Obserwuj nas

Retro

RetroEsa #1 Widzew Łódź (lata 70. – 80.)

Widzew to jeden z nielicznych przykładów (jedyny?) klubów, w którym z niczego, zaczynając od piątego poziomu rozgrywkowego zbudowano zespół mogący pokonać najlepsze zespoły w Europie, takie jak Liverpool, oba Manchestery czy Juventus. Wielu kibiców zapewne może się zastanawiać: jak w ogóle do czegoś takiego mogło dojść? Przypadek, szczęście, a może ludzie wyprzedzający swoje czasy? Wielka drużyna Widzewa z lat. 70. i 80. zapisała się złotymi zgłoskami na kartach historii polskiej piłki i jeszcze długo będziemy musieli czekać na zespół, który przebije jej sukcesy. Historię tamtego RTS wzbogacą komentarze kibiców: Tomasza Gawrońskiego i Lecha Pacela.

Było ich trzech…

Wielki Widzew tak naprawdę narodził się w głowie legendarnego prezesa klubu – Ludwika Sobolewskiego, który razem ze swoim współpracownikiem Stefanem Wrońskim i trenerem Leszkiem Jezierskim, z piłkarzy wyplutych przez lepsze w ówczesnym czasie kluby zbudowali potwora. Żeby lepiej zobrazować ten niecodzienny przypadek, przełożę to na obecne czasy. Wyobrażacie sobie taką sytuację: klub z obecnej IV ligi kupuje zawodników nie łapiących się do składu zespołów z I ligi, a potem po kilku latach ta drużyna gra w Ekstraklasie, później zdobywa wicemistrzostwa, mistrzostwa i pokonuje w ćwierćfinale Ligi Mistrzów Barcelonę. Niemożliwe? Podobnej sztuki dokonali ponad czterdzieści lat temu Sobolewski z Wrońskim.

– [Sobolewski] Przeszedł do Widzewa, bo prawdopodobnie wyrzucili go ze Startu po 1968 r. na fali czystek. Tam nie udało mu się zrealizować planu, bo miał wizję klubu jedno sekcyjnego. W momencie, kiedy przyszedł do Widzewa, były tu dwie mocne sekcje: kolarstwo i boks. Sekcja piłki miała tradycje, ale nie miała bieżących sukcesów. Do tego był jeszcze wspomniany Start i silny wojskowy Orzeł. I ŁKS – wielki moloch komunistycznego sportu – który pożerał, a następnie wielokrotnie marnował to co najwartościowsze z innych mniejszych łódzkich klubów. I jak się tu teraz przebić? Jestem ciekawy jaki wpływ na to co „Sobol” zrobił potem w RTS-ie, miały jego powojenne doświadczenia. To co mu się udało… jest wprost niewiarygodne! Dlatego, że w Polsce nie ma przykładu takiego drugiego klubu, który zdominowałby konkurencje nie tylko w rodzimym mieście, kraju, ale walczył a Europie jak równy w równym. Nie udało się Bałtykowi z Arką, Szombierki nie przebiły się w Bytomiu, a Widzew jednak wypłynął. Jego twórcy mieli wizję i wierzyli w to, że na piłce da się zarobić – stwierdza Pan Tomasz Gawroński.

Pod koniec lat 60. Widzew zatrudnił jako trenera Leszka Jezierskiego – legendę obu najbardziej utytułowanych łódzkich klubów. Wtedy „Napoleon” nie przystał na kontynuowanie współpracy z wówczas drugoligowym ŁKS na innych warunkach. Miał zostać zdegradowany ze stanowiska pierwszego trenera, na asystenta nowo zatrudnionego Węgra – Hariego. Mimo wielu propozycji przystał na tę z Widzewa, który grał na piątym poziomie rozgrywkowym w lidze okręgowej. Później do jego drużyny sprowadzono zawodników, z którymi nie wiązano przyszłości w ŁKS i innych klubach mieszczących się blisko Łodzi.

– Generalnie nie było istotne to, czy zawodnicy byli odpaleni z ŁKS czy z innego klubu. Stworzono pewną wizję, która pociągała ludzi. Nie tylko tych na boisku, ale też sztab szkoleniowy i działaczy. Dobierano współpracowników nie tylko z pewnymi cechami charakteru, ale i z umiejętnościami. Teraz w wielu wypadkach piłkarze są bardziej produktami marketingowymi. Drogo sprzedawani i kupowani, ale nie są to piłkarze dobrzy. O Sobolewskim mówi się jedno: znał się na piłce. Oczywiście zdarzały się pomyłki, ale generalnie przez lata miał fart, że potrafił dobrze dobrać zawodników. Kto znał takiego piłkarza jak Romke, Filipczak czy Kamiński? Nie każdy nawet bardzo dobry piłkarz pasuje do każdej drużyny. Dobór właściwego kandydata jest sztuką. I Sobolewski tą umiejętność posiadł. „Powyrywać” z konkurencyjnych drużyn najlepszych piłkarzy i posadzić ich później na „ławce rezerwowych” – po tym najłatwiej poznać partaczy.

Sobolewski rozpoczął pracę w Widzewie na początku 1970 r. Drużyna zaliczała szybkie awanse, przez co już w sezonie 1972/73 grała w II lidze. Pozyskiwano kolejnych zawodników, którzy później stali się znani szerszej publiczności: braci Surlit – Wiesław (bramkarz) i Krzysztof (pomocnik), którzy słynęli z niespotykanej siły czy Pawła Janasa. Kolonię byłych graczy ŁKS stanowili: Zdzisław Kostrzewiński, Andrzej Grębosz, Tadeusz Gapiński, Wiesław Chodakowski, Andrzej Pyrdoł.

Za dobry na asystenta

Szczególne okoliczności miało zatrudnienie wspomnianego Andrzeja Pyrdoła. Były zawodnik ŁKS z powodu kontuzji postanowił zawiesić buty na kołku i pomóc trenerowi Jezierskiemu w Widzewie. Później okazało się, że asystent nie ustępuje zawodnikom na boisku. Dlatego po powrocie do zdrowia wznowił karierę.

Dobór zawodników

Zawodnicy sprowadzeni do Widzewa mieli jeszcze coś do udowodnienia. Wśród nich były silne charaktery.

– Piłkarze dostosowywali się do pewnego środowiska. Pyrdoł jest bardzo spokojnym, rzeczowym człowiekiem. To samo mógłbym powiedzie o Gapińskim. Oni nie sprawiają wrażenia krwiożerczych widzewiaków. Jednak w pewnym momencie wychodzili na boisko i dopasowywali się do pozostałych. Widziałem np. w „akcji” Surlitów. Pierwsza połowa lat 90 – tych mecz na Widzewie z Lechem. Po pierwszej połowie Widzew przegrywał chyba 0:3, a sędzia tak „wałkował”, że było to, aż niesmaczne. No i w przewie przy wyjściu z klubu dopadli go obaj bracia. Było „gorąco” więc nie powiem, że to byli „grzeczni” chłopcy. Tyle, że ci bardzo różni ludzie u „Sobola” stworzyli najlepszą polską piłkarską drużynę wszech czasów.

Leszek Jezierski mimo swojego zacięcia do ciężkich treningów, dawał swoim piłkarzom niekiedy trochę swobody np. przy wyborze składu lub zawodników, których ma klub kupić. To pokazuje, że drużyna była niezwykle zintegrowana, a jej celem był rozwój grupy, a nie tylko indywidualne korzyści.

W awansie trzeba pomóc…

W sezonie 1974/75 Widzew wywalczył upragniony awans do I ligi. W tamtych czasach działacze polskich klubów pomagali swoim piłkarzom nie tylko poprzez trzymanie kciuków. Ci z Widzewa nie byli odosobnionym przypadkiem, dlatego w końcówce wspomnianego sezonu także dołożyli do awansu od siebie trochę więcej niż powinni…

Wówczas II liga była podzielona na dwie grupy: północną i południową. Mistrz każdej z nich miał zapewniony awans. Widzew grał w grupie północnej, gdzie prowadził zacięty pojedynek z Lechią. W jednej z ostatnich partii łodzianie wygrali swoje spotkanie i liczyli, że Lechia pogubi punkty w meczu z Ursusem. W tym celu kierownik drużyny – Wiesław Kaczmarek pojechał do Warszawy „zachęcać” zawodników Ursusa do lepszej gry. Być może wysłannik nie wierzył specjalnie w umiejętności warszawian, dlatego zaproponował wyższą kwotę niż posiadał. Piłkarze miejscowych (nie)mile go zaskoczyli i zdołali zremisować z lechistami. Kiedy odkryto, że Kaczmarek nie ma wymaganej sumy, atmosfera trochę się zagęściła i musiał ewakuować się ze stadionu. Później całą sprawę udało się załatwić i spłacono dług.

Boniek w Łodzi

Zbigniew Boniek to jedna z największych legend Widzewa. Zapewne nie przeniósłby się do Łodzi, gdyby nie pewna niefortunna sytuacja. W sezonie 1974/75, kiedy Widzew walczył z Lechią o awans, początkowo w grze był także Zawisza z Bońkiem w składzie. W meczu z Lechią bydgoszczanie przegrywali 0:1 i tylko karny podyktowany w końcówce spotkania mógł jeszcze podtrzymać ich marzenia o I lidze. Do wykonania jedenastki wytypowano Bońka, który nie wykorzystał szansy. Po meczu Zdzisław Krzyszkowiak – postać szanowana w Zawiszy, rzucił kilka prowokujących słów w stronę młodego zawodnika. Boniek słynący ze swojego temperamentu podobno odpowiedział w niewybredny sposób. Okazało się później, że to był jego koniec w Zawiszy. W następnym sezonie grał już dla pierwszoligowego Widzewa.

Źródło: commons.wikimedia.org; Autor: Molendijk, Bart / Anefo

Po kilku latach, w reprezentacji zawodnik początkowo także nie miał łatwo. Starszyźnie nie spodobał się buńczuczny pomocnik, który nie miał kompleksów przed uznanym Kazimierzem Deyną. Jak wspomina Andrzej Szarmach w swojej autobiografii „Andrzej Szarmach. Diabeł nie anioł” podczas chrztu nowych przed MŚ w Argentynie, najmocniej klapkiem po czterech literach dostał właśnie Boniek za swoją arogancję.

Karny za alkohol

W sezonie 1975/76 już w drugim meczu wypadły derby Łodzi na stadionie przy al. Unii. Widzew na początku meczu przygrywał 0:1, by ostatecznie wygrać 2:1. Świetną drugą połowę rozegrał Tadeusz Błachno, który najpierw wykorzystał karnego. Jeszcze przed strzałem założył się z jednym z najlepszych bramkarzy – Janem Tomaszewskim o butelkę alkoholu. Następnie w końcówce spotkania widzewiak pokonał golkipera rywali strzałem z dystansu. Zwycięstwo smakowało szczególnie, bo Jezierski i inny odrzuceni z ŁKS, mieli rachunki do wyrównania.

 „Napoleon” wraca do ŁKS

Po zaledwie jednym sezonie spędzonym w I lidze z Widzewa odszedł jeden z głównych budowniczych zespołu – Leszek Jezierski. Z opisanej przez red. Wawrzynowskiego w książce „Wielki Widzew. Historia polskiej drużyny wszech czasów” sytuacji trener postanowił odejść, po tym jak na zgrupowaniu zasłyszał w hotelu rozmowę swoich zawodników, którzy m.in. stwierdzili, że takiej drużynie nie potrzeba szkoleniowca.

Prezes Sobolewski początkowo nie mógł znaleźć godnego następcy, a piłkarze przyzwyczajeni do sposobu pracy Jezierskiego nie chcieli zmieniać swoich przyzwyczajeń.

Wychowanie widzewiaków

– Ważną rzecz mówiła żona trenera Kowalskiego (objął stanowisko po Pekowskim, a ten po Jezierskim – przyp. PK) o tym, że „wychowywały” żony piłkarzy. Po to, żeby chłopaki wszystkich pieniędzy na raz nie przepuścili i żeby ich pilnowały, bo z tego (ich gry Widzewie) może być coś więcej. Zresztą Widzew miał fajne programy wychowawcze takie – socjalistyczne, rodem z przedwojennych PPS (Polska Partia Socjalistyczna – przyp. PK), a nie tego PRL-owskiego. Opierało się to na wizji mądrego, praktycznego podchodzenia do życia, czyli, że ludzi wychowujesz, kształtujesz, pomagasz im. To, że ktoś jest młody i ma dużo pieniędzy, nie znaczy, że będzie miał je zawsze. I trzeba to, temu młodemu człowiekowi jakieś uświadomić. Widzew potrafił to robić, choć zdarzały się też i na tym polu porażki – mówi Pan Tomasz

Smolarek idzie do Legii

Wkrótce potem Legia zgłosiła swoje zainteresowanie Zbigniewem Bońkiem i Pawłem Janasem. W takiej sytuacji trzeba było im załatwić papiery studenckie, co zresztą się udało po uprzednim zaproponowaniu pewnej sumy. Zamiast dwóch decydujących wtedy o grze Widzewa zawodnikach do Legii powędrował młody Włodzimierz Smolarek, który pod odbyciu służby miał propozycję pozostania w Warszawie. Z powodu początkowego niezdecydowania działacze Legii chcieli go przekonać do siebie zlecając mu pracę stajennego. Tym posunięciem chyba zrobili przysługę Widzewowi, ponieważ później Smolarek opowiadał, że swoją szybkość zawdzięcza ściganiu się z końmi.

Przygodę w europejskich pucharach czas zacząć

Zaledwie po dwóch latach przebywania w I lidze w sezonie 1976/77 Widzew zdobył pierwsze wicemistrzostwo kraju, które gwarantowało start w Pucharze UEFA – odpowiednika dzisiejszej Ligi Europy. W 1/32 los skrzyżował go z Manchesterem City. Po słabym początku ligowego sezonu Pawła Kowalskiego zastąpił Bronisław Waligóra – były trener Zawiszy.

Przed pierwszym meczem z Anglikami Widzew mógł być skazywany na porażkę. Łodzianie nie radzili sobie w lidze, a ich rywale przewodzili krajowej stawce. Mecz rozgrywany na Main Road przez większą część nie układał się po myśli widzewiaków. Po 50 minutach gry przegrywali już 0:2. Wynik mógł być jeszcze bardziej okazały, gdyby nie pewność w bramce Burzyńskiego. Gdy wydawało się, że gospodarze dobiją ekipę RTS – ci nagle 20 minut przed końcem odpowiedzieli trafieniem Bońka z dystansu. Po 6 minutach otrzymali szansę na wyrównanie z rzutu karnego. Początkowo miał go wykonywać Wiesław Chodakowski, który ustąpił młodszemu koledze – Bońkowi. Przez 10 minut Widzew z piekła wkroczył do nieba. Później obecny prezes PZPN przyznał, że podczas strzelania na bramkę rywali miał zamknięte oczy.

Wynik 2:2 sprawiał, że to łodzianie byli w lepszej sytuacji. Rewanż odbywał się na stadionie ŁKS. Widzew utrzymał korzystny rezultat, a mecz zakończył się bezbramkowym remisem. Pierwszy z wielkich zespołów był już na rozkładzie drużyny stworzonej przez Sobolewskiego.  W całej sytuacji smutek budziło jedynie zawieszenie trenera Waligóry za wkroczenie na murawę. W „Wielki Widzew. Historia polskiej drużyny wszech czasów” szkoleniowiec wspomniał, że chciał sprawdzić co z cierpiącym na boisku Chodakowskim, ale liniowy stanął mu na drodze.  Waligóra w przypływie emocji wyrwał mu chorągiewkę i wyrzucił.

W kolejnej rundzie Widzew natrafił na holenderskie PSV. Pierwszy mecz rozgrywano w Łodzi i ostatecznie zakończył się wysokim wynikiem 3:5. Do utraty aż 5 bramek miał się przyczynić fakt, że bramkarz Widzewa – Burzyński był „wczorajszy”. W rewanżu nie udało się odrobić strat. Przegrana 0:1 i 10. miejsce na koniec ligowego sezonu, sprawiło, że łodzianie na kolejny występ w europejskim pucharze musieli poczekać dwa lata.

Wicemistrzostwo na styk

W sezonie 1978/79 bez Pawła Janasa w składzie, który odszedł do Legii i z nowym trenerem na ławce Stanisławem Świerkiem, Widzewiacy powtórzyli sukces sprzed dwóch lat. Niewiele brakowało, a zdobyliby pierwszy w historii tytuł mistrza Polski. Zarówno Ruch jak i RTS zdobyli 39 punktów, jednak chorzowianie mieli lepszy stosunek bramkowy.

W I rundzie Pucharu UEFA kibice mogli oglądać stracie przyszłych przyjaciół. Widzew z Bońkiem w składzie wylosował Saint-Etienne, którego barwy reprezentował Platini. W spotkaniu rozgrywanym w Łodzi padł wynik 2:1 dla gospodarzy, a obaj wspomniani panowie zaliczyli po trafieniu. W rewanżu nie udało się utrzymać korzystnego wyniku. Saint-Etienne wygrało na własny stadionie 3:0, a hat-tricka ustrzelił Johny Rep.

Europa da się lubić – Manchester United, Juventus, Ipswich Town

W sezonie 1979/80 drużyna Widzewa powtórnie zdobyła wicemistrzostwo Polski, tym razem pod przewodnictwem Jacka Machcińskiego (byłego asystenta Leszka Jezierskiego) słynącego ze swojej szczerości. Sukcesowi towarzyszyła tragedia bramkarza – Burzyńskiego, który śmiertelnie potrącił człowieka i uciekł z miejsca wypadku. W tamtym czasie był bliski transferu za granicę do Ipswich Town. Wspomniane zdarzenie przekreśliło jego karierę.

Widzew w losowaniu Pucharu UEFA ponownie natrafił na drużynę z Manchesteru, tym razem z jego czerwonej części. Pierwszy mecz rozgrywano na legendarnym Old Trafford. Po 5 minutach na głowy piłkarzy RTS wylano kubeł zimnej wody. Mecz dopiero co się zaczął, a oni już przegrywali 0:1. Na szczęście szybko się otrząsnęli, bo już po 2 minutach Krzysztof Surlit ze stojącej piłki postał bombę na bramkę rywali. Gola zdobytego przez widzewiaka można zaliczyć do jednych z najpiękniejszych w historii europejskich rozgrywek. Do końca wynik pozostał bez zmian. W rewanżu padł bezbramkowy remis, przez co drużyna z Łodzi mogła zacierać ręce na kolejne pojedynki z tuzami futbolu.

Rozpędzony zespół Widzewa w następnej rundzie musiał się zmierzyć z kolejną wielką drużyną – Juventusem. Gospodarzem pierwszego meczu byli Polacy, którzy utarli Włochom nosy wygrywając 3:1.

Mimo sporej zaliczki RTS nie mógł być pewny awansu. Nie w pojedynku z taką drużyną jak Juventus i nie chodzi tylko o wysoki poziom prezentowany przez jego zawodników. Red. Wawrzynowski w swojej książce wspomina, że jeszcze przed rozpoczęciem meczu członek ekipy Widzewa – Wojciech Daroszewski widział sędziego z Turcji, który przebywał w zakładzie jubilerskim z działaczami Juve. Po pierwszej połowie na tablicy wyników widniało 2:0 dla gospodarzy. W tamtym momencie to Włosi mieli awans w garści. Pół godziny przed końcem Marek Pięta zdobył bramkę. Przeciwników było stać tylko na doprowadzenie do remisu w dwumeczu. O wszystkim miały zadecydować rzuty karne i dwaj wielcy bramkarze – Dino Zoff i Józef Młynarczyk. Skończyło się 4:1 dla Widzewa.

W 1/8 po raz kolejny RTS mierzył się z zespołem z Anglii – Ipswich Town. Uniesieni zwycięstwami z Manchesterem United i Juventusem zawodnicy Widzewa zostali szybko sprawdzeni na ziemię. Przegrana 0:5 na dzień dobry nie dawała większych szans na awans. W drugim meczu skończyło się tylko 1:0 dla łódzkiej drużyny.

Obrona Młynarczyka na Okęciu

Piłkarze Widzewa, którzy byli powołani do reprezentacji Polski nie zdążyli odsapnąć po przegranej 0:5 z Ipswich, a już musieli się przygotowywać na mecz z Maltą w ramach eliminacji do Mistrzostw Świata 1982. Wtedy miała miejsce sławna afera z udziałem piłkarzy łódzkich drużyn.

Dzień przed odlotem Młynarczyk ze Smolarkiem z hotelu pojechali do restauracji „Adria”. Natrafili wtedy na dziennikarza Wojciecha Zielińskiego, który miał wypytywać bramkarza o swoją żonę. Kobieta przed ślubem podobno prowadziła się lekko niczym Ferrari. Partnerka dziennikarza wyjechała do Turynu, kiedy Widzew grał w tym czasie swój mecz z Juve. Dlatego Zieliński chciał się dowiedzieć od Młynarczyka czy nie został przez nią zdradzony. Smolarek oddelegował się wcześniej, w przeciwieństwie do obu wspomnianych panów. Rano bramkarz odwiózł jeszcze swojego rozmówce do domu i wrócił do hotelu. Kierownik drużyny – Roman Listkiewicz, asystent selekcjonera – Bernard Blaut i uległy selekcjoner – Ryszard Kulesza podjęli decyzję o pozostawieniu Młynarczyka w kraju.

Pierwszy opór zaprzyjaźnionych z bramkarzem piłkarzy nastąpił w autorze po tym jak Blaut opowiedział o postanowieniu szkoleniowca. Murem za kolegą stanęli gracze łódzkich drużyn: Boniek, Żmuda i Terlecki. Ten ostatni zdecydował się zawieźć Młynarczyka własnym samochodem na lotnisko, żeby tam szkoleniowiec zdecydował o jego losie. W mediach powstało podejrzenie, że Widzewiak mający wtedy problem z alkoholem jest pijany. Doszło do kolejnego sporu. Piłkarze zdecydowali, że lecą w komplecie albo wcale. Ostatecznie szkoleniowiec ustąpił. Nie było to jednak na rękę władzom. „Bandę czworga”, czyli bramkarza i trójkę jego zaufanych ludzi sprowadzono z powrotem do kraju, gdzie zaczęły się przesłuchania. Ze stołka został strącony szkoleniowiec reprezentacji, a zawodników ukarano dyskwalifikacjami. Bońka i Terleckiego zdyskwalifikowano na 12 miesięcy, Młynarczyka i Żmudę na 8, a Smolarka na 2. Pierwszym trzem piłkarzom RTS skrócono kary tak, aby mogli pojechać na mundial.

Twardy orzech do zgryzienia

Afera na Okęciu wykluczyła najważniejszych piłkarzy RTS, który kroczył po pierwszej w swojej historii mistrzostwo Polski. W zdobyciu trofeum tak jak niegdyś w awansie trzeba było znowu pomóc…

Po jednej z takich sytuacji został zawieszony na 2 lata kolejny zawodnik Widzewa – Andrzej Grębosz. Obrońca miał pojechać do Bydgoszczy, żeby z piłkarzem Zawiszy – Adamem Kensym przeprowadzić transakcję. Obaj panowie zostali złapali. Później zawodnik Zawiszy bronił się w mediach przez zarzutami, sądząc, że nie chciał przyjąć propozycji Grębosza opiewającej na 150 tys. lub 300 tys. (sam zainteresowany nie mógł się zdecydować).

Mimo wielu perturbacji to ostatecznie Widzew zdobył mistrzostwo. Po zakończeniu sezonu odszedł trener Machciński, a jego miejsce zajął Władysław Żmuda. Pierwsze miejsce zapewniało Widzewowi start w Pucharze Europy – odpowiedniku dzisiejszej Ligi Mistrzów.

W I rundzie padło na Anderlecht, który ostatecznie okazał się nie do przejścia. Dwie przegrane 1:4 i 1:2 zniszczyły marzenia o osiągnięciu czegoś więcej niż w poprzednim sezonie.

Historia o dwóch takich drużynach, które przechytrzyły Śląsk

W końcówce sezonu 1981/82 Widzew walczył o tytuł mistrza ze Śląskiem. Przed ostatnią kolejką teoretycznie to wrocławianie mieli wszystko w swoich rękach, bo z dorobkiem 39 punktów prowadzili w tabeli z zaledwie jednopunktową przewagą nad drugim aktualnym wówczas mistrzem. Wtedy za zwycięstwo przyznawano 2 pkt., a za remis 1 pkt. Widzew, żeby obronić tytuł, powinien wygrać w ostatniej kolejce z Ruchem pod warunkiem, że Śląsk zremisuje na własnym stadionie z Wisłą Kraków. W grę wchodził też remis, jednak wtedy drużyna z Krakowa musiała odnieść zwycięstwo. Jako że o tytuł rywalizowano w czasach, w których handel meczami kwitł, to nie powinno dziwić, że oba wspomniane spotkania zostały ustawione.

Zarówno Śląsk jak i Widzew próbowali przekupić Wisłę. Gracze z Dolnego Śląska przekazali zawodnikowi „Białej Gwiazdy” – Zdzisławowi Kapce 400 tys. zł. Później musieli jeszcze dopłacić, bo przed pierwszym gwizdkiem padli ofiarami małego szantażu ze strony Wiślaków. Oprócz rywali miał być przekupiony również sędzia – Alojzy Jarguz, który zdaniem nielicznych jest pierwowzorem głównego bohatera filmu „Piłkarski Poker” – Jana Laguny. Widzew jednak również nie ustępował i zaproponował 2 tys. dolarów, co dawało łącznie ok. 700 tys. zł. Pieniądze wręczono Andrzejowi Iwanowi.

Rozpoczął się mecz. Na pierwszą bramkę trzeba było czekać aż do drugiej połowy, w której padł gol dla Wisły…  W ostatnich 10 minutach spotkania Śląsk mógł odwrócić losy mistrzostwa. Do akcji wkroczył sędzia, który odgwizdał dla gospodarzy niezasłużonego karnego. Scenariusz z karnym był już napisany, główni aktorzy tego widowiska: wykonawca – Tadeusz Pawłowski i bramkarz – Jan Adamczyk wiedzieli, że za chwilę padnie gol na 1:1. Jeszcze przed wykonaniem jedenastki do Adamczyka podszedł Kapka, który dostał pieniądze od Śląska i powiedział koledze, w który róg ma się rzucić. Następnie podszedł Iwan – „przedstawiciel” Widzewa i kazał zmienić stronę. Ostatecznie Pawłowski nie strzelił karnego. Wrocławianom zapadał się grunt pod nogami. Wynik niestety dla nich się nie zmienił, przez co remis w Chorzowie wystarczył do tego, żeby Widzew zdobył tytuł, a Ruch się utrzymał w elicie.

Według powyższej wersji to Wisła sprzedała mecz. Jednak sędzia tamtego spotkania – Alojzy Jarguz w wywiadzie dla Piłki Nożnej z 25 kwietnia 2017r. wspominał, że w trakcie meczu zauważył pasywną grę piłkarzy Śląska, których podejrzewał o sprzedanie mistrzostwa. Podyktował więc karnego dla gospodarzy, żeby pokrzyżować im plany. Według jego relacji przeczucie go nie zawiodło, bo podobno po tej decyzji to piłkarze z Wrocławie protestowali.

Każda z przytoczonych historii niesie jakąś prawdę. Chociaż opowieść sędziego wydaje się mniej racjonalna. Owszem, w latach 80. handlowano meczami, ale sprzedanie mistrzostwa nawet wtedy mogło być odebrane z wielkim zdziwieniem.

Pojedynki z Rapidem, Liverpoolem i Juventusem z Bońkiem w składzie

– Kibicuję Widzewowi od początku lat 80. Miałem 8-9 lat, gdy zacząłem chodzić na mecze z ojcem lub chodziliśmy całą ferajną i wchodziliśmy wówczas z dorosłym. Wpuszczano dzieciaki na stadion z dorosłym. Było to tuż przed wyjazdem Bońka do „Juve” – opowiada Pan Lech Pacel.

– Pamiętam mecz ligowy z Bałtykiem Gdynia, rok może 81/82/83, tak po imieninach Młynarczyka. „Młynarz” wtedy puścił „szmatę” między nogami. Pewnie jeszcze odczuwał skutki świętowania. Przegrywamy 0-1. Nagle zawodnik Bałtyku symuluje, że został sfaulowany, leży i się nie podnosi, więc „Smolar” z Surlitem (chyba), wzięli go za nogi i za ręce i podnieśli, a w końcowej fazie wyrzucili za linię przy aplauzie całego stadionu.

Po zakończeniu historycznego dla Polski turnieju w Hiszpanii Widzew już bez Bońka w składzie przygotowywał się do kolejnego sezonu. As drużyny odszedł do Juventusu za 1,8 mln dolarów, bijąc polski rekord transferowy, który utrzymał się przez ponad dekadę.

W I rundzie Pucharu Europy wylosował zespół z Malty – Hibernians, z którym nie miał żadnych problemów. Emocje zaczęły się od następnej fazy, gdzie na drodze stał znacznie bardziej wymagający przeciwnik – Rapid Wiedeń z Panenką w składzie. Mecz rozgrywany w stolicy Austrii zakończył wynikiem 2:1 dla Rapidu. Jedynego gola otwierającego sprawę awansu strzelił zastępujący Bońka w roli lidera drużyny – Tłokiński.

W rewanżu piłkarze dostarczyli łódzkim kibicom sporo emocji. Już po półgodzinie gry Widzew wygrywał aż 3:0. Do końca pierwszej połowy Rapid zdołał odpowiedzieć golem Panenki z karnego. W tamtym momencie Austriaków od awansu dzielił jeden gol. Niecałe dziesięć minut po gwizdku rozpoczynającym drugą połowę zawodnik gości – Lainer zdobył bramkę. Później na szczęście strzelał tylko Widzew. Surlit i Wraca ustalili wynik na 2:5. Samobój Grębosza w końcówce nie miał już żadnego znaczenia.

– Jak Panenka strzelał karnego, już myślałem, że odpadniemy. Później strzeliliśmy jeszcze jedną bramkę, drugą… i skończyło się 5:3. Okazało się, że awansujemy dalej. Graliśmy wtedy na stadionie ŁKS (wtedy ŁKS wynajmował stadion Widzewowi. – przyp. red.). Na puchar było równie łatwo wejść jak na ligę, ale można było oberwać od kibiców ŁKS pod stadionem. Polowali na nas wtedy. Stadion Widzewa miał wówczas z 8 tys. miejsc, może mniej, a zainteresowanie było olbrzymie – wspomina Pan Lech.

W ćwierćfinale najlepszych europejskich rozgrywek Widzew trafił na jedną z najlepszych drużyn tamtych lat – Liverpool. Przed meczem zawodnicy niepewni awansu poszli do Sobolewskiego, żeby zmienić system premiowania. Piłkarze chcieli mieć wypłacone pieniądze za pojedyncze wygrane, a nie za awans. Prezes się na to zgodził. W ramach ugody podniósł premię za przejście do kolejny fazy pucharu, w czym dodatkowo zmotywował zawodników.

Pierwszy mecz rozgrywano w Łodzi. Pewny siebie Liverpool został wyzbyty ze swojej buńczuczności, po tym jak musiał wracać do Anglii z dwiema bramkami zapakowanymi im przez graczy RTS – Tłokińskiego i Wragę.

– Pamiętam bramkę Wragi. Wtedy wszyscy uwierzyliśmy, że są do ogrania. Chociaż sam sądziłem zawsze, że z każdym możemy wygrać, ale jednak Liverpool to była marka jak Juventus. Najlepsze wówczas europejskie zespoły –  opowiada Pan Lech.

 – Na puchary z udziałem Widzewa z Rapidem Wiedeń i Liverpoolem chodziliśmy za darmo. Jechaliśmy w sześciu, ośmiu pod stadion, ustawialiśmy się w kolejkę i pytaliśmy dorosłych gości z biletami: mogę z panem wejść na mecz? I tak facet – dzieciak, facet – dzieciak, wszyscy wchodziliśmy całą ferajną na stadion. Wtedy małe dzieci mogły wejść za free. Jak już miałem 12-14 lat, to mnie nie chcieli wpuszczać, to wchodziłem na ugiętych nogach. Potem czekaliśmy do momentu aż ostatni z nas wejdzie.

W meczu na Anfield gospodarze rzucili się do ataku. W 16 minucie Neal trafił z karnego. Gol dodatkowo napędził angielską drużynę. Przełomowy moment miał jednak miejsce po drugiej stronie boiska kilka minut przed zakończeniem pierwszej połowy. Tłokiński wykorzystał jedenastkę. Bramka na 1:1 miała niebagatelne znaczenie zgodnie z utartym powiedzeniem, że gole na wyjeździe liczą się podwójnie. W drugiej połowie na 2:1 podwyższył Smolarek i praktycznie odebrał miejscowym nadzieje na awans. Liverpool w ostatnich dziesięciu minutach ruszył w szaleńczą pogoń najpierw strzelił Rush, potem Hodgson, ale i to nie wystarczyło. Widzew zanotował porażkę 2:3, która ucieszyła bardziej niż niejedno zwycięstwo.

– W szkole na polskim pisaliśmy rozprawki – relacje z meczu z Rapidem czy Liverpoolem. To było jak Małyszomania 20 lat później. Wszyscy się Widzewem interesowali, bo był w czwórce najlepszych klubów w Europie. Zawodnicy byli bardzo nieustępliwi i waleczni – opowiada Pan Lech.

W półfinale pozostały cztery drużyny: Widzew, Juventus, HSV Hamburg i Real Sociedad. Łodzianie musieli zagrać z „Juve” przeciw swojemu byłemu liderowi Zbigniewowi Bońkowi.  Pierwsze spotkanie rozgrywane we Włoszech zakończyło się wygraną gospodarzy 2:0. „Stara Dama” witała się z gąską. Niby wcześniej z Wiednia RTS także przyjechał na tarczy, a potem udało się odrobić stratę, ale w tamtym czasie Rapid i Juventus dzieliła różnica klas. Tuż przed meczem w Łodzi kibice przywitali swojego ulubieńca i hucznie skandowali: „Zibi wróć, czekał Łódź!”

Nadzieje Widzewa na awans prawie zostały pogrzebana w 14 minucie meczu, gdy Platini zdobył bramkę. W tamtym momencie do awansu brakowało aż 4 bramek. W drugiej połowie Surlit ustrzelił dwa gole i znowu wzrosła nadzieja, że można przejść nawet Włochów. Entuzjazm szybko opadł, bo jeden z kibiców rzucił butelką w stronę boiska i trafił sędziego asystenta w głowę. Grę przerwano na 20 minut, by ostatecznie dokończyć rozgrywkę. Zmotywowały Widzew został wytrącony z dobrej passy. Mecz zakończył się wynikiem 2:2. Piękna przygoda polskiej drużyny dobiegła końca.

Jedną z kar za zachowanie bezmyślnego kibica Widzewa był nakaz gry w europejskich pucharach nie dalej niż 300 km od Łodzi. Dlatego w kolejnych latach łódzki klub będzie wypożyczał stadion w Białymstoku.

Do półfinału Pucharu Europy drużyna dołożyła kolejne wicemistrzostwo kraju. Zaczynała w niej zachodzić zmiana pokoleniowa. Odszedł m.in. Krzysztof Surlit – jeden symboli najlepszych czasów dla klubu.

– Później Mirek Myśliński doszlusował jako 17 latek. Był niesamowity. No i Dziekanowski przyszedł do nas z Gwardii Warszawa – dopowiada Pan Lech.

Następny podbój Europy

W kolejnej edycji Pucharu UEFA Widzew skończył swoje zmagania na 1/16. W sezonie 1983/84 zbyt się silna okazała się Slavia Praga. W Białymstoku padł wynik 1:0 dla „gospodarzy”. Zaliczki nie udało się utrzymać w rewanżu. Na liczbę trzech straconych bramek mógł mieć wpływ kac Młynarczyka.

W lidze drużyna dołożyła kolejne wicemistrzostwo i rok później na tym samym etapie europejskich rozgrywek mierzyła się z Borussią Mönchengladbach. Pierwszy mecz na pewno zapamiętał Wiesław Wraga. Widzewiak wystąpił wtedy z wysoką gorączką i mimo to strzelił nawet gola. Jego drużyna przegrała 2:3, a zawodnik dzięki swojemu poświeceniu nabawił się problemów ze sercem.  Straty udało się odrobić w rewanżu. Gol Smolarka zapewnił awans do 1/8. Pojedynek z radzieckim zespołem – Dinamo Mińsk zakończył się w dwumeczu wynikiem 2:1 dla drużyny z obecnej stolicy Białorusi.

Łódzkie powietrze i Puchar Polski

Dariusz Dziekanowski w Widzewie miał pod górkę po tym jak opublikowano koszt jego transferu opiewający na 21 milionów złotych, co wywołało spore poruszenie. Piłkarz dodatkowo tęsknił za Warszawą. Na domiar wszystkiego Dziekanowski ze Smolarkiem nie pałali do siebie szczególną sympatią. W ostatnim sezonie warszawiaka w Widzewie konflikt zaczynał zamierać, a drużyna doszła do finału Pucharu Polski, gdzie na stołecznym stadionie Wojska Polskiego musiała się zmierzyć z GKS Katowice. Tak Pan Lech Pacel wspomina tamten mecz:

– Na pierwszy mój wyjazd już samodzielnie z bratem i kolegami pojechaliśmy do Warszawy na finał Pucharu Polski z GKS Katowice w 1985r. Pół Łodzi wtedy pojechało razem z nami. Bardzo dobrze pamiętam otoczkę tego meczu, bo po raz pierwszy byłem w Warszawie. Mój młodszy o rok brat zapodział się gdzieś i milicja zwinęła go na izbę dziecka. Mecz był bardzo wyrównany i do samego końca baliśmy się o wynik. Dopiero w karnych się rozstrzygnęło na naszą korzyść (Widzew wygrał 3:1 – przyp. PK) Na trybunach wszędzie dookoła byli jacyś znajomi koledzy. Wtedy małolaty z Widzewa, Górnej pojechały do Warszawy.

Po sezonie z zespołu odszedł Dariusz Dziekanowski. Jego transfer do Legii wynosił 60 milionów złotych. Później stał się legendą warszawskiej drużyny.

– [Dziekanowski] Grał bardzo dobrze ze Smolarkiem w 84-85 r. Potem chciał odejść do Legii. „Sportowiec” napisał, że jak wyjechał z Łodzi to lepiej oddycha. Dlatego za każdym razem jak z Legią przyjeżdżał na Widzew na mecz ligowy, to już podczas rozgrzewki w trakcie truchtania w poprzek boiska trybuny na zmianę na niego gwizdały, w zależności, do której akurat podbiegał. W trakcie meczu śpiewaliśmy: „Spier… z Łodzi, bo ci powietrze zaszkodzi!”.  Dziekanowski nie był widzewiakiem, nie miał charakteru – stwierdza Pan Lech.

Koniec pewnej epoki

Zdobycie jedynego w historii Widzewa Pucharu Polski było ostatnim sukcesem tamtej drużyny. W kolejnym roku RTS odpadł już w 1/16 z tureckim Galatasaray. W lidze także obniżył loty wypadając po dwóch latach ze ścisłej czołówki. W 1987 r. ze stanowiska prezesa ustąpił Ludwik Sobolewski, który według niektórych był do tego zmuszony. Odejście architekta najlepszego Widzewa w dziejach wyznacza jego kres. Na początku lat 90. zespół spadł z I ligi i wpadł w kolejny dołek, z którego niebawem się podniesie i znowu wypłynie na szerokie wody.

– Smutne derby na stadionie ŁKS, gdy mieliśmy spadać z I ligi, ale była szansa na utrzymanie. Niestety załatwił nas Jacek Ziober. Skończyło się 1:0 i spadliśmy. To był przełomowy moment. „Rycerze wiosny” dobili nas po bratersku, a wszyscy wtedy na stadionie mówili, że ŁKS nam odpuści i da wygrać – wspomina nostalgicznie Pan Lech.

Opracował: Patryk Kapa

Źródła:

  • „Wielki Widzew. Historia polskiej drużyny wszech czasów”, Marek Wawrzynowski
  • „Tajna Historia Futbolu. Służby, afery i skandale”, Grzegorz Majchrzak
  • net (https://www.widzewtomy.net/klub/historia-klub/), Ryan
  • pl
  • „Andrzej Szarmach. Diabeł nie anioł” – Jacek Kurowski, Andrzej Szarmach
  • Piłka Nożna nr 17 z dnia 25 kwietnia 2017.

Kibic. Piłka Nożna: od A-Klasy do Ekstraklasy.

Kliknij by skomentować

Zostaw odpowiedź

Twój adres email nie zostanie opublikowany.

Reklama

Musisz zobaczyć

Więcej z Retro