Obserwuj nas

Retro

Puchar niemile widziany

puchar ligi

Tylko trzy finały, tylko trzy sezony, tylko dwaj zwycięzcy. Dłużej nie udało się tego pociągnąć. Prestiż rozgrywek był niemal zerowy, kluby wystawiały tam rezerwy zmieszane z chłopakami z Młodej Ekstraklasy, a organizatorzy nie wiedzieli już, co mają robić, żeby zwiększyć atrakcyjność. Mimo szlachetnych zamysłów, Puchar Ekstraklasy okazał się zbędnym dodatkiem, odtrąconym przez prezesów, kibiców, a przede wszystkim sponsorów.

Akcja-reaktywacja

Idea była prosta. W 2006 roku podjęto decyzję, aby przywrócić do życia zawieszone 4 lata wcześniej rozgrywki. Jasno określono cel: przywracamy splendor i dbamy o odpowiednie podejście marketingowe. Nie było to zadanie proste, m.in. dlatego że w latach ubiegłych cechą charakterystyczną była nieregularność. Raz grano, raz nie; były to bardziej zrywy niż odpowiednio zaplanowane i stałe działania.

Pierwszy i jedyny

1 kwietnia 1952 roku pierwszy puchar nazwano propagandowo Pucharem Zlotu Młodych Przodowników. Było to oczywiste nawiązanie do organizowanego w tym roku tzw. zlotu młodzieży robotniczej miast i wsi w Warszawie. Uczestniczyło w nim 12 zespołów, które zostały podzielone na dwie grupy. Żeby jeszcze bardziej podkreślić swoje nawiązanie do wspomnianego zlotu, faza końcowa rozegrana została w tym samym terminie – od 20 do 22 lipca; także w Warszawie, na Stadionie Wojska Polskiego. Pierwszym, i jak się okazało, jedynym zwycięzcą Pucharu Zlotu Młodych Przodowników, został Wawel Kraków, który pokonał Cracovię 5:1. Finał oglądało z trybun aż 50 000 widzów, co było niemożliwe do osiągnięcia w późniejszych latach.

Po ćwierćwieczu

Na kolejny puchar, o podobnym systemie, trzeba było czekać 25 lat. Odrzucono poprzednią nazwę, przyjmując za to tytuł Pucharu Ligi. I tym razem za długo nie pograno, bo tylko w latach 1977-1978. Organizatorami i pomysłodawcami byli dziennikarze „Sportu”. Dodatkowo, udało się porozumieć z PZPN i można było uznać puchar za oficjalny. Problematyczny okazał się termin. Spotkania o Puchar Ligi toczono bowiem… po właściwym, ligowym sezonie. Wskutek tego całe zmagania zostały przedłużone o miesiąc. Nikt nie był zadowolony, zresztą – czy dzisiaj ktoś by skakał z radości na taką sytuację, mając w perspektywie krótszy urlop? Szkoleniowcy, nie chcąc zbytnio eksploatować podopiecznych, wystawiali składy iście rezerwowe, niezgrane. Kibice nie byli z tego faktu zadowoleni, zatem stadiony świeciły pustkami. Wszystkie te działania zobrazowały sens istnienia Pucharu Ligi. A raczej sensu brak.

Dlatego w roku kolejnym, rozgrywki nie były firmowane już przez PZPN. Przeprowadzili je za to redaktorzy „Sportu”, co ciekawe – za zezwoleniem władz piłkarskiej centrali. Jednak z racji nieoficjalnego charakteru, kluby nie miały obowiązku przyjąć zaproszenia do uczestnictwa. Skorzystało 11 na 16. Dziennikarze uruchomili swoje kontakty i chcąc ratować swój projekt oraz wzbogacić rywalizację, zaprosili 4… węgierskie zespoły. Wiadomo, jak jest – Polak, Węgier, dwa bratanki. Mieliśmy więc w kraju mini europejskie rozgrywki. Jednak i tym razem, mizerność tego pucharu porażała. Kibiców nadal nie interesowały jakieś podrzędne potyczki, w dodatku z obcymi przybyszami. Nawet ambitni i wytrwali w inicjatywach dziennikarze zawiesili na czas nieokreślony Puchar Ligi.

Suma summarum, w drugim podejściu do tego typu rozgrywek mieliśmy dwóch triumfatorów: Odrę Opole i Górnika Zabrze.

Trzecia próba

W końcu, za trzecim razem, w roku 1999, miało się udać. Temat podjęto profesjonalnie. Orędownikami byli Zbigniew Boniek oraz Ryszard Raczkowski. Obydwaj chcieli, aby w piłkarskim terminarzu już na stałe zagościł Puchar Ligi Polskiej. Słów na wiatr nie rzucano, przystąpiono do konkretnych czynów. Na potencjalnych uczestników najlepiej działają pieniądze, więc przeznaczono na ten cel spore sumy, a zwycięzca zarobił w sumie ponad milion złotych.

Puchar Zlotu Młodych Przodowników został zorganizowany jako pierwszy i miał jednego zwycięzcę. Kolejny, czyli drugi, Puchar Ligi, miał już dwóch triumfatorów. Idąc tym rozwojem wydarzeń, za pewnik można było przyjąć, że trzecie podejście będzie oznaczać trzy edycje i trzech czempionów. I tak też było. Logika nas nie zawiodła. Szczęśliwcami byli Polonia Warszawa, Wisła Kraków i Legia Warszawa. 

Puchar Ligi zawieszono w 2002 roku z tych samych pobudek, co poprzednie odsłony. Kompletny brak zainteresowania – doszło nawet do tego, że w 2000 roku zaproszono do rywalizacji drugoligowców, aby chociaż dla nich nie był to zbędny obowiązek do odbębnienia.

A może teraz?

I tak dochodzimy do najnowszych prób przywrócenia animuszu i wigoru tego typu rozgrywkom. Po czteroletniej przerwie, w 2006 roku znów podjęto wyzwanie, mimo poprzednich przegranych z kretesem. Puchar Ekstraklasy miał być w środowisku piłkarskim novum. Takim, które zainteresuje każdą ze stron – i klub, i kibica, i sponsora. Jednocześnie wiedziano, że będzie to tylko uzupełnienie sezonu Orange Ekstraklasy, a nie jego konkurencja o widzów.

Pozytywnym znakiem było to, że znalazła się chętna stacja na transmitowanie PESA. Telewizja Polsat podpisała umowę na trzy kolejne edycje (06/07, 07/08, 08/09). Mecze były transmitowane w kanale Polsat Sport, natomiast finał był dostępny na niekodowanym Polsacie – przypomina to system przyjęty przez tę telewizję, jeśli chodzi o Puchar Polski.

Bohaterami byli wyłącznie ekstraklasowicze, wszystkie 16 zespołów. Aby pójść na rękę klubom, umożliwiono dokonanie aż sześciu zmian w ciągu jednego spotkania. Do tego, mogli się też pojawiać na boisku gracze niezgłoszeni do ligi, bądź też piłkarze przebywający aktualnie na testach. Był to wyraz świadomości, że PESA jest dopełnieniem, deserem po daniach głównych.

A fanów jak nie było, tak nie było. Średnia półfinałów wyniosła około 1800 widzów na mecz! Nie były to liczby, które zachwyciłyby spółkę Ekstraklasy. Nie przekonało to też telewizję Polsat, aby przedłużyć umowę na prawa do transmisji. Długo szukano zainteresowanego w miejsce Polsatu, ale nie znaleziono. Oficjalnie więc zawieszono PESA.

Puchar o pietruszkę, puchar pasztetowej, puchar Myszki Miki…

To tylko niektóre z określeń na znamienity Puchar Ekstraklasy. Okazało się, że nie ma sensu odgrzewać po raz kolejny tego samego kotleta. Nie dość, że był on już wiekowy, to jeszcze okazał się niestrawny…

Kliknij by skomentować

Zostaw odpowiedź

Twój adres email nie zostanie opublikowany.

Reklama

Musisz zobaczyć

Więcej z Retro