
„Jeszcze kilka tygodni temu każdy zachwycał się nad sprytną i mądrze budowaną Lechią, a wystarczyło kilka słabszych meczów, w tym tylko jedna porażka, by to Legia była przedstawiana przez większość jako faworyt do mistrzostwa.”
Multiliga+
Marcin Malawko: U nas tradycyjnie nie ma minusów, są same plusy. I mimo to, niezgodnie z prawami fizyki i słynnym stwierdzeniem Zenona Laskowika – prądu nie brakuje. A przynajmniej nie zabrakło go piłkarzom Ekstraklasy w ostatniej kolejce. W 8 meczach padło aż 27 goli, a w ciągu kilku sekund Lechia roztrwoniła całą przewagę nad Legią. A przecież po bramce Flavio Paixao miała już 6 punktów więcej…
Patryk Kapa: Nic tak nie podnosi atrakcyjności ligi jak właśnie multiliga. Niekiedy nie masz czasu nawet ponarzekać na złe zagranie zawodnika. Widzisz strzał z dystansu, który prędzej trafi Panu Bogu w okno niż do bramki, a już Twoją uwagę przykuwa hipnotyzujący dźwięk „dzwoneczka”. Wspomniałeś o rywalizacji Lechii i Legii. Ta walka ma oczywiście priorytetowe znaczenie, jednak warto również zwrócić uwagę na dół tabeli. W tym momencie realnie zagrożone spadkiem jest aż 6 drużyn. Jeśli w ostatnim meczu Zagłębie Sosnowiec wygrałoby z Wisłą Płock byłoby jeszcze ciekawej.
MM: W spadek Górnika raczej nie wierzę, a w utrzymanie Zagłębia – tym bardziej nie. Natomiast pozostałe drużyny prezentują ostatnio bardzo porównywalną formę. Coraz bliżej klęski może być jeszcze niedawno pewny siebie Śląsk, ale ja typuję spadek Arki Gdynia, choć im tego nie życzę. Odejście trenera Smółki chyba bardziej zaszkodziło niż pomogło.
PK: Jeśli miałbym postawić na utrzymanie kogoś ze „szczęśliwej” „szóstki, wybrałbym „Nafciarzy”. Na razie zatrudnienie Leszka Ojrzyńskiego okazuje się strzałem w dziesiątkę. Drużyna wygrała dwa mecze i – co rokuje na przyszłość – wreszcie przebudzili się napastnicy. W Sosnowcu po trafieniu zaliczyli Zawada i Kuświk. Jednym z największych problemów drużyny na przestrzeni sezonu była właśnie (nie)dyspozycja „dziewiętek”. Po podziale Wisła zmierzy się ze swoją imienniczką. Jest to jeden z tych meczów, na które czekam może nie z utęsknieniem, ale na pewno z niezaspokojonym głodem ciekawości.
MM: Mnie mecze Wisły Płock odpychają, również ze względu na stadion rodem z lat 90. i kibiców, a właściwie ich brak. Nawet Miedź dała w tym sezonie więcej Ekstraklasie. Chociaż rzeczywiście, przyjście „ostrego” trenera może dać dobry wynik tu i teraz. Ale mówiąc pół żartem, pół serio, chyba wiem skąd ten pozytywny odbiór „Petry”. Chcesz mieć jak najwięcej Ekstraklasy jak najbliżej siebie, a Widzewowi wcale nie tak do niej blisko, jak by się co niektórym wydawało. Co tam się u Was ostatnio działo?
PK: Pewnie już wiesz, że remisowo… W poprzednim meczu doszło do paru dziwnych wydarzeń. Najpierw jeden z kibiców Widzewa dostał się na murawę, żeby „porozmawiać” sobie z bramkarzem swojej drużyny. Ta okoliczność była dopełnieniem ogólnej frustracji. Jednak sytuacja, która wydarzyła się w końcówce spotkania, mogłaby znaleźć się w filmie Barei. Zaczęło się od tego, że zawodnik Pogoni Siedlce – Adam Mójta dostał drugą żółtą kartkę. Niestety nie wiedział o tym sędzia… Sam Mójta miał już schodzić z boiska, ale nie z powodu wykluczenia, tylko z powodu zmiany. Przez chwilę zapanowała ogólna dezorientacja. Na szczęście w porę udało się wszystko wyjaśnić.
Ostatnie starcie
MM: Jeszcze kilka tygodni temu każdy zachwycał się nad sprytną i mądrze budowaną Lechią, a wystarczyło kilka słabszych meczów, w tym tylko jedna porażka, by to Legia była przedstawiana przez większość jako faworyt do mistrzostwa. Owszem, szanse gdańszczan po uwolnieniu piłkarzy Legii od wściekłego Sa Pinto nieco zmalały, ale teraz to moim zdaniem fifty-fifty.
PK: Według mnie piłkarze Legii mają nad kolegami z Gdańska przewagę, mimo że nie pokazuje tego tabela. „Wojskowi” kolejną już końcówkę sezonu grają pod presją i – co ważne – umieją to robić. Wprawdzie w ostatnich latach nie wygrywali ligi z dużą przewagą, ale mimo to zawsze potrafili przełożyć szalę na swoją stronę. Lechia ma wszystko w swoich rękach. Być może ta ostatnia porażka z Cracovią zadziała na nich mobilizująco. Życzę im, żeby w tym sezonie zdobyli choć jedno trofeum, które będzie potwierdzeniem słuszności drogi budowania drużyny, jaką obrano w Lechii.
MM: Tak budowana Lechia może stać się przykładem dla innych zespołów na to, że jedenastkę można oprzeć na polskich piłkarzach. Zagraniczni powinni być, jak w tym przypadku raczej wisienką na smakowitym skądinąd torcie, a nie tłustym kremem, po którym ma się wzdęcia. Poza tym, zawsze byłem entuzjastą warsztatu Piotra Stokowca. Nawet podczas nieudanej przygody z Jagą miał spore przebłyski. A jego zwolnienie z Lubina było chyba jednym z najbardziej pochopnych w ostatnich latach. Kilka dni wcześniej naskrobałem sporo pochwał w jago stronę, a tu taka niespodzianka. Dobrze, że teraz wychodzi na moje. Stokowiec to jest jednak „cudotwórca”. I tylko w jednej kwestii nie do końca się z Tobą zgadzam. Lechii życzę nie jakiegokolwiek trofeum, a mistrzostwa. Puchar jedzie na wschód!
„Finał w fazie grupowej”
MM: Podoba Ci się zmiana zasad w trakcie gry? PZPN zmienił w środku sezonu rozkład meczów w grupie mistrzowskiej, tak by finał był nie na finiszu sezonu, a w 33. kolejce… ostatniej natomiast – cztery czołowe zespoły fazy zasadniczej zagrają u siebie. A to wszystko po to, by nie powtórzyła się sytuacja sprzed roku, w której trzecia Legia nie mogła świętować mistrzostwa w Poznaniu, co było oczywiście patologią. Problem w tym, że patologię patologią zwalczamy. I tak w fazie finałowej trzecia drużyna pojedzie do pierwszej nie w 37., a już w 31. kolejce, natomiast druga do pierwszej – już w 33. kolejce (w ubiegłym sezonie – 35.). Tak więc mistrzowski będziemy mieli chyba tylko start fazy finałowej, a nie finisz. Może na kolejnym mundialu również rozegrać finał gdzieś pomiędzy fazą grupową, a 1/8 finału?
PK: W tym przypadku jestem za zmianą. Mundial to rozgrywki pucharowe, a liga rządzi się swoimi prawami (przepraszam za truizm). Scenariuszy jest wiele. W meczu pomiędzy Lechią, a Legią może np. paść remis i niewykluczone, że finisz będzie jeszcze bardziej emocjonujący. Poza tym feta zaraz po zdobytym mistrzostwie to coś niesamowitego. Wszystko się dzieje „na świeżo”. Najpierw stres, a na koniec radość. To też wygodniejsza opcja. Wychodzisz ze stadionu i idziesz na fetę. Za to ci na drugim miejscu z opuszczonymi głowami zmierzają do domu. No chyba, że są kibicami Jagi ;P
Kibic. Piłka Nożna: od A-Klasy do Ekstraklasy.