Pogoń Szczecin

Dziś o wczorajszym meczu, w którym Portowcy zostali brutalnie wypunktowani przez Lecha Poznań. Zapraszam do moich przemyśleń na chłodno.

Pogoń vs Lech – Akt. I “Tragikomedia”

Pierwsze spotkanie, będące niejako rozeznaniem przed o wiele ważniejszymi meczami pucharowymi, okazało się niebywale okrutne dla wszystkich kibiców Portowców. Nie dość, że zostaliśmy brutalnie sprowadzeni na ziemię, to dodatkowo nasze wszystkie wady skumulowały się w ciągu tych dziewięćdziesięciu minut i dały o sobie znać w niebywale okrutny sposób. To był dramat. Od niemalże pierwszej, do ostatniej minuty. Po kolei.

Gol w drugiej minucie zawsze jest gongiem. Po prostu zawsze w takim momencie musi pójść coś wybitnie nie tak, żeby dać sobie strzelić bramkę. Tym razem niezwykle nieodpowiedzialnie zachował się Sebastian Rudol, do spółki z, a jakże, Jakubem Słowikiem. Pierwszy wsadził młodego obrońcę na konia, a drugi próbował wyjść z opresji w najgorszy możliwy sposób – nie tylko tylko adresował swoje podanie w niebezpieczne miejsce, ale również wykonał je na tyle fatalnie, że po rykoszecie piłka odbiła się od Jevtica i spadła tuż pod nogi Dawida Kownackiego, który dopełnił formalności. Ten błąd kosztował nas bardzo dużo i szybko postawił gości w komfortowym położeniu.

Kuriozalna bramka

Druga bramka to kolejne kuriozum i tym razem wielki błąd całego bloku defensywnego. Jeżeli zostawiasz tyle miejsca świetnie dysponowanemu Majewskiemu, to znaczy, że albo jesteś samobójcą i sabotażystą, albo, że po prostu nie jesteś dobrze przygotowany do swojej pracy. Pomocnik Lecha miał dużo miejsca i czasu, więc bezproblemowo przetransportował piłkę do Kownackiego i ten spokojnie ustrzelił dublet. Wynik został tak naprawdę ustalony już w końcówce drugiej połowy.

Teraz pierwszy i jedyny plus po stronie Pogoni – naprawdę na początku drugiej połowy dobrze zareagowaliśmy, rozgościliśmy się pod bramką Lecha, stworzyliśmy sobie wiele dogodnych sytuacji, ale niestety – albo nie umieliśmy ich wykończyć, niepotrzebnie holując piłkę, albo świetnie bronił Putnocky, który pokazał jak powinien bronić bramkarz drużyny aspirującej do europejskich pucharów. To kolejna ważna lekcja.

Po drugiej bramce ze spalonego w wykonaniu Deleva, Pogoń osiadła na laurach. Z jednej strony ciężko się dziwić, bo to był wyraźny znak od niebios, że dzisiaj nie mamy co myśleć o jakiejkolwiek bramce. Los wybitnie nam nie sprzyjał, choć bramki nieuznane były oczywiście w pełni słusznie. Swoją drogą, Bułgar dzisiaj naprawdę był dzikiem, nie tylko objeżdżał obrońców Kolejorza, ale on najzwyczajniej w świecie wkręcał ich w ziemię. Niestety, w dwóch najważniejszych momentach spalił pozycję i nadzieję, na jakikolwiek kontakt z gośćmi.

Spas Delev najlepszy w Pogoni

Delev schodząc z boiska został, całkowicie zasłużenie, pożegnany z brawami. Owacje dostał jeszcze jeden piłkarz, choć bynajmniej nie były one szczere, a całkowicie prześmiewcze. Szydercze wręcz. Jakub Słowik, bo o nim mowa, po raz kolejny przypomniał wszystkim, że pozycja bramkarza powinna być wzmocniona na wczoraj. Przecież jego zachowanie przy trzeciej bramce ciężko ubrać w słowa. Niektórzy zaraz po trzecim golu opuścili stadion, inni spuścili kurtynę milczenia. Dramat. Po raz kolejny.

W środę rewanż w Poznaniu.

Za niespełna pięć dni rozegrany będzie pierwszy mecz o finał Pucharu Polski między Pogonią, a Lechem. Jeżeli podopieczni Nenada Bjelicy przyjeżdżają do Szczecina i zabierają ze sobą komplet punktów w takim stylu, to ciężko zebrać jakiekolwiek pozytywne myśli. Ja, z racji, że jestem niepoprawnym optymistą, wpadłem na jeden szalony scenariusz: Lech będzie w środę tak pewny siebie, że nam ten mecz odda. Ba, My nawet specjalnie puściliśmy taką zasłonę dymną, żeby element zaskoczenia wykorzystać w najważniejszym momencie sezonu. To jest myśl. Szkoda, że kuriozalna i urojona w mojej głowie. My po prostu jesteśmy drużyną o wiele słabszą.

SKOMENTUJ WPIS KIBICA

Zostaw swój komentarz
Please enter your name here