Obserwuj nas

Kibice

„Fanatycy”, czyli o (nie)szczęśliwie zakochanych bandytach

Fanatycy

Szary kibic przeważnie poznaje świat fanatyka, a właściwie jego małą część, z medialnych doniesień. Jeden z kiboli postanowił w swojej książce „Fanatycy. Futbol na śmierć i życie” przedstawić zwykłym zjadaczom chleba od tej prawdziwej strony jak wygląda przygoda najzagorzalszych kibiców, którzy jeżdżą za swoją drużyną na koniec świata, kroją i są krojeni. To lektura o ludziach zwanych przez innych bandytami potrafiącymi z miłości do klubu zrobić (prawie) wszystko.  

Kiedy koledzy z WE zaproponowali, żebym to ja napisał coś na podstawie publikacji „Fanatycy. Futbol na śmierć i życie”, początkowo miałem mieszane uczucia. No bo jak człowiek, na którego koncie wyjazdów widnieje okrągłe „0”, który nigdy nie poczuł atmosfery autokaru/pociągu pełnego kibiców, ma prawić swoje mądrości na temat fanatyków? Równie dobrze mógłbym opisać stan wód w Zimbabwe. Dlatego podczas realizacji swojego zadania zamiast oceniać fanatyków i pisać jak mają żyć, postanowiłem jako zwykły kibic skupić się na chociaż częściowym ich zrozumieniu.

fanatycyPo przeczytaniu „Fanatyków” śmiało mógłbym wypowiedzieć sławną sentencję Sokratesa: „Wiem, że nic nie wiem”. W momencie czytania książki, gdy tylko znajdowałem odpowiedź na nurtujące mnie pytanie, powstały kolejne. Jeśli mogę być obecnie czegoś pewien, to tego, że zwykły Kowalski czy Nowak 😉 nie zrozumie fanatyka, bez względu na to jak bardzo będzie się starał. Fanatyków nie rozumiałem, nie rozumiem i pewnie nie będę rozumiał tak samo jak numizmatyków. Niby jaka jest zasadność wydawania swoich pieniędzy na… inne pieniądze, tylko że starsze? Po co jeździć za swoim klubem po całej Polsce, a nawet Europie? Zamiast się telepać autobusem albo pociągiem przez równiny, czasem marznąć na obcym stadionie, równie dobrze można byłoby rozsiąść się w fotelu i obejrzeć mecz w TV. Po co robić oprawy i inwestować w nie m.in. swoje pieniądze? W tym miejscu moje niezrozumienie przenika się z podziwem dla pasji. To dzięki niej numizmatykom chce się zbierać monety, fanatykom jeździć na mecze, a mi odpalić Worda i napisać coś o Ekstraklasie na watch-esa.pl.

Jedni pewnie stwierdzą: „Jaka znowu pasja?! Numizmatycy albo kibice piszący na watch-esa.pl nie ganiają po ulicach czy lasach za innymi i nie zabierają szalików, nie palą rac na stadionach! (chociaż w przypadku tych drugich… Kto ich tam wie 😉) Dlatego kibole to nie kibice, tylko przestępcy!” Ostatnie zdanie, może w nieco zmienionych wersjach, słyszał chyba każdy z nas. Chuliganka to prawdopodobnie dla wielu fanatyków nieodłączna część kibicowania. Burdy na stadionach, polowania na autostradzie czy ustawki w lesie nie wystawiają im dobrego świadectwa u zwykłych ludzi. Mimo że obecnie te pierwsze odeszły w zapomnienie i na piłkarskich arenach nie dzieją się dantejskie sceny, to nadal spotykam się ze stwierdzeniami „kanapowców”, że niby można dostać tam w zęby. Na szczęście wraz z promocją Ekstraklasy i coraz bardziej rosnącą modą na reprezentację, to postrzeganie się zmienia. I bardzo dobrze, bo takie są fakty. Polskie stadiony są bezpieczne!

Ktoś pewnie rzuci: „A co z ustawkami? Bydło tak zwyczajnie może się bić w lesie?” Przyznam szczerze, że jeszcze przed przeczytaniem tej książki posiadałem dosyć jednoznaczny stosunek do takich „imprez”, czyli miałem je zwyczajnie w głębokim poważaniu. Doszedłem do wniosku, że jeśli grupa osób chce się bić ze sobą w środku lasu i każdy się godzi na ewentualne konsekwencje zdrowotne, to proszę bardzo. Jednak nie może w takich sytuacjach ucierpieć osoba trzecia. Już słyszę głos niektórych: „To może jeszcze zalegalizujemy te walki?!” Tutaj pojawia się problem, bo do kibicowskiej społeczności – tak jak do wszystkich – należą zróżnicowane charakterologicznie jednostki. Jeżeli żylibyśmy w idealnym świecie, gdzie wszyscy stosują się do zasad, to pewnie byłbym za tym rozwiązanym, ale w prawdziwym świecie po legalizacji wspominanych (nazwijmy to) wydarzeń sportowo-kulturalnych zapewne niektórzy uczestnicy zdobyte doświadczenia przenosiliby na ulice i wzrosłaby dodatkowo przestępczość. Podobnie sprawa ma się z racami. Owszem, dodają one wartości oprawie i całemu widowisku. Mimo to, nie mogą być zalegalizowane, bo stwarzają zagrożenie dla osób trzecich, rzec można – przypadkowych. Gdyby każdy mógł wnieść pirotechnikę na stadion, to pewnie znalazłyby się osoby, które wykorzystałyby ją np. do obrzucania zawodników. Na takie ryzyko nie można sobie pozwolić.

Niestety wiele osób uważa fanatyków za bandytów i koniec, kropka. O tym, że na temat fanatyków nie możemy myśleć zerojedynkowo, niech świadczy historia opisana przez autora wspominanej przeze mnie lektury.

„Przeszedł kiedyś taki, gdy składaliśmy kwiaty pod pomnikiem polskich lotników.

– Co tu, panowie, robicie? – zagadał.

– Czyścimy pomnik i składamy kwiaty.

– Dlaczego sprzątacie?

No, pytanie za milion dolarów.

– Musimy oddawać hołd naszym bohaterom – wyjaśnił kolega.

– A ty skąd w ogóle jesteś? – spytał drugi.

– Z gazety.

Pozwolę sobie nie wymieniać nazwy.

– To idź zajmij się jakąś Paradą Równości, chyba że chcesz pomóc.

Tamten przeszedł do rzeczy.

– Widzę, że jesteście kibicami. Chciałem zapytać, czy uczestniczyliście w sobotniej awanturze.

Kurwa, bezgraniczna bezczelność. Sprzedaliśmy mu przyjacielską radę, żeby raczył spierdalać zamiast przeszkadzać uczciwym ludziom, którzy czczą pamięć poległych.”

Myślę, że przytoczone wydarzenie idealnie pokazuje czym się kierują dziennikarze szukający sensacji. Po prostu „Kibole pobili…” lepiej się klika niż „Kibice pomogli…”. Nie sądzę, że nie powinno się pisać o chuligaństwie kibiców. Przeciwnie, ale obiektywność też wymusza pewne zasady. Niestety przeciętny zjadacz chleba naszpikowany informacjami o bójkach kiboli ma przed oczami obraz fanatyka podobnego do średniowiecznego wandala, który niszczy wszystko, co ma pod ręką, a przecież istnieją również zagorzali kibice będący po dobrej stronie mocy. Dowody poniżej.

 

Jedno z ważniejszych moim zdaniem przesłań książki „Fanatycy. Futbol na śmierć i życie” mówi o tym, że bez fanatyków nie ma klubu. To oni w razie jego upadłości czy złych wyników drużyny nadal przychodzą na stadion, dopingują i przede wszystkim robią atmosferę na meczach. Można ich nazywać pseudokibicami, przestępcami i Bóg wie jeszcze kim, ale gdyby nie oni, to każdy mecz na stadionie przesiedzielibyśmy na czterech literach, z lekką przerwą na „postój” w przypadku zdobycia przez naszych bramki i z zapętleniem śpiewali „my chcemy gola”, albo „jeszcze jeden”. Jeśli tak ma wyglądać kibicowanie w przyszłości, to czas przerzucić się na bierki.

Kibic. Piłka Nożna: od A-Klasy do Ekstraklasy.

Kliknij by skomentować

Zostaw odpowiedź

Twój adres email nie zostanie opublikowany.

Reklama

Musisz zobaczyć

Więcej z Kibice