa traci trzy punkty do Śląska i Zagłębia. Co ciekawe właśnie ze Śląskiem Biała Gwiazda zmierzy się w następnej kolejce. Będzie to kluczowe spotkanie w kontekście walki o utrzymanie zarówno dla jednej, jak i drugiej drużyny.

Plach ratuje Piastowi trzy punkty

Piast Gliwice 1:0 Górnik Łęczna

W poprzednim tygodniu w Górniku nastąpiła mała rewolucja. Z prowadzenia klubu z Łęcznej zrezygnował trener Kamil Kiereś. Jego miejsce zajął Marcin Prasoł znany głównie z tego, że był asystentem Adama Nawałki i ostatnio Jana Urbana w Górniku Zabrze. Trener Prasoł samodzielnie prowadził Pogoń Siedlce i ROW Rybnik. Przed nowym szkoleniowcem arcytrudne zadanie – utrzymanie Zielono-Czarnych w Ekstraklasie. Jednak nawet jak Górnik spadnie to nowy trener nie zostanie zwolniony, bo kontrakt podpisał do czerwca przyszłego roku. Prasoł umowę zawarł w czwartek. Z drużyną zdążył przeprowadzić tylko jeden trening. Na początek zdecydował się na aż sześć zmian w podstawowej jedenastce w porównaniu do meczu przeciwko Pogoni. Miały one dać pierwsze zwycięstwo od czterech spotkań i przedłużenie nadziei na utrzymanie.

Bardzo blisko gola Górnik był już w 4. minucie. Daniel Dziwniel dośrodkował z rzutu rożnego, a głową uderzył Bartosz Rymaniak. Tylko bardzo dobra interwencja Frantiska Placha uchroniła Piasta przed utratą gola. Na odpowiedź Piasta czekaliśmy do 8. minuty. Michał Chrapek przejął piłkę przed polem karnym gości i zdecydował się na strzał z dystansu. Piłkę po jego uderzeniu zdołał złapać Maciej Gostomski. Cztery minuty później ponownie piłkę przed polem karnym odebrał Chrapek. Jednak tym razem nie uderzył, a ładnie podał do Kamila Wilczka. Snajper znalazł się w sytuacji sam na sam z Gostomskim, ale przeniósł piłkę nad bramką. W 14. minucie piłkę, po mocnym strzale Damiana Kądziora, na rzut rożny wybił golkiper klubu z Lubelszczyzny.

Jeden gol wystarczył

Mecz był dość żywy. Piłka krążyła od jednej bramki do drugiej. Po 20. minucie gospodarze trochę przycisnęli rywali i w 26. minucie zdobyli bramkę. Tom Hateley wbiegł w pole karne i wgrał piłkę przed bramkę Zielono-Czarnych. Wilczek wyprzedził Gersona i strzelił gola. Po stracie gola Górnicy musieli zaatakować. W 29. minucie na strzał z dystansu zdecydował się Janusz Gol. Piłka przeleciała kilka centymetrów od spojenia poprzeczki ze słupkiem. Potem zawodnicy z Łęcznej próbowali tworzyć akcje atakiem pozycyjnym, ale najczęściej ich akcje kończyły się w okolicach dwudziestego metra od bramki Piasta.

Przez pierwsze minuty drugiej połowy obie drużyny nie stwarzały sobie dobrych okazji. W 58. minucie Bartosz Śpiączka, już prawie leżąc, zdołał oddać strzał, ale nie trafił nawet w bramkę. Po przerwie długo nie działo się zbyt wiele. Goście próbowali atakować, ale najczęściej te akcje nie kończyły się nawet strzałami. W 85. minucie Górnik miał stuprocentową sytuację. Mianowicie miał ją Alex Serrano. Powinno być 1:1, lecz fantastyczną interwencje zaliczył Plach. Ostatecznie mecz zakończył się jednobramkowym zwycięstwem Piasta.

Nie było to porywające widowisko. Był to taki typowy mecz na 1:0. Tym razem właśnie tą jedyną bramkę zdobył Piast. Dzięki temu gliwiczanie nadal są w gronie drużyn walczących o czwarte miejsce na koniec sezonu. Za to Zielono-Czarni muszą już powoli godzić się ze spadkiem. Oczywiście matematyczne szanse Duma Lubelszczyzny jeszcze ma, ale patrząc na terminarz, te szanse maleją do minimum. Trener Prasoł powoli może już sobie budować kadrę na kolejny sezon, lecz już pierwszoligowy.

Klasyk na remis

Lech Poznań 1:1 Legia Warszawa

Ligowy klasyk, który zawsze wzbudza emocje, nawet jak tylko jedna z drużyn walczy o mistrzostwo. Stadion w Poznaniu został wypełniony po brzegi. Kibice liczyli na wielkie widowisko, no i troszeczkę się zawiedli. Zacznijmy jednak od początku.

Na starcie Kolejorz zepchnął goście do defensywy. W 5. minucie groźnie zza pola karnego uderzał Radosław Murawski, ale czujny w bramce był Richard Strebinger. Dwie minuty później bardzo blisko gola był Joao Amaral. Portugalczyk ładnie uderzył z rzutu wolnego, ale piłka trafiła tyko w poprzeczkę. Potem Lech trochę przystopował z atakami, ale zdołał zdobyć bramkę. W 30. minucie Tomasz Kędziora dośrodkował z rzutu wolnego, piłkę zgrał Dawid Kownacki, a do bramki skierował ją Lubomir Satka. Legia w pierwszej połowie praktycznie nie istniała. Lecz zdołała przeprowadzić jedną dobrą akcję. Jak się okazało, była to akcja bramkowa. W 40. minucie Josue świetnie dośrodkował z rzutu rożnego. Najwyżej w polu karnym Lecha wyskoczył Rafael Lopes i to on zdobył bramkę.

Po przerwie Lech ponownie zaczął atakować. Kilka minut po wznowieniu gry bardzo blisko samobója był Lindsay Rose, ale czujny bramkarz Legii zdołał wybić piłkę na rzut rożny. Potem Lech zaczął walić głową w mur i nie potrafił sobie stworzyć dogodnej okazji. Aż do doliczonego czasu gry. Wtedy to Nika Kwekweskiri uderzył z rzutu wolnego, ale trafił tylko w słupek. W ostatniej akcji meczu doszło do nie małej kontrowersji. Lindsay Rose zablokował ręką strzał Joela Pereiry, ale sędzia nie sprawdził nawet tej akcji na VAR-ze. Po meczu tłumaczył, że nie dostał nawet informacji z wozu VAR.

Lech może czuć się okradziony z rzutu karnego. Ten remis co prawda daje im pierwsze miejsce w tabeli, ale obecnie Kolejorz ma tyle samo punktów co Pogoń i Raków.

Bezproblemowe zwycięstwo Lechii

Lechia Gdańsk 2:0 Bruk-Bet Termalica Nieciecza

Faworyta tego meczu nie trudno było wskazać. Lechia jest jednym z głównych faworytów do zajęcia czwartego miejsca i z Bruk-Betem po prostu musiała wygrać.

Gospodarze od początku kontrolowali spotkanie i co chwila atakowali. Gdańszczanie wynik spotkania otworzyli już w 11. minucie. Podopieczni Tomasza Kaczmarka przeprowadzili szybką kontrę. Chirstian Clemens podał piłkę do wbiegającego w pole  karne Łukasza Zwolińśkiego. Popularny „Zwolak” przed oddaniem strzału pośliznął się, ale od razu wstał i uderzeniem pod poprzeczkę umieścił piłkę w bramce. Kilka minut później Zwoliński mógł mieć nawet hat-tricka, ale w pierwszym przypadku fatalnie spudłował, a w drugim trafił w słupek. Termalica jedyną wartą uwagi akcję przed przerwą przeprowadziła w 24. minucie. Adam Radwański wystawił piłkę Murisowi Mesanoviciowi, ale Bośniak nie trafił nawet w bramkę.

Po przerwie obraz gry się nie zmienił. Nadal atakowała Lechia. W 63. minucie świetną okazję zmarnował Ilkay Durmus. Dziesięć minut później, po szybkiej kontrze, szansę na drugiego gola miał Zwoliński, lecz snajper uderzył wprost w bramkarza. Bruk-Bet przebudził się trochę w końcówce. W 75. minucie Michal Hubinek dośrodkował wprost na głowę Samuela Stefanika, ale uderzył on ponad bramką. Lechia dobiła rywali w doliczonym czasie gry. Conrado pomknął z piłkę lewą stroną i wystawił piłkę Flavio Paixao. Portugalczyk nie zmarnował znakomitej sytuacji i ustalił wynik na 2:0.

Bruk-Bet, podobnie jak Górnik Łęczna, musi po woli godzić się ze spadkiem. Sytuacja Słoników jest nie do pozazdroszczenia i raczej małe szanse, że się poprawi. W sumie co się dziwić, jak w Gdańsku Termalica nie oddała nawet celnego strzału. Jeśli chodzi o Lechię, to po prostu zrobiła to co do niej należało i umocniła się na 4. miejscu.

Efektowny gol Erika Daniela

Zagłębie Lubin 3:1 Stal Mielec

W jesiennym spotkaniu Zagłębia ze Stalą, mimo że Miedziowi prowadzili w Mielcu, to nie udało im się tego dowieść do końca. Co więcej, nie zgarnęli nawet punktu. Teraz w Lubinie nie mogli sobie na to pozwolić. Strefa spadkowa jest tuż za ich plecami. Zdobycie kompletu punktów zapewni chwilę oddechu. Mielczanie są w lepszej sytuacji, choć utrzymania nie mogą być jeszcze pewni. Dlatego nikt w tym spotkaniu nie zamierzał odpuszczać.

Inicjatywę w meczu przejęła Stal. W pierwszym kwadransie przyjezdni mieli trzy okazje do zdobycia bramki. Lubinianie nie prezentowali się na ekipę, która w piątkowy wieczór mogła wygrać. Grali bojaźliwie, dając się przy tym mielczanom rozpędzić. Goście tworzyli wiele sytuacji, ale nie potrafili ich skutecznie wykończyć. Przed przerwą udało im się to na chwilę. Bramkę zdobył Mateusz Matras, ale sędzia anulował ją ze względu na pozycję spaloną zawodnika.

Po zmianie stron przyjezdni nie zamierzali zwalniać. Najpierw Maksymilian Sitek chciał wymusić rzut karny, ale sędzia po analizie VAR zmienił decyzję, odwołując „jedenastkę”. Jednak w 56. minucie Stal dopięła swego.  Po rzucie rożnym piłka szczęśliwie spadła pod nogi Oskara Zawady, który umieścił piłkę w siatce. Od tego momentu Miedziowi odważnie zaatakowali, spychając gości do defensywy. W 72. minucie Martin Dolezal dał wyrównanie gospodarzom. 13 minut później Czech ponownie wpisał się na listę strzelców, ustalając wynik spotkania. Martin Dolezal oba gole strzelił głową. Jednak między tymi bramkami Czecha padł jeszcze jeden gol dla Zagłębia. Erik Daniel wykorzystał nieudane wyjście golkipera Stali. 30-latek trafił do bramki z ponad 40 metrów, lobując całą obronę Stali.

https://twitter.com/_Ekstraklasa_/status/1512491900082741248?s=20&t=pg0n6ziI7Kq7PDfH_qKbAA

Mielczanie byli zespołem lepszym do momentu zdobycia bramki. Jednak po objęciu prowadzenia zbyt łatwo dali się zepchnąć do defensywy. Natomiast Miedziowi skrupulatnie wykorzystali nadarzające się sytuacje. Słabe mecze mielczan w ostatnich tygodniach sprawiają, że jeszcze nie mogą być pewni utrzymania. Mimo zwycięstwa w podobnej sytuacji są lubinianie.

Niespodzianka w Szczecinie

Pogoń Szczecin 1:2 Wisła Płock

Portowcy przystępowali do piątkowego spotkania jako liderzy Ekstraklasy. Kolejną przeszkodą szczecinian w drodze po tytuł byli Nafciarze. Przyjezdni po zmianie trenera zaliczają serię dobrych meczów z punktami na koncie. Półfinałowe rozstrzygnięcia w Pucharze Polski spowodowały, że 4. miejsce w lidze daje promocję gry w europejskich pucharach. Dlatego płocczanie mają także, o co walczyć.

Ku zaskoczeniu licznie zgromadzonym kibicom na stadionie w Szczecinie gospodarze jako pierwsi mogli stracić bramkę. Uratował ich Jorginho, który spudłował w doskonałej sytuacji. Z czasem było widać, że to Pogoń jest drużyną walczącą o mistrzostwo Polski. Powoli zaczęli spychać Nafciarzy do defensywy. W 33. minucie Kamil Grosicki doskonale odnalazł się w polu karnym, pokonał dwóch obrońców, po czym nie dał szans bramkarzowi Krzysztofowi Kamińskiemu. Radość w Szczecinie nie trwała długo. Po rzucie wolnym Łukasz Sekulski przejął piłkę i z 16. metra zdobył bramkę. Futbolówka szczęśliwie odbiła się jeszcze od nogi jednego zawodnika Pogoni, co zmyliło Dantego Stipice.

Po przerwie Portowcy starali się zdominować rywala. Jednak przyjezdni umiejętnie potrafili wychodzić spod pressingu Pogoni. Dzięki temu tworzyli sobie sytuacje bramkowe z kontrataków. Przyniosło to oczekiwany efekt w 62. minucie. Po akcji z kontry Jorginho dał prowadzenie Wiśle. Pogoń nie była w stanie zagrozić rywalom. Rozgrywanie piłki przez Portowców było zbyt rwane, brakowało płynności. Taka sytuacja była dla Wisły wodą na młyn. W doliczonym czasie gry mieliśmy do czynienia w wielką kontrowersją. Wtedy to Dusan Lagator zatrzymał piłkę między ręką a ciałem w polu karnym. Arbiter Piotr Lasyk dostał informację z wozu VAR, że nie było przewinienia. Decyzja sędziów dla wszystkich była niezrozumiała. Pogoń powinna otrzymać możliwość podejścia do „jedenastki”.

https://twitter.com/TomaszKawa/status/1512532063383015426?s=20&t=GY9Q2cqn5MzXY2C7AuLB0g

Stracone punkty z Wisłą mogą mieć ogromne znaczenie w końcowym rozrachunku. Jednak nie wolno odbierać Nafciarzom tego, że zagrali bardzo mądre spotkanie, neutralizując mocne strony Portowców. Płocczanie włączają się w walkę o europejskie puchary.

Kluczowe punkty

Warta Poznań 1:0 Cracovia

Warta jest jednym z zespołów, które są uwikłane w walkę o uniknięcie spadku. Jednak spośród wszystkich zespołów zaangażowanych w tym pojedynku, poznaniacy są w uprzywilejowanej sytuacji. Ostatnie tygodnie po przerwie zimowej są dobre w ich wykonaniu. Na 24 punkty możliwe do zdobycia zgromadzili 14 oczek, co pomogło im wydostać się ze strefy spadkowej. Dyspozycja Poznaniaków jest na fali wznoszącej. Przed meczem z Cracovią nie stali na straconej pozycji. Pasy ostatnio grają w kratkę. Dobre spotkania przeplatają z tymi słabymi.

Pierwsza połowa nie powaliła kibiców od nadmiaru emocji. Oba zespoły walczyły ambitnie o punkty. Jednak to nie przekładało się na sytuacje bramkowe. Gospodarze nie oddali żadnego strzału na bramkę rywala. Cracovii udało się oddać dwa takie uderzenia, ale bez większego problemu z tymi piłkami poradził sobie Jędrzej Grobelny.

Po przerwie nie wiele się zmieniło. Obu ekipom ciężko było wypracować dogodną okazję. Jednak w 61. minucie  Warta wykorzystała błąd golkipera Cracovii Lukasa Hrosso. Po strzale z dystansu bramkarz Cracovii sparował piłkę wprost pod nogi Adma Zrelaka, który akcję skutecznie wykończył. Gospodarze nie chcieli łatwo oddać inicjatywy Cracovii. Jednak im było bliżej końca meczu, tym Pasy bardziej ryzykowali grą w ataku. W 82. minucie piłkę na remis miał Rivaldinho. Jędrzej Grobelny nie zdążył wygarnąć piłki spod nóg Brazylijczyka, którego przewrócił przy interwencji. Sam poszkodowany podszedł do rzutu karnego, ale uderzył w poprzeczkę. Do końca spotkania goli już nie zobaczyliśmy.

Warta odnosi kolejne zwycięstwo, które pozwala już realnie wierzyć kibicom, że ich klub ponownie zagra w przyszłym sezonie w Ekstraklasie. Z przebiegu meczu można wskazać, że Pasy były zespołem lepszym. Jednak takie sytuacje jak rzut karny trzeba zamieniać na gole, jeśli nie potrafi się wykreować wielu sytuacji bramkowych z akcji.

Niewykorzystana szansa

Raków Częstochowa 1:1 Śląsk Wrocław

Dla częstochowian stawka niedzielnego meczu była bardzo wysoka. Dzięki potknięciom Lecha i Pogoni mogli wyjść na dwupunktowe prowadzenie, co w tej fazie sezonu dałoby pewną przewagę psychologiczną. Jednak przyjezdni z Wrocławia mieli o co walczyć. Podopiecznych Piotra Tworka od strefy spadkowej dzieliło tylko dwa oczka. Wszystko przez pierwsze zwycięstwo Wisły Kraków w tym roku kalendarzowym. Dlatego stawka spotkania była niezwykle wysoka.

Jako pierwsi na prowadzenie mogli wyjść goście. W 8. minucie golkiper Śląska szybko wznowił grę dalekim wykopem piłki. Jednak gościom nie udało się wykorzystać momentu, kiedy to Raków nie zdążył zorganizować się w defensywie. Fabian Piasecki wygrał walkę z Valerianem Gvilią, ale oddał strzał w słupek. Częstochowianie nie przejęli zdecydowanej kontroli nad meczem. Akcje kończyły się w okolicach pola karnego. W tym miejscu zdarzyło się kilka błędów, które przyjezdni chcieli wykorzystać szybkimi kontrami.  W 36. minucie po dośrodkowaniu Rakowa Vladislavs Gutkovskis miał okazję wyprowadzić Raków na prowadzenie. Jednak uderzenie Łotysza nie było czyste. Chwilę później po rzucie rożnym Fabian Piasecki wybił piłkę głową z linii bramkowej, ratując Śląsk przed stratą bramki. Końcówka połowy jednak należała do Śląska. W 45. minucie Quintana na raty, ale pokonał Kacpra Trelowskiego. Hiszpan za trzecim uderzeniem trafił do bramki gości. W pierwszej połowie Rakowowi brakowało konkretów pod bramką. Natomiast Śląsk skrupulatnie wykorzystał swoją szansę.

Raków mógł rozpocząć drugą odsłonę gry z przytupem. Po rzucie wolnym Michał Szromnik wybił piłkę z linii bramkowej. Jeszcze akcję powodzeniem mógł zakończyć Valdislavs Gutkovskis, ale nie trafił w bramkę z bliskiej odległości. Raków podobnie, jak przed przerwą, miał przewagę, ale nie mógł tego przekuć na gole. Szczęście uśmiechnęło się do gospodarzy w 62. minucie. Patryk Kun oddał strzał po ziemi z dystansu, którym pokonał bramkarza gości. Gospodarze poczuli wiatr w żagle. Raków napierał, a Śląsk czyhał na kontry. I taką przyjezdni mieli w ostatniej minucie spotkania, ale Waldemar Sobota nie trafił do niemal pustej bramki.

Mimo optycznej przewagi, którą sprawiał Raków, to Śląsk nie odbiegał od gości liczbą dogodnych sytuacji na zdobycie bramki. Obie ekipy liczyły na komplet punktów. Mimo to z pewnością uszanują ten punkt, gdyż w końcowym rozrachunku może dla nich wiele znaczyć.

Stracili dwubramkowe prowadzenie

Radomiak Radom 2:2 Jagiellonia Białystok

Radomiak to jedna z drużyn zamieszanych  walkę o czwarte miejsce, które już oficjalnie zagwarantuje udział w eliminacjach europejskich pucharów. Choć radomianie w tym roku radzą sobie dość średnio, to nadal mają realne szanse na czwarte miejsce. Za to Jagiellonia nadal nie może być pewna utrzymania, choć ubiegłotygodniowe zwycięstwo po golu w ostatniej minucie pozwoliło Jadze odskoczyć na kilka punktów od strefy spadkowej.

Pierwsze minuty były wyrównane. W grze obu drużyn było dużo niedokładności i z tego powodu mało było strzałów, zwłaszcza strzałów celnych. Z biegiem czasu optyczną przewagę wypracowała sobie Jagiellonia, ale nie przekładało się to na dobre akcje bramkowe. Gospodarze długo nie potrafili zagrozić bramce Jagiellonii. Az do 44. minuty. Wtedy to, Daniel Łukasik dośrodkował w pole karne, centrę przedłużył Maurides, a piłkę do bramki wpakował Dawid Abramowicz.

Od pierwszych minut drugiej połowy atakowała Jagiellonia. Wydawało się, że bliżej gola są goście. No i właśnie wtedy bramkę zdobył Radomiak. W 60. minucie piekielnie mocno uderzył Karol Angielski. Zlatan Alomerović nie miał większych szans na skuteczną interwencję. Z dwubramkowego prowadzenia gospodarze nie cieszyli się zbyt długo, ponieważ w 62. minucie było już 2:1. Taras Romanczuk rozegrał do boku do Bartłomieja Wdowika. Młodzieżowiec zagrał płasko w pole karne do Diego Carioci. Brazylijczyk uderzył nieczysto, ale zdołał skierować piłkę do bramki. W 67. minucie był już remis. Marc Gual uderzył fenomenalnie z dystansu. Piłka odbiła się od poprzeczki i wpadła do bramki. Z remisu nie była zadowolona żadna z drużyn. Obie grały więc otwarcie i szukały zwycięskiego gola. Ostatecznie jednak żadna z drużyn tego gola nie znalazła.

Remis niezadowalający nikogo. Radomianie, chociaż prowadzili już 2:0, dali sobie wbić dwie bramki i teraz do czwartej Lechii tracą już trzy punkty.

Następna kolejka

GospodarzeGoście
Lech PoznańZagłębie Lubin
Piast GliwiceRadomiak Radom
Legia WarszawaCracovia
Górnik ŁęcznaJagiellonia Białystok
Śląsk WrocławGórnik Zabrze
Wisła PłockStal Mielec
Wisła KrakówWarta Poznań
Pogoń SzczecinBruk-Bet Termalica Nieciecza
Raków CzęstochowaLechia Gdańsk

Mecz kolejki: Śląsk Wrocław – Wisła Kraków

Obie drużyny w tabeli dzielą tylko trzy punkty. Obie drużyny muszą wygrać to spotkanie. Śląsk żeby odskoczyć od strefy spadkowej, Wisła żeby spróbować z niej wyskoczyć.

Autorzy:

Mateusz Bartoszek

Mateusz Adamczyk

Pasjonat polskiego sportu, zwłaszcza piłkarskiej Ekstraklasy.

Skomentuj

Leave a Reply

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Zobacz więcej Minął weekend