
Pyry się rozgotowały, woda wykipiała, a z kotła dochodzi tylko smród. Drużyna z Poznania jest jak zepsute danie, które odpycha już samym wyglądem. Z drużyny, która miała stanowić siłę naszej ligi, została miazga, której przygotowywany do tego zadania szef kuchni nie jest, póki co, w stanie pozbierać w całość.
Pyry do bicia.
Drużyna Lecha jechała do Gdyni zmobilizowana i pełna woli walki. Po katastrofalnym występie w Warszawie, w tygodniu doszło do męskiej rozmowy. Piłkarze wyjaśnili sobie pewne kwestie ze sztabem szkoleniowym i od tego momentu poznańska lokomotywa miała wrócić na odpowiedni kurs.
Przebiegu spotkania pokazał, że Lechici wyciągnęli wnioski, grali agresywnie i o dziwo stwarzali sytuacje podbramkowe. Brakowało jednak przysłowiowej „kropki nad i”. Koniec końców decydujące słowo należało do Arki. Zdobyła bramkę, wygrała 1:0 i trzy punkty zostały w Gdyni.
Wraca więc z trójmiasta Lech na tarczy. Drugi mecz z rzędu bez gola, drugi raz z rzędu z porażką. Kolejorz staje się powoli zbieraniną chłopców do bicia. Na ostanie 15 możliwych punktów zdobyli… 1. Tak nie punktuje drużyna, która walczy o mistrzostwo. Tak nie punktuje nawet taka, która chce znaleźć się w górnej ósemce. Lech punktów potrzebuje jak tlenu, ale każda próba złapania większego oddechu wywołuje ból u piłkarzy, a rosnącą frustrację u kibiców.
Ivan (nie)Groźny.
Trener Djurdjevic miał mieć silną, twardą rękę. Miał być stanowczy i zdecydowany w swoich rządach. Początek miał wręcz fantastyczny, tylko jak głosi ludowe porzekadło „prawdziwego mężczyznę poznaje się po tym jak kończy, a nie jak zaczyna”. Zaraz okazać się więc może, że rządy Ivana skończą się katastrofą i cały jego dorobek piłkarza legendy pójdzie w… niepamięć.
Pierwszym jego poważnym błędem była zmiana taktyki. Uległ presji piłkarzy i zmienił ustawienie zespołu, z 3 na 4 obrońców. Miało być przecież odwrotnie, a jednak kolejny trener dał sobie wejść im na głowę. Na nic zdały się górnolotne wypowiedzi na temat dyscypliny i miejsca w szeregu zawodników. Djurdjevic okazał się więc marionetką, a nie generałem. Zawodnicy ewidentnie poczuli krew i skutki tego będziemy pewnie oglądać jeszcze w wielu kolejnych meczach Kolejorza.
Druga wpadka to eksperyment z opaską kapitana. Przekazywanie jej z meczu na mecz innemu zawodnikowi nie wpłynęło dobrze na drużynę. We wtorek odbyła się rozmowa całego sztabu szkoleniowego z piłkarzami, na której podjęto decyzje, że nowym/starym kapitanem drużyny Lecha Poznań zostaje Łukasz Trałka.
Piłkarz, który ma zarówno wielu zwolenników, jak i przeciwników. Nie można odmówić mu waleczności oraz nieustępliwości. Jest najbardziej doświadczony z całej kadry Lecha. Silna pozycja w klubie bywa niestety czasem zgubna. Zwykłego kibica dochodziły głosy o buntowaniu szatni Kolejorza przez Trałkę. Mówiono, że czuję się jak święta krowa, bezkarny. Do tego dochodzi słynna afera z kibicem, który uderzał w autokar piłkarzy odjeżdżający na finał pucharu Polski w Warszawie.
U Ivana Łukasz ma czystą kartę, tylko od niego samego zależy, jak to wykorzysta. Czy odwdzięczy się za zaufanie i udowodni wszystkim, że to on jest prawdziwym liderem i kapitanem Lecha Poznań na boisku.
Kocioł czy kociołek?
Najbliższy mecz ligowy Lecha w Poznaniu przeciwko Miedzi Legnica będzie mógł być rozegrany przy pełnych trybunach. Komisja Ligi skróciła karę nałożoną na klub i tym samym poznański kocioł będzie otwarty dla najzagorzalszych fanatyków.
Jak wiemy kibole z kotła bojkotują domowe mecze z powodu fatalnej postawy piłkarzy oraz zarządu. Zarzucają brak walki i ambicji tym pierwszym oraz minimalizm drugim. Frustracja trybun, zwłaszcza tej za jedną z bramek, jest ogromna. Kibice czują się upokorzeni i oszukani. Nie takiego Lecha pamiętają i nie takiego Lecha chcą oglądać. Cały czas mają w sercach przegrany miniony sezon.
Mimo fantastycznego startu obecnych rozgrywek Lech z każda kolejną kolejką gaśnie. Wracają stare demony i nawyki. Kibice znów muszą przeżywać upokorzenia, na które najzwyczajniej nie mają sił. Środowisko jest podzielone, bo jedni uważają, że drużynę należy wspierać w tym trudnym momencie, drudzy zaś, że na kolejny kredyt zaufania i głośny doping nie zasługują.
Ja podzielam zdanie tych drugich. Na nagrodę, jaką jest doping trzeba zasłużyć walką i charakterem pokazanym na boisku. Udowodnić, że zależy im na grze w tym klubie, z tym właśnie konkretnym herbem na piersi, grą dla tego miasta i całego regionu. Piłkarze w końcu muszą zrozumieć, gdzie się znajdują i jak ważną częścią życia dla tych ludzi jest Lech Poznań.
Cały ten bojkot, manifestacja sprzeciwu i hasło, które obiegło cała Polskę „MAMY KURWA DOSYĆ pójdzie na marne, jeśli wszystko wróci do punktu wyjścia i na stadionie przy ulicy Bułgarskiej znów zawita doping.
W Poznaniu ma być szybko i tanio.
Właściciele Lecha żyją nadzieją, że tanim kosztem da się osiągnąć sukces, że pójście po linii najmniejszego oporu da oczekiwany skutek. Oczywiście w tym okienku transferowym włodarze sięgnęli głębiej do kieszeni, ale jak się mówi „jedna jaskółka wiosny nie czyni”. Przez skąpstwo i pazerność w poprzednich latach, w klubie znajdują się piłkarze, którzy w Poznaniu nie powinni się w ogóle znaleźć. Nie trafione transfery, branie zawodników za darmo bądź takich, których nikt nie chciał. Taka polityka nie przystoi klubowi, jakim jest Lech.
Kibice natomiast oczekują, że każda zmiana w klubie musi przynosić oczekiwane efekty. Najlepiej w trybie natychmiastowym. Lech ma wygrywać tu i teraz, zawodnicy mają grać na pamięć od debiutu, a trener z dnia na dzień ma znaleźć lekarstwo na całe zło.
Oczywiście nie jest to realne. Przede wszystkim powinno się wymagać od zawodników zaangażowania, a od trenera zdecydowania w swoich rządach. Drużyna ma być pewna siebie, dążyć do założonego celu i stopniowo go realizować. Nie da się nadrobić zaległości z poprzednich lat w ciągu 3 miesięcy. Choć przyznać trzeba, niestety, że zespół Kolejorza nie robi nic, aby te zaległości niwelować. Praca wykonywana jest niestarannie, a trener zaczyna powoli się gubić w swoich decyzjach. Lech znów jest pośmiewiskiem dla całej Polski, a rozwścieczeni kibice nie mogą już na to patrzeć.
Hasło SZYBKO I TANIO już na starcie jest skazane na niepowodzenie. Nie można niczego na tym zbudować, na pewno nic solidnego i trwałego. Takim już jednak jesteśmy narodem, taka nasza mentalność, to w nas siedzi i pewnie prędko nie wyjdzie.
W Poznaniu ewidentnie za mocno podgrzano kocioł, w którym gotowano słabej jakości pyry. Doprowadziło to do ich rozgotowania i braku możliwości spożycia.
Kolejny rok trzeba obejść się smakiem…
1 Comments