Obserwuj nas

Felietony

#RetroEsa – Widzew lata 90.

Co by nie mówić, drużyna Widzewa zawsze potrafiła zaskakiwać i trzymać w napięciu swoich kibiców do ostatnich minut spotkania. Obecnie wielu sympatyków łódzkiej drużyny wspomniana z nostalgią lata 90., kiedy ich zespół był w pewnym momencie nie do pokonania i nawet w trudnych momentach potrafił wyjść z opresji. Przewodnikami w tej opowieści będą świadkowie tamtych zdarzeń, czyli kibice: Igor Sałek; kibic z Łowicza znany jako „Stasiu” i pochodzący z Dolnego Śląska Michał. 

Złe dobrego początki

Po upadku Wielkiego Widzewa, w początkach lat 90. drużyna przebywała na zapleczu Ekstraklasy. Pod prezesurą Ludwika Sobolewskiego, który po raz kolejny podjął się tej roli, drużyna przebywa w niższej lidze tylko przez rok. W następnym sezonie 1991/92 Łodzianie zajęli trzecie miejsce w tabeli ówczesnej I ligi umożliwiające im udział w Pucharze UEFA (dzisiejszej Ligi Europy). W 1/32 padło na Eintracht Frankfurt. Wynik 2:2 w Łodzi dawał nadzieję na awans do kolejnej fazy. Jak się później okazało bardzo płonną, o czym może świadczyć przegrana aż 0:9 w rewanżu.

Moja historia z Widzewem zaczęła się w `92 roku. Przy okazji meczów z Eintrachtem. Miałem 7 lat. Te mecze pamiętam, jak przez mgłę, ale już wtedy wiedziałem, że to jest KLUB, z którym będę szedł przez życie. Jak się ma wspaniałego tatę – Widzewiaka, trudno o inną ścieżkę. Moja historia niektórym mogłaby się wydać i zapewne wydaje się dziwna, z racji tego, że od urodzenia mieszkam na Dolnym Śląsku. Bardzo szybko zrozumiałem, że takich, jak ja, są tysiące w całej Polsce, a niektóre miasta są naszymi bastionami od wielu, wielu lat – opowiada Michał.

Poniżej znajduje się skrót rewanżowego spotkania.

*Kibice Widzewa o słabszych nerwach oglądają filmik na własną odpowiedzialność.

Nowi właściciele

Na rok 1993 można wyznaczać powstanie kolejnej historycznej dla Widzewa drużyny. W czasie rodzącego się w Polsce kapitalizmu, łódzki klub przejęła trójka biznesmenów: Andrzej Grajewski, Andrzej Pawelec i pochodzący z Libii Ismat Koussan.

Przez parę kolejnych lat zespołowi niewiele brakowało do miejsca w czołówce ligowej tabeli. W sezonie 1994/95 zdobył kolejne od jedenastu lat wicemistrzostwo Polski ustępując wtedy tylko Legii Warszawa. Kolejne pojedynki obu wspomnianych drużyn niebawem przejdą do historii… „Ale nie uprzedzajmy faktów” – jak to zwykł mawiać Bogusław Wołoszański.

Drużynę zasilili m.in.: pozyskany z Jagiellonii – Marek Citko, Rafał Siadaczka czy powracający z Niemiec – Marek Koniarek. Stery powierzono nowemu trenerowi, który później stanie legendą klubu – Franciszkowi Smudzie prowadzącemu dotychczas ligowego średniaka – Stal Mielec.

– Za pierwszym przyjściem Smudy do Widzewa stał Andrzej Grajewski. Pamiętam, że od pewnego czasu mówiło się o zmianie trenera, ale nikt nie spodziewał się, że będzie to mało znany Smuda. Grajewski jednak był bardzo pozytywnie nastawiony do nowego trenera i nie interesowała go inna kandydatura. Patrząc z perspektywy czasu, decyzja o zatrudnieniu Smudy była strzałem w „dziesiątkę”. W tamtym momencie nikt nie zastanawiał się i nie dociekał dlaczego Polak (poprzedni trener – przyp. PK) odchodzi. Wszystko kręciło się wokół nowego trenera i decyzji Andrzeja Grajewskiego. Przyjście Smudy do Widzewa po raz pierwszy to jedna wielka niewiadoma. Nikt tak naprawdę nie znał za bardzo tego szkoleniowca. Internet wtedy nie był tak dostępny jak dziś, także pozostało zaufać działaczom i czekać na wyniki pod jego wodzą. Jak się potem okazało, kibice szybko pokochali Smudę. Tak grającej drużyny nie było w Polsce od lat – stwierdza Igor.

Za sprawą drugiego miejsca w lidze zespół mógł wrócić na europejskie salony. Widzew na początek łatwo uporał się z Walijskim – Bangor City, ale już w drugiej rundzie odpadł po rzutach karnych z Czarnomorcem Odessa. Porażka w pucharze wzmogła tylko apetyt na sukces w lidze.

– Moja przygoda z Widzewem zaczęła się w 1996 r., kiedy to Widzew zdobył swoje trzecie mistrzostwo, a ja miałem 12 lat. W tamtym sezonie klub nie przegrał żadnego meczu, co chyba nie zdarzyło się nikomu innemu? A Marek Koniarek zdobył tytuł króla strzelców z 29 bramkami. Zacząłem być Widzewiakiem na całego w maju, kiedy to Widzew grał pierwszy, z 2 pamiętnych meczów z Legią (bardziej zapamiętany jest oczywiście ten z 1997), a ja ten mecz oglądałem w telewizji publicznej (ostatni sezon przed transmisjami w C+?).

Wówczas te 2 kluby walczyły o mistrzostwo i mecz na Łazienkowskiej był kluczowy. (zwycięzca bezpośredniego starcie miał zapewniony fotel lidera – przyp. PK). Gdy Legia strzeliła na 1:0 wkurzyłem się i wyszedłem na rolki. Byłem pewien, że jest po sprawie. Gdy jeździłem, pod blokiem, usłyszałem ryk mojego taty, który niósł się z balkonu naszego mieszkania. Oczywiście wiedziałem, że strzelili i wróciłem. A wtedy Widzew zdobył drugą bramkę i wygrał ten mecz. Radość ogromna, jednak sprawa mistrzostwa nie była jeszcze do końca przesądzona – opowiada „Stasiu”.

Widzew nie mógł być wtedy jeszcze pewny tytułu, ponieważ do końca sezonu pozostawały jeszcze trzy kolejki.

„Stasiu” dodaje:  Pojechaliśmy z tatą pierwszy raz na mecz, żeby podziękować za zwycięstwo na Legii. Mecz ten odbywał się zaraz po meczu na Łazienkowskiej. Jechaliśmy pociągiem z Łowicza, z przesiadką w Skierniewicach. Po drodze pociąg zatrzymał się w Koluszkach, gdzie wsiadło morze ludzi, w pomarańczowych flekach. Pamiętam, w pociągu bitwę, dla zabawy, na zawiązane szaliki, między osobami z różnych fan-clubów RTS-u. Jednak dla 12-latka wydawało się to poważne starcie 😉 Na meczu bardzo dużo ludzi, nie pamiętam niestety, że Marek Koniarek strzelił wtedy wszystkie 4 bramki. Jednak do mistrzostwa brakowało jeszcze remisu w następnej kolejce, w Poznaniu, co nastąpiło. Nie zapomnę nigdy przyśpiewki, którą wtedy śpiewał cały stadion (na melodię „Szła dzieweczka do laseczka”):

„Gdzie jest ta Warszawa, gdzie jest ten mistrz?

Gdzie jest ta Żyleta i Szpakowski?

Poległa Warszawa, poległ ten mistrz!

Poległa Żyleta i Szpakowski!” 

Po sezonie do drużyny Widzewa z Legii przenieśli się Maciej Szczęsny i Radosław Michalski.

„Panie Turek, kończ Pan ten mecz!”

Zdobycie mistrzostwa pozwoliło Widzewowi na udział w eliminacjach do fazy grupowej Ligi Mistrzów, która została przechrzczona tak kilka lat wcześniej. Ostatnim stopniem na schodach do piłkarskiego raju było Brondby IF. W pierwszym meczu Widzew wygrał 2:1 i jechał do Danii bronić zaliczki, co okazało się bardzo trudnym zadaniem. Po prawie 50 minutach gry mistrz Polski przegrywał 0:3. Do awansu brakowało aż dwóch goli. Nadzieję dał Marek Citko, a w ostatnich minutach zasmucił gospodarzy Paweł Wojtala lub Sławomir Majak. Do tej pory trwają dywagacje, który z nich zdobył wtedy bramkę. Piłkarze Brondby ruszyli w szaleńczą pogoń, podnosząc ciśnienie komentującemu to spotkanie Tomaszowi Zimochowi i kibicom polskiej drużyny…

Pojedynki w fazie grupowej Ligi Mistrzów

Widzew trafił do grupy B z Borussią Dortmund  (przyszłym zwycięzcą), Atletico Madryt i Steauą Bukareszt.

– Osobiście uważam, że Widzew w fazie grupowej pokazał się z bardzo dobrej strony. Tak naprawdę tylko w Łodzi z Atletico przegrał wysoko (1:4 – przyp. red.), ale i tak wszyscy pamiętają bramkę Marka Citki, który przelobował Jose Molinę z połowy boiska – wspomina Igor.

Na kolejną piękna bramkę trzeba było poczekać do rewanżowego meczu z mistrzem Rumunii wygranym przez Widzew 2:1. Jego ozdobą było potężne uderzenie Ryszarda Czerwca zaaplikowane pod poprzeczkę.

– Najbardziej w pamięci utkwił mi mecz z Borussią w Łodzi. Pewnie dlatego, że byłem obecny razem z tatą i bratem na stadionie. Kapitalna atmosfera, pełny stadion, znakomity mecz w wykonaniu Widzewa, który postawił się niezwykle mocnej ekipie z Niemiec. Pamiętam jakby to było wczoraj, jak Jacek Dembiński w ciągu 5 minut strzelił Borussii dwie bramki i wyprowadził zespół na prowadzenie 2:1. Radość była nie do opisania, wszyscy się ściskali, cieszyli. Widzew postawił się niemieckiej ekipie, będąc w wielu momentach zespołem po prostu lepszym. Spotkanie zakończyło się remisem 2:2. Emocje jakie w tamtym meczu przeżyłem i duma z zespołu zostaną w pamięci do końca życia. Występ Widzewa w Lidze Mistrzów był znakomity. Bramki jakie piłkarze tej drużyny zdobywali były pokazywane nie tylko w polskiej telewizji –  stwierdza Igor.

Ostatecznie łódzki zespół zając trzecie miejsce w tabeli z dorobkiem 4 pkt. Na kolejne zdobycie w fazie grupowej Ligi Mistrzów przez polską drużynę trzeba było poczekać 20 lat.

Wyszarpane mistrzostwo

– Mecz z Zagłębiem Lubin w ‘96. Jakież to było niewymowne szczęście zobaczyć na żywo najlepszych piłkarzy i kibiców w Polsce. Odliczałem miesiące i dni do tego meczu. Wraz z ojcem zabraliśmy kilku kumpli z mojej klasy. To były czasy, kiedy na podwórkach w Polsce każdy chciał być Markiem Citką! U mnie w mieście jednak było inaczej. Większość sympatyzowała z warszawską Legią. Z tego tytułu często dochodziło do dziecięcych bójek przed lub po szkole. Raz nawet kolega wrócił do domu z połamanym palcem, ale w barwach. To były czasy, gdzie dzieciaki rzeczywiście do szkół chodziły w szalach – opowiada Michał.

W sezonie 1996/97 w I lidze jak w poprzednim roku liczyły się tylko dwie drużyny, dlatego w końcowym rozrachunku strata trzeciej Odry Wodzisław wynosząca 32 pkt do drugiego miejsca nie powinna dziwić. Losy tytułu również rozegrały się przy Łazienkowskiej. Przedostatnia kolejka spotkań miała zdecydować kto tym razem będzie się cieszył z mistrzostwa. Przed bezpośrednim meczem to Widzew był w lepszej sytuacji, bo posiadał jednopunktową przewagę nad Legią. Po 11 minutach gry tytuł już jechał do Warszawy, po tym jak Kucharski wyprowadził Legię na prowadzenie. Wypadki przybrały jeszcze gorszy bieg dla zespołu Smudy w 57. minucie. Gospodarze wbili piłkę do bramki strzeżonej przez Szczęsnego po raz drugi.

Gdy mecz zbliżał się ku końcowi, sędzia – Andrzej Czyżniewski złapał kontuzję. Przerwa w grze przyniosła Widzewiakom nowe siły. Gola na 1:2 strzelił Majak stając oko w oko z uwielbianym przez miejscową publikę – Szamotulskim. Czas płynął nieubłaganie, a trzeba było strzelić jeszcze jednego gola. Po dwóch minutach Siadaczka wrzuca w pole karne na głowę Gęsiora, który pakuje piłkę do bramki. Kibice Widzewa zwariowali, bo remis równał się praktycznie ze zdobyciem mistrzostwa. Nikt nie wyobrażał sobie, że w ostatnim meczu Raków może się przeciwstawić łódzkiej drużynie. Na moment serca gości znowu zamarły – Kucharski zdobył bramkę. Huk spadających kamieni z ich serc, po tym jak sędzia odgwizdał spalonego, był słyszalny lata świetlne od miejsca rozgrywania meczu. Gdy Widzew dobił rywali na 3:2 nikt nie miał już wątpliwości, że mistrzem został klub z Łodzi.

– To chyba najsłynniejszy mecz w historii polskiej ligi. Byłem wówczas, jako 13-latek, na wycieczce w Poznaniu i okolicach. Poprosiliśmy, żeby kierowca włączył radio. Legia strzeliła jedną bramkę, potem drugą. Dojechaliśmy do internatu, gdzie nocowaliśmy. Opuszczaliśmy autokar bardzo smutni, za to cieszył się jeden nasz kolega, który kibicował wojskowym. Gdy rozpakowaliśmy manatki, włączyliśmy radio i dowiedzieliśmy się, co się wydarzyło. Euforia była niesamowita, biegaliśmy po korytarzach, krzyczeliśmy. Widzew wygrał i zdobył czwarte mistrzostwo! Nasz nauczyciel śmiał się z nas co nie miara – wspomina Stasiu.

Po czym dodaje: „Tak jak sezon wcześniej, również pojechaliśmy z tatą podziękować za zwycięstwo na Łazienkowskiej. Podróżowaliśmy dużym fiatem (125P), który wtedy mieli moi rodzice. Był to ostatni mecz sezonu, zaraz po słynnym 2:3, świętowanie mistrzostwa. Było bodajże 18 tysięcy widzów, co na niedużym stadionie jest nie lada wyczynem. Istniało ryzyko, że nie wejdziemy, jednak tata kupił bilety u konika. Na meczu – masa ludzi, pamiętam grupę kibiców Rakowa, która nie włączała się do meksykańskiej fali idealnie niosącej się po „estadio.

Przed meczem, zapoznać się z murawą wyszli piłkarze Widzewa. Patrzyło się na nich jak na bogów. Grali w Lidze Mistrzów, 2 razy z rzędu wygrali mistrzostwo, co prawda, w obydwu sezonach, bez jakiejś dużej przewagi punktowej na Legią, ale pogrążyli ich nieziemsko. Majak, Dembiński, Łapiński – prawdziwe gwiazdy.

Rok wcześniej wszystkie bramki strzelił „Koniar”, teraz Dembiński x5! Widzew mógł wygrać wyżej, ale wszystkie piłki grali na Jacka, gdyż walczył do ostatniej kolejki o króla strzelców. Jednak tytuł zdobył Mirosław Trzeciak z ŁKS. Po meczu odbywała się feta, której za dobrze nie pamiętam. Pamiętam lodówkę pełną szampana, na murawie, jako nagrodę od jakiegoś sponsora. Wówczas pierwszy raz śpiewaliśmy przyśpiewkę, na melodię „Niech żyje wolność”, którą do dziś śpiewają inne kluby, jednak pasuje ona tylko do tej konkretnej sytuacji (było już 2:0):

„Śniło ci się berło, berło i korona,

było już 2:0, k… p….”
Po Ligę Mistrzów

Po zdobyciu kolejnego mistrzostwa w zespole nastąpiły zmiany. Ucierpiała formacja ofensywna po tym jak Dembiński i Majak odeszli do Bundesligi. Miejsce w ataku zajął pozyskany od rywala zza miedzy Maciej Terlecki.

W eliminacjach do fazy grupowej Ligi Mistrzów na początek Widzew zmiażdżył w I rundzie Nefci Baku w dwumeczu aż 10:0. W kolejnej fazie padło na silny włoski zespół – AC Parma. Wygrana w dwumeczu umożliwia awans. W Łodzi skończyło się porażką gospodarzy 1:3. Bramka Michalczuka dawała jeszcze nadzieję. Różnica dwóch bramek była teoretycznie do odrobienia, co zresztą drużyna pokazała kilka miesięcy wcześniej. W rewanżu piłkarze Parmy nie pozostawili złudzeń. Skończyło się 4:0.

Rozgrywki ligowe także nie należały do łódzkiej drużyny. Miejsce tuż za podium uniemożliwiło grę w Europie, a na dodatek po zakończeniu sezonu do Wisły Kraków odszedł Franciszek Smuda.

– Gra w Lidze Mistrzów przyniosła spore środki finansowe. Wydawało się, że Widzew nie będzie miał problemów z pieniędzmi, walczył o najwyższe cele. Niestety środki jakie wpłynęły z gry w pucharach gdzieś się rozeszły, właściciele zaczęli się między sobą kłócić. Zaczęły się problemy z finansami, zaczęto wyprzedawać najlepszych piłkarzy, żeby można było łatać dziurę w budżecie. Po zakończeniu sezonu 1997/1998 Smuda otrzymał bardzo dobrą ofertę z Wisły Kraków, która finansowo i sportowo zaczynała być poza zasięgiem Widzewa i innych klubów, więc zdecydował się odejść. W Krakowie miał dobry zespół, spokojną sytuację organizacyjną. W Widzewie zaczęło się sypać praktycznie wszystko, dlatego uważam, że odejście w tamtym czasie było jedyną słuszną decyzją jaką mógł podjąć Smuda – stwierdza Igor.

Mimo że klub miewał problemy, to po dwóch latach nadarzyła się szansa wystąpienie w eliminacjach Ligi Mistrzów.

– Sytuacja [w lidze w sezonie 1998/99] była o tyle ciekawa, że mistrzostwo miała zapewnione Wisła, która zaczynała lata swojej hegemonii. Jednak, z racji rzutu nożem, przez „Miśka” w Dino Baggio, klub z Krakowa nie mógł wystąpić w eliminacjach do Ligi Mistrzów. O drugie miejsce premiowane grą w eliminacjach do LM, walczyły: Lech, Legia i Widzew. Wszystko miało rozstrzygnąć się w ostatniej kolejce. Poznaniacy niespodziewanie przegrali z Ruchem Radzionków. W stawce pozostały więc znowu zespoły z Łodzi i Warszawy. W tym samym czasie odbywały się derby Łodzi i stolicy, oba kluby miały po tyle samo punktów. W eliminacjach grał więc zespół, który wygra wyżej w swoich derbach i wyprzedzi przeciwnika w tabeli, różnicą bramek.

Wojskowi rozgromili Polonię 3:0, jednak RTS wygrał z ŁKS-em 5:0 i to my walczyliśmy, niestety nieudanie, o ponowną grę w europejskiej elicie. Pamiętam, że w przerwie meczu, po wpuszczeniu kilku bramek, po prostu uciekł ze stadionu bramkarz ŁKS-u Bogusław Wyparło, który bronił w tym meczu. Dużo ludzi miało odbiorniki radiowe i nasłuchiwało wyniku z Warszawy. Nie zapomnę, gdy jeden z kibiców irytował się, że na chwilę przerwali transmisję radiową z derbów stolicy i mówili o zawodach samolotowych, a konkretnie o modelu Wilga. „Ja pier… mecz grają, a oni, że Wilga super samolot”. Miała miejsce również spora zadyma, która spowodowała przerwanie meczu. Chodziły słuchy, że po to, aby mecz w Łodzi skończył się później niż w stolicy i żeby było wiadomo ile trzeba wygrać – opowiada Stasiu.

Marzenia o upragnionym awansie do fazy grupowej Ligi Mistrzów znowu pogrzebała włoska drużyna – Fiorentina w dwumeczu zakończonym wynikiem 5:1.

W kolejnych latach Widzew osuwał się w ligowej tabeli, co doprowadziło w sezonie 2004/05 do spadku. Mimo, że drużyna po paru latach powróciła do Ekstraklasy, to jeszcze długo musiała mierzyć się z problemami. Marzenia o europejskich pucharach przeistoczyły się na nadzieję, że uda się w ogóle przetrwać. Nie udało się… Chociaż po tym co teraz się wyprawia wokół obecnego Widzewa ktoś tego żałuje…?

Opracował: Patryk Kapa

Źródło:

Kibic. Piłka Nożna: od A-Klasy do Ekstraklasy.

Kliknij by skomentować

Zostaw odpowiedź

Twój adres email nie zostanie opublikowany.

Reklama

Musisz zobaczyć

Więcej z Felietony