Obserwuj nas

Górnik Łęczna

„Wywalczony” spadek Górnika Łęczna cz.1

Franciszek Smuda górnik łęczna

Górnik Łęczna, który umiał pokonać Legię Warszawa czy Jagiellonię Białystok, dziś przygotowuje się do drugiego sezonu w II lidze. Jak klub, w którym grał m.in. Jan Bednarek czy Jakub Świerczok upadł tak nisko?


Pieniądze ważniejsze od kibiców

Wszystko zaczęło się od tego, że sponsor strategiczny łęczyńskiego klubu nie wsparł drużyny taką kwotą, jak w sezonie 2015/16. Prezes Górnika podobno szukał nowych sponsorów, ale robił to tak nieudolnie, że gdy pojawiła się oferta gry na lubelskiej Arenie, od razu na nią przystał. Nie licząc się ani z grupą kibicowską prowadzącą doping na meczach, ani z normalnymi kibicami. Grupa kibicowska zaczęła wieszać w całym regionie transparenty: „GÓRNIK TYLKO W ŁĘCZNEJ”. Ponadto uzgodniono fanatykami innych klubów Ekstraklasy, żeby nie przyjeżdżali na wyjazdy do Lublina. Górnik w końcu zaczął sezon grając na Arenie. Na mecze przychodziła garstka kibiców (chociaż podobno większość kibiców na meczach w Łęcznej, było z Lublina). Tylko raz na spotkanie przyszło więcej niż połowa pojemności lubelskiego stadionu (około 9000 z Legią-sierpień 2016). Doszło do tego, że sami piłkarze mieli dość gry na Arenie.


Brak ładu

Trenerem zielono-czarnych pozostał Andrzej Rybarski, który w sezonie 2015/16  utrzymał Ekstraklasę w Łęcznej. Był to nowoczesny szkoleniowiec, dla którego najważniejsze były liczby. Rybarski zapomniał jednak o najważniejszych liczbach – punktach. Gdy ich brakowało, postanowiono go zwolnić. W dwóch meczach na przełomie listopada i grudnia drużynę poprowadził drugi trener – Sławomir Nazaruk (zdobył 4 punkty w 2 meczach). Była to jednak cisza przed burzą…


Franek Smuda czyni cuda

Tą „burzą” okazał się Franciszek Smuda. Smuda objął Górnika jeszcze w grudniu, tuż przed meczem z Legia Warszawa (Górnik przegrał 0:5). Popularny „Franz”, który reprezentuje starą szkołę trenerską, postanowił postawić na fizyczność. Piłkarze potrafili biegać bez wytchnienia 90 minut, ale na początku rundy wiosennej nic z tego nie wynikało (0:5 w Białymstoku). Kiedy jednak powolnie łęczyńska drużyna ruszyła, zaczęła się jej bać cała liga. Zielono-czarni potrafili zremisować w Poznaniu, czy zdecydowanie wygrać w Gdyni. To właśnie po meczu z Kolejorzem padły słynne słowa: „My nie walczymy o mistrzostwo, my walczymy o spadek”. Niestety widmo degradacji znowu zaczęło spoglądać w oczy kibiców, gdy na jaw wyszło, że piłkarze i trener od paru miesięcy nie dostają wypłaty.


Ręka Siemaszki

Wiadomo, że trudno się gra o utrzymanie, drżąc o to czy dostanie się należyte pieniądze. Nie pomagali też sędziowie, który akurat w meczach Górnika popełniali karygodne błędy, które pozbawiły go kilku punktów. Błąd popełnił też sędzia meczu przedostatniej kolejki pomiędzy Arką Gdynia, a Ruchem Chorzów. Arbiter uznał wtedy gola strzelonego ręką przez Rafała Siemaszko. Błąd ten postawił słabo radzącego sobie w rundzie finałowej Górnika Łęczna w arcytrudnej sytuacji. Zespół musiał wygrać w ostatniej kolejce z zdegradowanym już Ruchem w Chorzowie i liczyć na przegraną Arki w Lubinie z utrzymanym w Ekstraklasie Zagłębiem. Sprawy potoczyły się fatalnie, Arka wygrała w Lubinie, a zielono-czarni musieli pożegnać się z marzeniami o Ekstraklasie…

Kliknij by skomentować

Zostaw odpowiedź

Twój adres email nie zostanie opublikowany.

Reklama

Musisz zobaczyć

Więcej z Górnik Łęczna