Obserwuj nas

Zagłębie Lubin

Zagłębie wygrywa, znaczy to z Lubina!

Nie ma lepszej „pompki” dla ligowego średniaka, jak zwycięstwo w pierwszej kolejce na boisku mistrza Polski. Pewność siebie po takim meczu skacze w okolice stratosfery, a świadomość, że w drugiej kolejce przyjdzie się zmierzyć z beniaminkiem jest jak najlepsze możliwe combo w ulubionej grze komputerowej.

Przesadzam? Pomyślmy… W klubie tuż przed rozpoczęciem okienka transferowego doszło do trzęsienia zmieni i w zasadzie na każdym szczeblu zarządczym doszło do zmian. Co prawda posadę zachował trener, ale okoliczności w których miał przygotować drużynę do sezonu były dalekie od idealnych.

Mimo tego w Lubinie nerwowych ruchów dostrzec się nie dało, a trener jeszcze podczas prezentacji przedsezonowej zachowywał pokerową twarz i nie zdradzał oznak zaniepokojenia. Wszystko to otoczone etosem pracy, stawiania na młodzież i rozsądną polityką transferową.

A potem przyszedł sezon…

Przyszedł i w zasadzie wszystko o czym słuchaliśmy od jakiegoś czasu zostaje brutalnie weryfikowane rzeczywistością. Stawianie na młodzież jeszcze nie wróciło z urlopu, etos pracy jest na chorobowym i tylko polityka transferowa broni się jak i czym może. Wszystko za sprawą asysty z Warszawy Sirotova i całkiem udanego wczorajszego występu Bohara.

Młodzież, o której tak dumnie rozprawiano, poza występem Filipa Jagiełły w Warszawie póki co murawę ogląda z trybun lub ławki rezerwowych. I nie zrozumcie mnie źle. Ja mam świadomość, że w piłce nożnej najważniejsza jest tabela końcowa cytując Czerczesowa. Tylko dla mnie, oglądanie Jagiełły, Slisza, Żyry jest warte więcej niż wymęczone w mękach zwycięstwo.

Bądźmy odważni!

Gdyby jeszcze skład, który posłał na boisko od początku trener zapewniał, że będzie co oglądać. Zamiast tego mamy:

Oczywiście druga połowa to zupełnie inna historia. Tam, po mitycznych męskich słowach w szatni, wreszcie mieliśmy mecz, którego wszyscy się spodziewali. Zagłębie przycisnęło i zepchnęło sosnowieckie Zagłębie do głębokiej defensywy. Kibice też wyraźnie się ożywili, bo nagle Zagłębie było obrażane przez młyn tubylców i ekipę wyjazdową gości.

W skrócie wyglądało to tak:

Jaki jest cel takiego kibicowania?

Wracając jednak do gry, to kibice w końcu mogli oglądać marnowanie dogodnych sytuacji jedna za drugą. Chyba najlepszą zepsuł Janoszka, który dla mnie jest najlepszym dowodem na poparcie tezy, że stawianie na młodych ma sens. Nawet ja byłbym w stanie zepsuć taką „patelnię”, więc mógłby to też zrobić któryś z chłopaków z Akademii.

Tabela nie kłamie

Bardzo lubię powiedzenie „jakby jutra miało nie być”. Bardzo dobrze oddaje to co oglądaliśmy przez kilkanaście minut po przerwie. Trener Lewandowski przestawił w drużynie wajchę na „offensive” i nagle mieliśmy sytuację za sytuacją. Skończyło się rzutem karnym, który drugi raz z rzędu, rywalom – w sensie nam – w prezencie prokuruje Polczak. Ręka trochę przypadkowa, ale… cieszmy się, że nie gwizdał tego meczu Szymon Marciniak.

Przypadek? Jasne! Ale wynikający z determinacji. To pokazuje jak niewiele trzeba w tej lidze czasem, aby wygrać. Wypadki Przypadki lubią chodzić parami. Chwilę później kompletnie bez jakiegokolwiek sensu zagrali Guldan i Kopacz. Tu znów cytat:

Jednym słowem – dramat. Tak to w tej lidze jednak bywa, że gdy właśnie popełniłeś największy błąd z możliwych, znaczy to mniej więcej tyle, że… w zasadzie nic nie znaczy. Ot na boisku znalazł się nagle nowy nabytek Bohar i robił takie zamieszanie, że aż miło było patrzeć. Notabene, to kolejny dowód, że „aklimatyzacja” to tylko słabe alibi słabych zawodników (parafrazując Kamila Glika). Wszedł, zrobił wiatr, świetnie rozumiał się z Filipem Starzyńskim i jeszcze lepiej z Maresem, bo właśnie ta trójka dała Zagłębiu fotel lidera.

Nie jest to raczej materiał na końcowe złoto. Zagłębie ma póki co sporo swoich problemów, ale raz na jakiś czas dobre kombinacje tych ludzi będą orać rywali w tej lidze i biada temu, który w tej „loterii” wylosuje dobry dzień Miedziowych. Trochę w myśl zasady jak podczas gry w darta… ile byś się nie skupiał, potrójne dwudziestki nie wpadają, ale kiedy rzucasz od niechcenia trafiasz prosto w bulls-eye.

Zagłębie… to drugie znaczy się

A Sosnowiec… jak na beniaminka, który jedzie na pierwszy wyjazd w Ekstraklasie na stadion drużyny, która właśnie zlała Legię na wyjeździe wypadł całkiem przyzwoicie. Nie ma może szału, ale w obronie wyglądali dość solidnie, a i z przodu potrafią wykorzystywać sytuacje, które akurat im się nadarzą.

A jest to umiejętność w naszej lidze nie do przecenienia. Cierpliwość, konsekwencja – to można zaplanować. Kiedy jednak zespół rywala robi ci prezent (nasi ligowcy są znani z tego, że maja gest), a ty potrafisz to wykorzystać, liczba punktów w tabeli może szybko urosnąć do rozmiarów pozwalających spokojnie czekać na kolejny sezon.

Słowo na niedzielę

5215 osób. Tyle na mecz w to piękne sobotnie popołudnie ludzi wybrało się w Lubinie. Wynik wręcz zatrważający. W klubie co prawda od niedawna są nowi ludzie, a prezes w wywiadach zapewnia, że budowanie frekwencji jest jednym z priorytetów, ale póki co to wszystko jest trochę jak z tym stawianiem na młodzież.

W wywiadach brzmi fantastycznie i dumnie, tylko jakoś potem tego nie widać.

3 komentarze

3 Comments

  1. Pingback: Ot, jedno wielkie Zagłębie... | Zagłębie Lubin | WATCH EKSTRAKLASA

Leave a Reply

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Zobacz więcej Zagłębie Lubin