foto: Monika Wantoła

Ostatnio Ekstraklasa zaczyna żyć od racowiska do racowiska. Kiedy kibole przekroczą kolejną granicę znowu rozpoczyna się dyskusja: nadal zakazywać, wymierzać bardziej restrykcyjne kary czy iść na ustępstwa? Jedni są za wypędzeniem „dziczy” ze stadionu razem z racami, drudzy uważają, że tylko legalizacja będzie rozwiązaniem problemu. Później zresztą i tak z tych debat nic nie wynika.

Racowisko na Legii

W tym sezonie najpierw szerokim echem obiło się racowisko na Legii, przez które trzeba było parę razy przerywać mecz. Kiedy wydawało się, że nie można zrobić lepszej antyreklamy pirotechnice na stadionie, wchodzą kibice Cracovii trzymając w jednej ręce piwo, które każą ci potrzymać, a w drugiej wyrzutnie przeznaczone do wystrzeliwania petard w sektor gości podczas derbów Krakowa. Potem w mediach słuchamy, że nie ma na to przyzwolenia, kluby muszą płacić, traci telewizja, bo czas antenowy, traci liga, której prawa do transmisji są coraz mniej warte, bo poddenerwowana TV nie chce wyrzucać pieniędzy w błoto itd. Oczywiście nie można zapominać o karach (za małych patrząc na przykładzie Cracovii) i zakazach, które potem i tak fanatycy będą mieli w głębokim poważaniu.

W idealnym świecie działaczy, prezesów i części kibiców mecze w Ekstraklasie są podobne do tych z najlepszych lig amerykańskich. Kibice mają przyjść na stadion, emocjonować się tylko meczem, pośpiewać „my chcemy gola”, ale tylko przez 40 min. Potem trybuny zamierają, bo wszyscy poszli wcześniej po giętą, żeby nie stać w kolejce. Po wyjściu każdy kupi klubowe gadżety. Wszystko jest pięknie, cacy. Z biznesowego punktu widzenia, tak powinno wyglądać spotkanie polskiej ligi. Czy jest to jednak możliwe? Obecnie można powiedzieć: nie i długo, długo nie. Dlaczego? „Bo są ci najgorsi i najobrzydliwsi kibole, którzy palą race, rzucają nimi na boisko i podtruwają ludzi. Oni wolą wnieść tyle pirotechniki, żeby wysadzić stadion, a dymem z rac mają się dusić na drugim końcu miasta.” Wychodzi na to, że fanatycy jedynie idą na rękę panu Januszowi oglądającemu mecz w domowym zaciszu, który korzystając z niezaplanowanej przerwy pójdzie na siku.

Eliminacja kiboli

Czy da się wyeliminować kiboli ze stadionu? Jak pokazuje przykład reprezentacji – tak. Mamy w końcu jedną z najlepszych drużyn narodowych na świecie, więc nie godzi się, żeby piłkarz z Ekstraklasy, zwłaszcza ten zza graniczny mówił, że u nas na meczu widział poparzone twarze. Później kibic i przede wszystkim sponsor z przykładowej Hiszpanii myślą, że na naszych stadionach dominuje patologia i nie warto tutaj inwestować.

W tym momencie prezes Boniek mógłby wyjść cały na biało i pokazać prezesom klubów wzorzec reprezentacji. Wtedy ich wyobraźnia przedstawiłaby im wizje sukcesów i bogactwa, dlatego postarają się pozbyć się fanatyków i usunąć race np. poprzez zarządzenie restrykcyjnych kontroli przy wejściu na stadion. Problem będzie rozwiązany? No nie do końca, bo pewnie kibole zabiorą zabawki i wyjdą z piaskownicy stwierdzając, że na takich warunkach działacze mogą bawić się sami. I co wtedy biedny prezes Piasta Szczecin (klub fikcyjny, wymyślony na potrzeby tekstu) ma uczynić? Nie ma rac – super, ale nie ma też kibiców – nie super. Po tym odkąd kibole się wycofali, stadion świeci pustkami. W drużynie nie gra Lewandowski z Zielińskim, więc zwykły Janusz woli otworzyć sobie piwko i usiąść przed TV. Szczególnie późną jesienią, kiedy jest zimno. Poza tym zastanówmy się, ile polskich klubów może sobie na takie działania pozwolić? Dwa, może trzy i to pewnie ze średnim skutkiem.

Race na stadionie

Race na stadionie były, są i być powinny (w przeciwieństwie do patologii, jaką jest rzucanie nimi w innych kibiców), ponieważ stadion to nie teatr. Na ekstraklasowej arenie nie ma i raczej nie zanosi się, żeby była teatralna widownia, bo i sam „spektakl” często nie wzbudza nadmiernego zainteresowania. Dopóki grają tacy piłkarze, a nie inni, to sama gra nie przyciągnie ludzi, a race po prostu rajcują kibiców i to nie tylko tych fanatycznych. Wcale nie zdziwiłbym się, gdyby część z tych, którzy piszą w Internecie jak bardzo nie pochwalają pirotechniki na stadionie, potem idzie na mecz i wrzuca na Instagram zdjęcia opraw.

Głupie kary

Podstawowym problemem jest wymyślanie kar za używanie pirotechniki na stadionie, walkowery za przerwanie meczu na 5, 6 czy 15 minut. Ciągle poruszamy się na tej samej płaszczyźnie. Kary nic nie dają? No to zwiększamy je, a kibole i tak zrobią po swojemu…

Jeśli aktualne przepisy nie są respektowane, to czemu mają służyć? Na co czekamy ze zmianami? Aż w końcu ktoś wyląduje na cmentarzu? Skoro obecnie mało kto się liczy z konsekwencjami łamania prawa, to może warto w końcu zalegalizować race i karać np. za rzucanie ich na murawę. Oczywiście ktoś może stwierdzić, że nie jest to rozwiązanie problemu. Nadal będzie prawdopodobna sytuacja, w której jakiś kibol w porywie emocji „wypuści” flarę z ręki i  trafi w zawodnika, stanie się tragedia, a wtedy spora grupa osób pójdzie na zieloną trawkę. No to może warto np. zalegalizować pirotechnikę tylko na danych sektorach, gdzie zainstalowane byłyby wyższe siatki uniemożliwiające dostanie się jej na murawę? To prosty przykład, a takich wyjść może być więcej, tylko trzeba chcieć podejść do tej kwestii pod innym kątem.

 

SKOMENTUJ WPIS KIBICA

Zostaw swój komentarz
Please enter your name here