Jedno zwycięstwo w siedmiu meczach. Dwie druzgocące porażki i cztery wymęczone remisy. Ostatnio podopieczni Kazimierza Moskala nie rozpieszczają kibiców na Pomorzu Zachodnim. Atmosfera wokół klubu zaczyna robić się coraz bardziej nerwowa, a na trenerze i piłkarzach częściej niż kiedykolwiek wylewane są wiadra pomyj. Co gorsze – ciężko szukać obecnie jakiejkolwiek nadziei na poprawę. Dziś postaram się zebrać do kupy wszystkie tegoroczne mecze i krótko je podsumować. Wszyscy masochiści – ręce na pokład!

Miłe złego początki…

Mecz z Piastem to był kontrast dwóch połówek. To taka metafora całego naszego sezonu. Raz jesteśmy kompletnymi nieudacznikami, a raz dzielnymi herosami. Pierwsza połowa była beznadziejna, miałka papka, stracony gol, brak ambicji. Po drugiej zaś w stanie egzaltacji popełniłem taki wpis na Twitterze…

https://twitter.com/ASkalski96/status/831215219393359873

Tak, zagraliśmy super, potrafiliśmy wrócić z dalekiej podróży. A na oko, było nam tak daleko jak ze Szczecina do Przemyśla. Jednakowoż udało się po świetnej drugiej połowie zdobyć trzy punkty. Dużo nadziei zostało wlane w nasze serca, bo jeżeli Jakub Słowik broni tak…

…to czy nie można zacząć się ekscytować i patrzeć z uniesioną głową w przyszłość?

Niestety, w kolejnych meczach Pogoń wyraźnie zainspirowała się pierwszą połową meczu z Piastunkami. Portowcy przeważnie grali w sposób równie rozczarowujący co wówczas. Tym większa szkoda, że na ten okres przypadły niezmiernie ważne mecze w których, najzwyczajniej w świecie, przeciągnięcie szali zwycięstwa na swoją korzyść było obowiązkiem.

Seria ważnych meczów

Wyjazd na Cracovię jest zawsze jednym z najważniejszych spotkań w sezonie. Szczególną rangę te widowiska mają ze względu na konszachty kibiców obu drużyn. Z pewnością piłkarze zdają sobie z tej sytuacji sprawę, więc zawsze powinni zostawić na boisku całe serce. Powiem szczerze – ze względu na pracę nie udało mi się zobaczyć w całości tego meczu, widziałem jedynie skróty. Przy straconej bramce – serce krwawiło. Jak się miało okazać – nie ostatni raz w najbliższym czasie. Nasza obrona niczym dzieci we mgle.

Wyjazdowy remis na trudnym terenie to jeszcze nie powód do wstydu i bicia na alarm. Najgorsze miało nadejść w kolejnych dwóch spotkaniach, po których pojawiło się mnóstwo uzasadnionych pytań co do drogi, jaką obieramy.

Lech przyjechał do Szczecina w niesamowitym gazie, więc porażka, jakkolwiek to zabrzmi, mogła zostać wliczona w koszty. To spotkanie było ważne z innego powodu – był to ostatni test przed arcyważnym spotkaniem w ramach Pucharu Polski, ostatnia chwila by nanieść poprawki i sprawdzić się na tle bezpośredniego rywala.

W tym meczu, podobnie jak z Piastem, decydująca okazała się pierwsza połowa. Dawid Kownacki napoczął nas w pierwszych minutach meczu, poprawił pod koniec pierwszej połowy. Do szatni schodzimy z dwoma bramkami. Po przerwie zmieniliśmy się nie do poznania, znów podobnie jak w meczu z Piastunkami. Tym razem nie udało się nawiązać chociażby kontaktu, a co gorsza – straciliśmy jeszcze jedną bramkę w końcówce spotkania. Co się rzuciło w oczy? Przede wszystkim każda z tych bramek padła po kardynalnych błędach. Pozostała nadzieja, że za kilka dni, w najważniejszym meczu sezonu, wyjdziemy z odpowiednim nastawieniem, takim jak w drugiej połowie z Piastem i Lechem, dołożymy do tego skuteczność i będziemy wystrzegać się błędów. Niestety, po raz kolejny boisko zweryfikowało nasz poziom i uwydatniło nasze braki.

Chwila prawdy

Mecz z Lechem w Poznaniu będę wspominał jeszcze długo, bowiem nie przypominam sobie, żebym kiedykolwiek odczuł tak wielkie rozczarowanie w kontekście Pogoni. To była upokarzająca porażka, która pozbawiła nas marzeń o finale na Narodowym. Porażka w tragicznym stylu i nie przystająca żadnemu profesjonalnemu klubowi piłkarskiemu, żadnemu piłkarzowi i żadnemu sportowcowi. Wszyscy wpadliśmy w ponure nastroje, które musiały udzielić się także w klubie. Balon pękł z ogromnym hukiem. Nie mogło być zresztą inaczej, gdy ośmieszasz sam siebie w taki sposób:

Powrót do rzeczywistości

Kolejne dwa mecze miały być stosunkowo łatwymi przeprawami w których zdobycie kompletu oczek powinno być obowiązkiem. Zamiast sześciu punktów po spokojnych meczach – zaledwie dwa po nerwówce i słabej grze.

W tym momencie sezon znów zaczął być dla nas ciekawy. Zamiast walki o pierwsze trofeum w historii, perspektywa walki o ligowy byt. Wypadliśmy z grupy mistrzowskiej i biorąc pod uwagę naszą obecną formę – nie zanosi się, abyśmy jeszcze tam wrócili. Po tych dwóch meczach sami piłkarze mówili zresztą, że zdarza się nam grać koszmarnie, a nastroje w szatni są fatalne. Nie zwiastowało to niczego dobrego przed meczem z Jagiellonią, czyli starcia z liderem ligi.

W to spotkanie weszliśmy naprawdę dobrze. Przez całą pierwszą połowę trzymaliśmy fason, graliśmy jak równy z równym. Wszystko jednak obróciło się w pył w momencie, gdy jak manna z nieba spadła na nas czerwona kartka dla Łukasza Burligi. Wydawało się, że takiego prezentu nie da się zaprzepaścić. Gra w przewadze z liderem, na własnym stadionie, w dniu, kiedy naprawdę wyglądamy dobrze, wystrzegamy się błędów i potrafimy stworzyć zagrożenie? Nie, wygrana w takim meczu to byłaby droga na łatwiznę.

Jagiellonia wzięła nas z “zaskoczki”

Przede wszystkim, to co trener powiedział i w czym miał słuszność – Gdy Jagiellonia zaczęła grać w dziesiątkę zaczęło się nam, paradoksalnie, grać trudniej. Od samego początku byliśmy nastawieni na otwarty mecz i faktycznie tak było. Później, gdy goście się zorganizowali, a zrobili to w sposób doskonały, wyglądaliśmy o wiele gorzej. Brakowało pomysłu, brakowało odwagi. brakowało jaj.

Ciężko przewidzieć sytuację, że będzie grało się w przewadze, ale drużyna powinna mieć wyćwiczone różne schematy gry na różne okazje. Jeżeli rywal ewidentnie próbuje obronić wynik i gra głębiej, to na taką okoliczność powinny być wypracowane schematy. My potrafimy grać z kontrataku, potrafimy wymieniać ciosy, ale brakuje nam piłkarskiego wyrachowania, co było aż nadto widocznie w ostatnich meczach. Rację ma więc trener – grało nam się w przewadze ciężej, ale należy też wskazać winnych tej sytuacji. A tutaj odpowiedzialność ponosi w głównej mierze sztab trenerski, który nie przygotował należycie piłkarzy do gry w ataku pozycyjnym.

Druga kwestia – dobór meczowej jedenastki i zmiany. Nieporozumieniem dla mnie jest wystawienie Davida Niepsuja, który zgłosił uraz mięśniowy na treningu dzień przed meczem. Wiem, że kadra ma braki wśród obrońców, ale naprawdę można było ustawić drużynę inaczej i nie podjąć zbędnego ryzyka. Przypominam, że w ustawieniu z Matrasem na środku obrony już występowaliśmy i nie wiem dlaczego w tej sytuacji znów nie skorzystaliśmy z jego usług. Mimo, że sam krytykuję takie ustawienie, to wydaje się, że w tej sytuacji było to jedyne rozsądne wyjście.

Co dalej?

W perspektywie mamy trzy mecze. Wyjazd na Legię (gdzie ostatni raz wygraliśmy w 2004 roku, a od tego czasu dostaliśmy w cymbał 15 razy), typowy mecz o pietruszkę w meczu rewanżowym z Lechem oraz przyjęcie gości z Gdyni w ramach meczu ligowego. Oczekiwania? Praktycznie żadne, zdobądźmy jakiekolwiek punkty z Arką i nie skompromitujmy się zbytnio w Warszawie. Pokażmy charakter w meczu z Lechem, bo na to zasługują kibice – wynik nie będzie i tak grał roli. Doczłapmy się w spokoju do końca sezonu i czekajmy aż ktoś posprząta ten pieprzony bałagan.

2 KOMENTARZE

SKOMENTUJ WPIS KIBICA

Zostaw swój komentarz
Please enter your name here