Obserwuj nas

Legia Warszawa

Powrót Jana Urbana oraz kanonada bramek na Łazienkowskiej [Komentarz ze stadionu]

Sympatycy klubu z Warszawy praktycznie mogą odetchnąć z ulgą. Po piątkowej wygranej w klasyku, aktualnych mistrzów Polski już niemal na pewno zobaczymy w przyszłym sezonie w PKO Ekstraklasie.  Kibice zgromadzeni na stadionie mogli oglądać grad goli w wykonaniu obu zespołów. Zwycięsko z tego wyszli gospodarze, którzy wyraźnie prowadzili grę przez większość spotkania. Był to przedostatni mecz na ul. Łazienkowskiej 3 w tym sezonie. 

Porada na pierwszą połowę? Nie mrugać.

Chyba każdy kojarzy mema, który pojawia się przy okazji najbardziej prestiżowych spotkań, gdzie popularny “Jaś Fasola” ma włożone w oczodoły zapałki tak, aby nie przegapić żadnego momentu i nie mrugać. Pół żartem, pół serio taki patent mogli zastosować kibice oglądający piątkowy klasyk. Ledwo człowiek zasiadł w fotelu, czy na trybunie, a już na tablicy widniał wynik 1:0 dla gospodarzy.  Fatalny błąd w rozegraniu piłki popełnił młody Pawłowski, piłkę w środkowej części boiska przejął Slisz i oddał plasowany strzał. Sandomierski pomimo lekkiej zmiany toru lotu piłki miał ją na ręce. Moim zdaniem mógł na spokojnie obronić to niewyglądające groźnie uderzenie.

https://twitter.com/KilkaSlowOLegii/status/1522498900199882753

Minęło ledwie pięć minut, a Legia zdobywa drugą bramkę po pięknym, penetrującym podaniu Josue. Na dwubramkowe prowadzenie Legię wyprowadza, prawdopodobnie odchodzący po sezonie, Paweł Wszołek. Skandaliczne zawody rozgrywa para Janicki – Sandomierski. Bramkarz gości fatalnie ustawia się w bramce Górnika po raz kolejny. Legia zdołała wpisać się na listę strzelców dwukrotnie za sprawą Patryka Sokołowskiego. Jednak zespół Jana Urbana postanowił nie składać szybko broni i również dwa razy łapał kontakt z rywalami za sprawą trafień Lukasa Podolskiego i Krzysztofa Kubicy. Gwiazda Górnika Zabrze pokazała, że mimo upływu lat ma niesamowicie ułożoną lewą nogę, a dodatkowo siła z wiekiem nie poszła w las.

 

Patryk Sokołowski vs. Krzysztof Kubica

W pierwszej połowie mogliśmy ujrzeć aż sześć trafień, głównie za sprawą Legii Warszawa. Jednak na uwagę zasługuje fakt rywalizacji w środku pola pomiędzy Sokołowskim a Kubicą. Pierwszy, po wielu latach zdobył swoją debiutancką bramkę (i to nawet nie jedną!)  po powrocie do Legii Warszawa, a drugi – pozazdrościł pierwszemu i także dwukrotnie zameldował się w protokole meczowym. Sokołowski oprócz dwóch trafień miał 29/34 (85%) udanych podań, jeden przechwyt oraz wygrał 3 na 5 pojedynków przez 90 minut. Sokołowski wyróżniał się na boisku tym, że potrafił w odpowiednim momencie włączyć się do akcji ofensywnej. Chociażby w przypadku drugiej bramki, gdzie Janža za krótko podał w stronę Sandomierskiego. Piłkę przechwycił Paweł Wszołek, zachował zimną krew i do pustej bramki wyłożył wcześniej wspomnianemu legioniście.

Z zawodników Górnika Zabrze naprawdę ciężko kogokolwiek wybrać, kto byłby najjaśniejszym zawodnikiem spośród tak słabo rozegranego spotkania przez gości. Nawet nie biorąc pod uwagę faktu zdobycia dwóch bramek, to mój wybór padłby raczej na Lukasa Podolskiego lub Krzysztofa Kubicę. I to właśnie Kubica był głównym konkurentem dla Patryka Sokołowskiego w środku pola. Zawodnik Górnika Zabrze już pokazywał, że fantastycznie wbiega z drugiej linii w pole karne przeciwnika. Nie inaczej było tym razem, gdzie środkowy pomocnik, po kapitalnej centrze Erika Janžy, dał nadzieję Torcidzie, że wynik wciąż jest sprawą otwartą W drugiej połowie ponownie wpisał się do protokołu meczowego, jak i również ponownie ucieszył kibiców gości strzałem głową. Młody pomocnik świetnie wygrywał pozycję z dość rosłymi stoperami Legii Warszawa. Kubica zaliczył 32/40 (80%) udanych podań, wygrał 5 z 11 pojedynków na boisku oraz miał jeden przechwyt (dane SofaScore.com). Dodatkowo został on aktualnie najskuteczniejszym młodzieżowcem, ex aequo z Jakubem Kamińskim.

“Zabrzański kryminał”

Na popularnych kanałach telewizyjnych w Polsce w piątkowe wieczory stacje serwują mega hity – kino akcji, thrillery, czy kryminały. Jednak prawdziwy kinomaniak mógł na spokojnie przyjść na stadion w Warszawie. To, co wyprawiała dziś obrona Górnika Zabrze, to naprawdę był kryminał, nagrodzony wieloma nagrodami filmowymi. W rolach głównych występowali przede wszystkim Grzegorz Sandomierski oraz Rafał Janicki. Pierwsza bramka ustawiła na cały mecz mental bramkarza gości. Strzał Bartosza Slisza nie był mocny, a też nie wydaje mi się, żeby rykoszet od Rafała Janickiego drastycznie zmienił tor lotu piłki. Golkiper gości miał piłkę na rękach, a mimo to znalazła ona drogę do bramki.

Im dalej w mecz, tym było coraz gorzej. Prostym przykładem było zachowanie Lukasa Podolskiego, który starał się podpowiadać koledze z drużyny w rozegraniu piłki od tyłu. Gwiazda Górnika wyraźnie wskazywała, aby Sandomierski wznawiał grę na krótko do wychodzącego Wiśniewskiego lub do Kubicy, który faktycznie miał wystarczająco miejsca, aby przyjąć spokojnie piłkę.

***

Nie od dziś wiadomo, że jeśli obrońcy mają za sobą pewnego bramkarza pomiędzy słupkami, to ich pewność siebie nieco wzrasta i mogą czuć się spokojniejsi. Jednak formacja defensywna Górnika postanowiła dostosować się do fatalnego poziomu kolegi z zespołu. Erik Janža próbował jako jedyny zachować twarz i dorzucił dwie asysty z dośrodkowań w bocznych sektorach. Jednak Słoweniec również zapisał się “na kartach historii” tego spotkania. Tutaj nie ma co komentować, dlaczego nie spojrzał za siebie i nie ocenił sytuacji? Czy dostał podpowiedź od Sandomierskiego, że zza jego pleców wybiega Wszołek? Tutaj nie ma co komentować, to był po prostu sabotaż.

W porównaniu do Janžy na swoją obronę nie może mieć nic Rafał Janicki, który… Po prostu był. Zawodnik gości w niektórych momentach wyglądał, jakby po prostu chciał zejść do szatni i iść do domu. Przy pierwszej bramce można jeszcze mówić o przypadku, ale przy trzeciej bramce? Wyglądało to, jakby stoper Zabrza miał obstawiony kupon u bukmachera na over +3,5 bramki dla gospodarzy. Uważam, że już od kilku sezonów Rafał Janicki nie prezentuje poziomu, który odpowiada Ekstraklasie. To jest co najwyżej poziom pierwszej ligi, jak nie gorzej. Naprawdę byłem w szoku, że taki zawodnik przez tyle lat utrzymuje się na najwyższym poziomie rozgrywkowym w naszym kraju. Jeśli chcemy, aby poziom naszej ligi szedł regularnie w górę, to tacy zawodnicy nie powinni nigdy przedostać się na ekstraklasowy poziom. Sam trener Urban potwierdził na konferencji pomeczowej, że tak doświadczeni zawodnicy nie mogą popełniać tak prostych błędów:

Mogę podsumować grę defensywną Górnika, ale nie za dobrze. Zbyt łatwo straciliśmy bramki – i to przez zawodników doświadczonych. Trzeci gol, to dużej klasy prezent. Takie mecze się zdarzają. Legia przystąpiła do tego spotkania niesamowicie skoncentrowana, agresywna, do tego wszystko jej się dobrze poukładało. Popełnialiśmy błędy, których nie powinniśmy zrobić. – mówił szkoleniowiec Górnika Zabrze.

https://twitter.com/CANALPLUS_SPORT/status/1522680483640922113

https://twitter.com/Micha85750640/status/1522664498347352064

 

Oceny pomeczowe – La Zabawa Josue oraz cieszmy się z Wszołka póki możemy

Chyba nikt nie spodziewał się, że Legia na koniec sezonu rozstrzela się aż miło. Mistrz Polski starał się kreować akcje ofensywne w bocznych sektorach, gdzie Pawłowski i Cholewiak nie za bardzo wiedzieli jak ustawiać się w obronie. Dużo zyskiwała na tym prawa strona, gdzie Paweł Wszołek bez problemu radził sobie z Erikiem Janžą. Znów było widać jak na dłoni, że Tomas Pekhart w dyspozycji z tego sezonu nie jest potrzebny Legii Warszawa. Na pięć trafień zero trafień Czecha. Przypadek? Nie sądzę. Na duży plus po raz kolejny zasługuje Paweł Wszołek, który tuż po Josue zasługuje na największe pochwały. Moim zdaniem, jeśli nie zobaczymy go w kolejnym sezonie przy Łazienkowskiej, będzie to bardzo duże osłabienie. Trzeba się cieszyć jego grą póki możemy, bo nie wiadomo czy na Łazienkowską przyjdzie równie uniwersalny zawodnik. Zwłaszcza, że budżet Legii nie będzie wypchany dolarami po brzegi.

***

Kiedyś Jędza na jednym z vlogów “Łączy Nas Piłka” powiedział: – “Jest Jędza, są wyniczki”. To samo można powiedzieć o grze Josue. Jeśli Portugalczyk dobrze czuje się od pierwszych minut na boisku, to Legia Warszawa nie musi martwić się o zwycięstwo. Po kilku słabych spotkaniach w wykonaniu kreatora gry mistrzów Polski, znów czarował. Piętki, kółeczka, zewniaki – widać było, że gość bawi się na boisku i nie ma na sobie żadnej presji. Wyglądał dosłownie, jakby przed chwilą zabrał z domu korki i wyszedł na betonowe boisko przed blok. Obowiązkiem dyrektora Jacka Zielińskiego jest przedłużenie kontraktu z Portugalczykiem na kolejny sezon.

Pomimo efektownego meczu, na minus zasługuje krycie w obronie przy dośrodkowaniach z bocznych sektorów. Przy pierwszej bramce nie popisał się Mateusz Wieteska, który niepotrzebnie zrobił krok do przodu, tym samym nie miał szans na sięgnięcie piłki głową. W drugiej sytuacji wina jest rozłożona pomiędzy Wieteskę, a Slisza. Pierwszy ponownie źle ocenił tor lotu piłki, a drugi pozwolił uciec Krzysztofowi Kubicy, który bez żadnych przeszkód wyskoczył najwyżej i pokonał Cezarego Misztę.

 

 

Oceny w skali 1-10 (wyjściowa 5)

Miszta – 5

Johansson – 7

Wieteska – 5

Rose – 6

Jędrzejczyk – 4

Wszołek – 8

Slisz – 7

Sokołowski – 8

Rosołek – 3

Josue – 8

Pekhart – 3

Verbić – 4

 

 

fot. Mateusz Kostrzewa / Legia.com

Skomentuj

Leave a Reply

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

Advertisement

Musisz zobaczyć

Zobacz więcej Legia Warszawa