Obserwuj nas

Kibice

Legia przeciwko Legii [komentarz]

Stadion zamknięty. Organ odwoławczy UEFA pozostał nieugięty na odwołanie Legii, stadion podczas meczu z Realem będzie gościł jedynie około 300 osób (głównie oficjeli, przedstawicieli mediów, w tym również zawodników i sztaby obu drużyn). Dyskusja wróciła. Z wielu stron Polski słychać rechot, zdarzają się też nieliczne głosy współczucia. UEFA już dawno odwróciła się i uciekła przed grożącym niebezpieczeństwem. Jednak takie działanie powoduje jedynie podwojenie siły złego. Wierzę, że jedynie wyjście naprzeciw problemom prowadzi do rozwiązań. UEFA jednak powiedziała dość, po raz kolejny, tym razem w sposób dobitny. Federacja nie zamierza pozostawać bierna wobec takich incydentów, jak te podczas meczu z Borussią Dortmund. To prawo suwerena, organizatora rozgrywek. Europejska elita powiedziała nam „nie ma dla was miejsca na piłkarskich salonach”.

Legia nie jest święta, wybryki kibiców zamykają stadion przy Łazienkowskiej rok w rok od 2013. Na samą myśl o „Wojskowych” we władzach europejskiej federacji dostają białej gorączki. Dla niektórych kibiców to powód do dumy, trzeba walczyć z „administracją”, a zakazy i sankcje to – według nich – sól kibicowania. Są też tacy, dla których to hańba i jest im po prostu wstyd, tak po ludzku. Którzy mają rację? Których racja jest „większa”? Nie wiem. Staram się jednak zrozumieć jednych i drugich.

Staram się zrozumieć tych, którzy wychowali się na kibicowaniu Legii, którzy urodzili się w Warszawie, na Łazienkowskiej są od zawsze. Pamiętają i uczestniczyli w meczach lat 80-tych, 90-tych, uczestniczą także teraz. Od najmłodszych lat nasiąkli atmosferą trybun barwnych dziesięcioleci ubiegłego wieku. Zadymy pod stadionem, na stadionie… To był chleb powszedni. „Od małego na całego!” Dla tych ludzi to normalne środowisko, naturalne środowisko. Przyjmują ze zrozumieniem zadymy, zakazy, zamknięcia stadionów. Tak po prostu jest, to „ryzyko” wkalkulowane w ten „sport”. Nawet jeśli obok fanatyzmu wyniesionego z trybun pojawia się złość i rozczarowanie po zamknięciu stadionu czy kolejnym zakazie, na końcu i tak przychodzi zrozumienie i solidarność. „Trzeba się przyzwyczaić” – przeczytałem. „To jest Legia!” – czytam dalej. Czytam i w zasadzie zjawisko nie dziwi mnie. Czasami słyszę „Legia to MY!”  Nie zamierzam nikogo rozliczać, to ich własne sumienie. Ale ci kibice właśnie postępują według własnego sumienia, tak zostali wychowani i nie może to podlegać ocenie: dobre lub złe. Ci kibice wyrośli w takich wartościach i są im wierni. „Albo grubo, albo wcale!”

Staram się zrozumieć tych, którzy na Żylecie się nie wychowali. Tych, którzy piłkarskie widowiska oglądali zazwyczaj z wysokości starej trybuny krytej albo teraz z trybun innych niż Żyleta. Również tych, którzy są spoza Warszawy i przyjeżdżają tylko na poszczególne mecze sezonu. Staram się zrozumieć kibiców, którzy mecz przede wszystkim traktują jako rozrywkę, jako okazję do spotkania się ze znajomymi, oderwania się od zajęć szarego tygodnia, wreszcie którzy przychodzą na mecz dla piłki nożnej, bo właściwie o to w tym wszystkim chodzi. Niejednokrotnie ci kibice zachwycają się kolorowymi oprawami, niejednokrotnie zachwycają się racami odpalanymi na trybunach, niejednokrotnie czują się dumni z bycia kibicami Legii Warszawa. Niejednokrotnie dołączają do chóralnych okrzyków „Legia to MY!”, trochę chyba nie zdając sobie sprawy, że trybuny na „my i oni” podzielił ktoś inny. Dla kibiców fanatycznych, tych z Żylety, ten podział obowiązuje zawsze. Dla kibiców z innych trybun, ten podział obowiązuje zazwyczaj tylko w sytuacjach takich jak ta. W sytuacjach, gdy zamykany jest stadion i karany jest klub. Gdy cierpi na tym klub, piłkarze, ale przede wszystkim oni sami. Nie popieram takich aktów wandalizmu, jak te podczas meczu z Borussią, uważam, że powinny zniknąć ze stadionów. Tymi porównaniami chcę pokazać istniejący podział. Po incydentach i nałożonych sankcjach ci kibice oburzają się, chcą wyrugowania ze stadionu materii w ich ocenie zepsutej, marginalnej. To też staram się zrozumieć i nie ukrywam, że przychodzi mi to łatwiej, gdyż po racjonalnym spojrzeniu na skutki, bliższy jestem tym przekonaniom.

Byłoby zbyt nudno, gdyby wszystko było tylko białe lub czarne. W nieustannej manichejskiej walce pomiędzy światłością a ciemnością są też kibice wierni chwili. To ci, którzy na pewno nie zaliczają się do tych pierwszych z powyższych rozważań, a ciężko też ich zakwalifikować do drugich. To, kim są w danej chwili i w danej sytuacji determinuje chęć wyróżnienia się, chęć zaimponowania. Bo to najczęściej kibice, którzy wrośli w Legię nie na stadionie, oni wrośli w społeczność poprzez internet czy telewizję. Dziś ci kibice przeżywają emocjonalny kalejdoskop, od smutku i rozgoryczenia, po poczucie solidarności. I tego również nie oceniam, czy to jest dobre, czy złe. Widzę, że tak po prostu jest.

Nie wiem i nie oceniam, który kibic jest ważniejszy, który ma prawo do powiedzenia więcej, a który mniej. Sądzę jednak – i tu na pewno przyznacie mi rację – że świat poszedł do przodu, również ten kibicowski świat. Wraz z rozwojem, chociażby infrastrukturalnym, pojawił się rozwój społeczny. Kilkanaście lat temu pewnie nie byłoby mowy o tych kibicach, których poglądy determinuje obecna sytuacja. Kilkanaście lat temu też na trybunach był cały przekrój społeczny i cały przekrój wiekowy – od dzieci po bardzo leciwych, ale wszystko wyglądało jakby inaczej. Z opowieści słyszałem jak to najczęściej wyglądało: „Starzy pili, a młodzi się bili”. Dyskusje odbywały się w zamkniętym gronie i najczęściej na trybunach.

Są jednak sprawy niezmienne. Światem rządzi pieniądz. To pieniądze są napędem rozwoju. To pieniądze są obiektem pożądania wielu. Im jest ich więcej, tym więcej osób jest zainteresowanych. Dla całej Legii (tej w gabinetach i tej na trybunach) piłka nożna to biznes. Na trybunach interesy też kwitły od zawsze. Od zawsze starsi i silniejsi nadawali ton i kierunek trybunom. Niebezpiecznym jest jednak, gdy interesy jednostek są przedkładane ponad dobro klubu. Futbol nieubłaganie i ostatecznie się skomercjalizował. Koniec i kropka. Proces wyprania z wartości wyższych i podporządkowania mamonie zakończył się i nie ma odwrotu. Do nowego produktu, którym rządzą reklamodawcy i macherzy od telewizji nijak nie przystaje „etos” stadionowego chuligana. Jednostkom tym wygodnie jest jednak tkwić w starych czasach. Czasach awanturników, chuliganów i zadymiarzy. To właśnie pod tymi maskami próbują się ukrywać.

Niebezpiecznym jest również nabyty radykalizm. Wielu młodych ludzi ulega owczemu pędowi, ślepo wierzą w idee, które dla innych, tych najsilniejszych, są po prostu biznesem. Tak sobie tłumaczę, bo nie rozumiem, zachowania osób atakujących sektor kibiców Borussii. Wiele osób zostało zaślepionych, wielu osobom wmawia się, że właśnie tak to powinno wyglądać. Wielu wydaje się, że są mocni, ale moc czerpią jedynie z poczucia bytu w grupie, jako jednostki nie znaczą już tak wiele.

Z niepokojem patrzę na kibicowskie zawłaszczanie symboli, pomników historycznych i monopolizowanie pamięci o bohaterach. Decydenci w tym też widzą biznes, owieczki pokornie gnają w pędzie i dają sobą sterować. Czy tak ma wyglądać kibicowanie? Gdzie w tym wszystkim miejsce na piłkę nożną?

Przy każdej porażce jest zawsze przynajmniej jeden wygrany. Warto zastanowić się komu obecna sytuacja może sprzyjać, biorąc pod uwagę, że sprawa kibiców to jedna z kości niezgody konfliktu właścicieli. Panowie Wandzel i Leśnodorski z pewnością chcieliby uporządkowania spraw i rozwiązania problemu poprzez dialog. Szans na dialog z kibicami nie widzi pan Mioduski. Chociaż trudno mu się dziwić, bo z kim ma prowadzić dialog, skoro nikt nie chce wziąć odpowiedzialności za to, co się stało? Pan Mioduski widzi w Legii przede wszystkim potencjał biznesowy, chciałby stworzyć giganta na miarę potencjału i trzeba przyznać, że bazując na biznesowym doświadczeniu, ma ku temu instrumenty. Do współpracy potrzebna mu przewidywalność, której nie gwarantują panowie Wandzel i Leśnodorski. Przewidywalność to z biznesowego punktu widzenia klucz do budowania strategii, do inwestycji, do planowania rozwoju. Która wizja wygra? Nie wiem, chciałbym tylko żeby konflikt ten nie wpłynął na postawę zawodników na boisku.

Na pewno obrót spraw (decyzja UEFA i konflikt w gabinetach właścicieli) nie sprzyja wszystkim kibicom. Wierzę, że nawet ci, którzy ochoczo głośno krzyczą „Legia to MY!”, znajdą w sobie odrobinę rozgoryczenia i żalu, że klub jest karany, że karani są wszyscy kibice.

Paweł Krupiński

Kliknij by skomentować

Zostaw odpowiedź

Twój adres email nie zostanie opublikowany.

Reklama

Musisz zobaczyć

Więcej z Kibice